Kup Pan mebel!

Czasem trzeba kupić mebel. Nie zdarza się to zbyt często, ale jednak. Muszę tu nadmienić, że wybieranie mebli wiąże się z zawodem, w którym pracuję na co dzień. Jestem architektem, więc śledzenie meblarskich trendów i rozbieranie ich na czynniki pierwsze jest dla mnie codziennością. Znam wszystkie rodzaje zawiasów, materiałów z których meble mogą być wykonane. Wiem wszystko o najnowocześniejszym designie, laminatach, fornirach, uchwytach i kolorach RAL. Nie obce są mi meble z betonu, kartonu, żywicy, plastiku, blachy i każdego innego gówna jakie ludzkość wymyśliła. O każdej porze dnia i nocy wyrecytuje z pamięci standardowe wymiary każdego mebla, do każdej przestrzeni życiowej jaka nas otacza. Słowem jestem super specem od wszystkiego co można nazwać meblem. Nie ma na mnie bata. W kwestii mebli wożę się jak Pudzian i jego monstrualna klata po zatłoczonej plaży w Mielnie. Istnieją jednak pewne nisze w meblarskiej sztuce, które pozostawiają  mnie w totalnym zadziwieniu. Stoję z otwartą gębą, niczym dzieciak czekający na połknięcie płatków śniegu. W dobie prostych i całkiem ładnych estetycznie mebli z Ikei, cały czas możemy napotkać brunatno-fioletowe straszydła wywleczone rodem z podlondyńskich suteren z lat 70-tych. Kanapy w maziaje z przepysznie rżniętymi nogami toczonymi z malowanego na sraczkowaty kolor sękatego drewna. Finki i wersalki obite tkaniną ze wzorem przypominającym rzygowiny po kapuście z grochem. Sześciokątne stoły i stoliczki do kawy z blatem wyłożonym zielonkawymi kafelkami. Bordowe pufy  z pluszu na lwich łapkach i fotele…niby nowe, ale z brunatną tapicerką powodującą wrażenie, że są upierdolone wszystkim co się da i były świadkiem zgonu co najmniej czterech emerytów, tuzina kotów i dwóch owczarków niemieckich.  Wszystko to wpienia i przeraża, ale z drugiej strony przecież trzeba to zrozumieć. Różne są gusta i nie ma co się do tego przywalać. Można olać. Nie kupować. Nie oglądać. Pominąć milczeniem. Jednak nawet jeżeli dołożymy starań i olejemy całą tą wieśniacką estetykę, jedna rzecz w meblach tego typu pozostanie zadziwiająco spójna. Wszystkie….ale to wszystkie, jak jeden mąż (lub żona) nie mają nazw, lecz ludzkie imiona. Możecie być pewni, że jeżeli zobaczycie w sklepie meblarskim wyjątkowo paskudną kanapę, okaże się, że to „sofa Iwona”. Obleśny stolik do kawy na pokracznych krzywych nóżkach rodem z lat 90-tych, to „ława Emil”, a odstręczający tapczan z motywem w brązowo zielone kwiaty będzie się nazywał „Alan”. Nie chcę tu tworzyć spiskowych teorii ani psuć nikomu pieczołowicie przygotowanych kampanii reklamowych, jednak ta spójność w nadawaniu chujowym meblom ludzkich imion ma moim zdaniem znamiona wendetty. Zdradziła Cię żona: Jeb! Nazwiesz jej imieniem najpaskudniejszą kanapę w całej „kolekcji” swoich dziadowskich mebli. Nie lubisz sąsiada: Pach! Obleśne biurko na kaczych łapach nazywasz „Bernard”. Twoja córka prowadza się z pryszczatym ćpunem którego nienawidzisz: Bum! Różową toaletkę z przypieprzonymi do szuflad motylami z cekinów nazywasz „Brajan”. Można to mnożyć w nieskończoność a i tak jest w tej kwestii jeszcze spore pole do popisu. Przejdźcie się do najbliższego sklepu meblowego i zobaczcie „to” na własne oczy. Być może zobaczycie tam obleśny mebel nazwany Waszym imieniem i będziecie mieli zagwostkę na weekend. Tak czy owak miejcie się na baczności i jeśli wiecie, że Wasz znajomy projektuje meble, bądźcie dla niego szczególnie uprzejmi.