Zgnilizna jesienna czyli jak pokonać siebie

img_7451-male
Tyle było gadania i zapewniania, że teraz to już tylko mobilizacja, że ogólnie „dawaj dawaj” i, że zarazimy Was optymizmem i chęcią do działania na jesień. Ostatecznie jak zapewne zauważyliście wypadło to raczej słabo….albo nawet dogłębnie żenująco. Okazałyśmy się foliowymi worami w najbardziej klasycznym tego określenia wydaniu. Pomimo szczerych chęci (którymi to wiadomo co jest wybrukowane), jesień przygniotła nas swoim ciężkim, szarym i obleśnie mokrym cielskiem do ubłoconej gleby. Uwaliła się na nas i za nic nie chciała podnieść upapranego liśćmi dupska. W związku z tym, że wyszło jak wyszło, postanowiłyśmy że powiemy Wam jak było, bez zbędnego koloryzowania. Nie będziemy mydlić Wam oczu dziadowskimi tekstami o tym jak to nie chciałyśmy pokazywać się publicznie bez kaloryferów na brzuchach i idealnie wyrzeźbionych łydek. Prawda jest taka, że przez ostatnie miesiące nasza aktywność fizyczna utrzymywała się na poziomie umiarkowanym albo niskim. Przez jakiś czas nawet jakoś szło (i mamy z tego okresu śmieszny reportaż, którym podzielimy się z Wami w najbliższym czasie). Później jednak dość nagle ograniczyłyśmy się do ćwiczeń w stylu: „nie wołaj windy, zejdę schodami !” O wchodzeniu po schodach oczywiście mowy być nie mogło. Czas mijał, jesień hulała, tłuszcz i zgnuśnienie narastało, a tym samym zaczęły zbliżać się Święta. Nie wiem jak Wy, ale ja mam w tym czasie tak zwane poluzowanie zaworków. Polega to na tym, że pozwalam sobie na rozpustę, którą zazwyczaj staram się ograniczać. Musicie przyznać, że okoliczności dobitnie nie sprzyjają trzymaniu się w ryzach diet i systematycznych ćwiczeń. Rok się kończy, dni coraz krótsze, mnóstwo przygotowań i obowiązków na głowie i znajdź tu człowieku siłę na machanie nóżkami i zaspokajanie głodu zdrową sałatką. Wszystkie odruchy atawistyczne zakorzenione w naszych organizmach podpowiadają nam, że to co widzimy za oknem powinno zachęcać nas raczej do wyhodowania na ciele ochronnej warstwy tłuszczu.  Oczywiście prawdziwi specjaliści z branży fitness z miejsca nazwaliby mnie psującym ich robotę zgnuśniałym ślimorem z piekła rodem, ale zakładamy przecież, że ten blog nie jest profesjonalny. Trudnimy się tutaj amatorszczyzną, która ma być dla Was i dla nas zabawą i pewnego rodzaju luźną terapią (z elementami terapii szokowej), pomagającą Wam znaleźć dla siebie coś co zachęci Was do działania…i nie mówię tu tylko o działaniu związanym z uprawianiem sportu. Pozwolę sobie w tym miejscu sięgnąć kilka dobrych lat wstecz i opowiedzieć Wam jak wyglądała moja postawa w różnego rodzaju szkołach. Generalnie jak pewnie większość z Was, szczerze i z głębi serca nienawidziłam się uczyć. Godziny spędzone nad książkami były dla mnie tak bolesne, że często z niemocy i umęczenia brnęłam przez różnego rodzaju podręczniki leżąc na dywanie, lub po prostu w łóżku. Prawie zawsze musiałam zarywać sporą część nocy, bo niemal za każdym razem zaczynałam naukę do ważnych egzaminów i sprawdzianów odrobinę zbyt późno. Kiedy dowiadywałam się o planowanym terminie takiego egzaminu, ustalałam sobie datę, kiedy rozpocznę naukę. Do tego dnia stosowałam wyżej wymienioną metodę poluzowania zaworków. Robiłam wszystko żeby nie myśleć o nauce i się wyluzować. Wiedziałam, że na stres i wysiłek przyjdzie jeszcze czas. Kiedy ustalony przeze mnie termin rozpoczęcia nauki nadchodził zwierałam szyki i oczywiście wyjąc z rozpaczy w pełni poświęcałam się zakuwaniu. Metoda ta, pomimo, że budziła wiele kontrowersji u moich rodziców, prawie nigdy mnie nie zawodziła. Nie chcę tu drażnić Was gadką z cyklu jaka to byłam sprytna i zdolna. Chcę Wam tylko powiedzieć, że w życiu można i nawet trzeba czasem mieć wylane. Oczywiście, jeżeli ma się świadomość, że kiedyś ten czas luzowania się skończy.  Podobną metodę mam zamiar zastosować teraz. Po czasie Świąteczno-Sylwestrowej rozpusty czas zewrzeć szyki i wrócić do diety , na siłownię i generalnie zacząć chwytać życie pełnymi garściami! Do dzieła moi drodzy! Razem zdobędziemy Nowy Rok! Mam tylko nadzieję, że te ćwiczenia i nie tylko, będą nieco przyjemniejsze niż nauka…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *