Czy warto?

Idę sobie ulicą. Mija mnie pan a wózkiem na złom. Przeciskam się pomiędzy jego „dobytkiem” a ścianą Wrzeszczańskiej kamienicy. Spoglądam mu w oczy i widzę zagubione gdzieś marzenia i stracone szanse. Po chwili kawałek dalej parkuje na chodniku świecąca beemwucha wielkości stodoły. Pan z wózkiem na złom przepycha się pomiędzy lśniącym lakierem stodoły na kółkach, a tą samą zaszczaną ścianą Wrzeszczańskiej kamienicy. Ze lśniącej beemwuchy wypada na asfalt jegomość w garniturze za miliony, zapiętym na ostatni guzik-aż pod samą szyję. Spoglądam mu w oczy i widzę … zagubione gdzieś marzenia i stracone szanse! Pan z wózkiem na złom mimo starań, nie może jakoś przedostać się przez wąską szczelinę, pomiędzy tym zaszczanym murem Wrzeszczańskiej kamienicy, a lśniącym odwłokiem beemwicy z kosmosu. Pomiędzy dwoma osobnikami dochodzi, do krótkiej słownej przepychanki. Z ust człowieka w garniturze wylewa się monolog pełen stwierdzeń typu: „tak nie można!”, „panie! pan tu brudzi!”, „panie! pan mi zniszczył!”, „panie weź się pan do roboty!” , przy czym z ust człowieka z wózkiem na złom wylewa się jedynie zwięzłe i jakże wiele znaczące słowo „chuj!”. Po chwili sporu, w miejscu zdarzenia pojawia się niepozorny suchutki jak tatarak staruszek z parcianą siateczką pełną róż. Przez chwilę przysłuchuje się zdarzeniu. Po czym spogląda na mnie i z uśmiechem Mona Lisy zwraca się do zwaśnionych gentlemanów tymi słowy:

– Drodzy Panowie! Po co te waśnie?! Czy warto? Przecież z prawdą jest jak z dupą-KAŻDY MA SWOJĄ!

Nie zostałam szafiarką!

Gdzie się podziały dobrze skrojone garnitury? Znawczynią mody nie jestem, ale razi mnie to, co niemal każdego dnia widzą moje oczęta. Wsiadam sobie ostatnio do windy z grupą trzech jegomości. Garniaki, teczki sratatata! Z nudów trochę się przyglądam. Panowie młodzi. Przedział gdzieś od 25 do 40 lat. Patrzę na ubranka i nie mogę wyostrzyć obrazu. Co prawda przez ciągłe gapienie się w różnego rodzaju monitory, sokolego wzroku nie mam. No ale do jasnej cholery! Mrużę gały, fokusuje… i nic! Dopiero po chwili dociera do mnie, że garnitury panów uszyte są z materiału z dość solidnym połyskiem! Toż to nie sylwester! Nawet nie studniówka! Pora też nie ta! Przecież to dzień blady! Poniedziałek! 9.00 rano w dodatku! No ale nic to….jadę sobie dalej. Połysk już zaakceptowałam, kiedy zauważam nogawki. A właściwie ich styk z butem. Jak jeden mąż wszystkie pory-sztuk trzy, za długaśne przynajmniej o kilka centymetrów! Wlecze się toto po glebie, więc błocko poprzyklejane z tyłu jak gówniana koronka. Do tego wszystkie szarawary za szerokie! Silnie poddane prawu grawitacji spadają z tyłka, że ho ho! Dwóch z trzech panów postanowiło je w związku z tym faktem opuścić poniżej pokaźnych gabarytów brzuszka, natomiast trzeci wpadł na pomysł aby solidnie ściągnąć je paskiem-aż pod pachami. Niby spoko. Przynajmniej w nerki ciepło. No ale jednak noszenie spodni pod pachami a’la Flap, łatwiej wybaczyć podstarzałemu wujkowi z chorym zwieraczem, niż facetowi w sile wieku. Do tego te marynarki. Dlaczego zawsze muszą być za szerokie w ramionach i za długie? Wygląda to trochę tak, jakby jegomość z braku laku owinął się pospiesznie plandeką na gnojowice. Warto też wspomnieć o butach. U wszystkich trzech panów występowało obuwie w stylu biurowy Rumcajs, z niezwykle długim, zwężanym, kwadratowym czubkiem, zawiniętym lekko do góry. O ile mnie pamięć nie myli, obuwie tego typu wyszło z mody gdzieś pomiędzy pojawieniem się komputera IBM 486, a szałem na zapinane z boku na guziki, podrabiane dresy adidasa. Nie czarujmy się. Buty tego typu są nie tylko paskudne, ale też niedobrze się starzeją, uwypuklając wszelkiego rodzaju haluksy i niedobory w urodzie stóp właściciela. Wspominałam już, że są paskudne? He he! No właśnie.

Jest też druga strona tego garniturowego medalu. W czasie przerwy w robocie wpadam sobie czasem do Starbucksa. Mam tam zazwyczaj do czynienia z rewią korpo mody, połączonej z lekko już moim zdaniem nadużywaną stylówką „na drwala”. Niby wszystko spoko. Hiper-turbo-wyrąbiście modnie! No ale jednak coś nie styka. Panowie w stylóweczce tego typu, wciśnięci są zazwyczaj w spodnie, jak to określam wyłącznie „do stania”. Wąskie jak słomka rurki, prawdopodobnie uniemożliwiają im przyjęcie jakiejkolwiek innej pozycji niż całkowicie wertykalna. Do tego portki te, są zazwyczaj zdecydowanie zbyt krótkie. Odsłaniając chude kostki właściciela obnażają, oczywiście celowy, brak skarpet. Rozumiem nawet trochę ten trend, ale latanie z gołymi łapami, czy zima, czy lato, wydaje mi się jednak odrobinkę głupie. Jak rozkraczy Ci się w śniegu Twój hipsterski wartburg z 1984 roku, to zobaczysz jaką moc ma para porządnych, wełnianych skarpet! Do tego te wąziuchne marynareczki z chusteczkami w kieszonce. Wiem!  Wiem! Ta chusteczka nazywa się poszetka i jest podobno piekielnie modna. W ostatnim czasie, szmatka ta ewoluowała z małej, niepozornej ozdóbki w kolorze podszewki, do gabarytów średniej wielkości ścierki-zazwyczaj w zajebiście krzykliwym kolorze, wywalonej z kieszeni marynary, niczym jęzor Panasewicza. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie doczekamy się mody, na flagi narodowe upychane w kieszeniach marynarek, które będą dumnie powiewały w kieszeniach polityków wszystkich frakcji, ugrupowań i odłamów. (W sumie chciałabym to zobaczyć).

Kończąć mój dzisiejszy wywód, chciałam Wam moi drodzy Panowie powiedzieć mniej wiecej tyle, że żeby dobrze wyglądać w garniturze trzeba trochę się postarać….ale zdecydowanie nie trzeba się starać za bardzo! Peace!

P.S. Fotki, których użyłam w dzisiejszym wpisie, Aga zrobiła w Paryżu i panowie na nich uwiecznieni wyglądają moim zdaniem całkiem fajnie! Choć niektórzy są ewidentnie zupełnie bez skarpet….

Szatan szos

Trochę jeżdżę samochodem. Śmiem twierdzić, że nie najgorzej. Od czasu do czasu zdarza mi się przejechać Europę wzdłuż lub wszerz. Nie obce są mi germańskie kilkupasmowe Autobahny, wypełnione po brzegi kosmicznymi furami. Nawet tam gdzie nie ma żadnych ograniczeń prędkości i można jechać „ile fabryka dała”, czuję się spokojnie i jak najbardziej na miejscu. Nie mam spiny na alpejskich wąskich drogach wyrytych w skale nad przepaścią, ani na zadupiastych bezdrożach południa Europy. Problem pojawia się kiedy przejeżdżam obok tabliczki z napisem: „Granica Państwa, Rzeczpospolita Polska”. Przyzwyczajona do w miarę płynnego i generalnie przewidywalnego  tempa jazdy, śmigam sobie trochę prawym, a trochę lewym pasem, kogoś tam co jakiś czas wyprzedzając. Muza sączy się z głośników, a ja popijam zimnego red bulla. Wstążka asfaltu przyjemnie znika pod maską. Wyprzedzam kolejnego TIR-a, leniwie spoglądam w lusterko i widzę wijącą się za mną autostradę. Po sekundzie drugi raz leniwie spoglądam w lusterko… a tu nagle …KURWA ZAWAŁ!!!!! Okazuje się, że na tylnym siedzeniu mojej fury siedzi jakiś Sebix w drucianych okularach!!! Po pierwsze, nie przypominam sobie żebym brała autostopowicza, a po drugie, dlaczego do jasnej cholery ten autostopowicz dzierży w łapach kierownicę?! Mija jeszcze jakiś ułamek sekundy zanim zdążę zakminić, że Sebix siedzi w rakiecie przyklejonej do mojego tyłka i napiera jak domestos w sraczu-z siłą wodospadu! Rozumiem, że muszę ratować się ucieczką na prawy pas!  Sytuacja najwyraźniej jest wyjątkowa! Wyprzedzam więc kolejnych 15 TIR-ów i w tempie błyskawicy, ocierając się o śmierć, ląduje na prawym. Spoglądam w lewo…a tam: Z prędkością 260km/h mija mnie rozgrzana do czerwoności , zrywająca się do lotu Škoda Fabia! Zdążę jeszcze tylko dostrzec trzepoczące na wietrze, przyklejone do tylnej szyby przeciwsłoneczne makatki z różowymi księżniczkami oraz pół zachlastanej błockiem piłeczki tenisowej nadzianej na hak holowniczy i obiekt znika z pola widzenia. Jestem pewna, że gdyby policzyć średnią prędkość z jaką poruszają się samochody w Polsce, z podziałem na marki, wyszło by, że najwięksi zapierdalacze to samochody marki Škoda. Naprawdę nie kumam dlaczego BOR gniecie się w tych mułowatych dziadowozach ze skrzypiącymi beżowymi skórami i wieśniackim drewnem na desce rozdzielczej. Wydaje mi się, że gdyby zainwestowali we flotę złożoną z Octavii, byli by najskuteczniejszą służbą świata! Tak czy owak….moja podróż trwa dalej. Wjeżdżam na autostradę A1. Próbuję wyprzedzać i nagle zostaje zdmuchnięta prosto pod koła kampera na holenderskich rejestracjach. Spoglądam w lewo i widzę jak mija mnie biały, lekko przerdzewiały van, pełen słusznej postury gentlemanów . Patrzę na blachy i widzę GKA! Wiem, że jestem już w domu.

Letnia przygoda z 1991 roku

Kilka tygodni temu wróciłam z samochodowej wyprawy do Chorwacji. Przejazd przez Polskę, Czechy, kawalątek Słowacji, a następnie przez Austrię i Słowenie był bardzo ciekawym doświadczeniem. W krajach tranzytowych nie udało mi się zwiedzić zbyt wiele, ale i tak jazda przez nie dała mi jako takie pojęcie o tym, jak zmieniły się przez ostatnie lata ojczyzny naszych słowiańskich braci. A trzeba przyznać, że pozmieniało się tam naprawdę sporo. Żeby opowieść była pikantniejsza pozwolę sobie przytoczyć Wam jedno z moich pierwszych wspomnień związanych z odwiedzaniem tego zakątka Europy. Pamiętam jak w lecie 1991 roku, podczas naszej pierwszej samochodowej wyprawy zagranicznej, przejeżdżałam z rodzicami przez dawną Czechosłowacje. W Polsce w tym czasie można już było bez problemu kupić sobie do picia Coca Colę. Był to co prawda ciągle napój „smakujący wolnością” i w pewnym sensie niecodzienny, ale i tak można go było kupić właściwie w każdym spożywczaku. Tak więc podróżując w to upalne lato samochodem, rzecz jasna, bez klimatyzacji, marzyliśmy o buteleczce zimnej Coli. Kilometry mijały, a na horyzoncie nie widać było żadnego zajazdu, ani nawet sklepiku, w którym można było by nabyć cokolwiek do picia. Po dość długim czasie, gdzieś w okolicach obecnie Słowackiej Žiliny, udało się nam wypatrzyć zapowiadający się dość obiecująco przybytek. Solidnie zbudowany barak z obszernym parkingiem i okazałym szyldem reklamowym wzbudzał radość i zaufanie. Wygrzebaliśmy się zatem z zapoconego pojazdu i dziarskim krokiem-jak po swoje, ruszyliśmy do gospody. Drzwi skrzypnęły radośnie, a naszym oczom ukazała się otchłań czarna-niczym odbyt czarta! Po kilku sekundach, gdy przyzwyczailiśmy się do ciemności , pojawiło się przed nami wnętrze budzące szczery smutek. Dość spora przestrzeń w kształcie litery „L” usrana była lasem połamanych na wszystkie możliwe sposoby plastikowych krzeseł i stolików w kolorze gówniano-buraczanym. Skompletowanie z tego szmelcu czteroosobowego stolika, w którym żaden mebel nie miał by nic odłamane, było mniej więcej tak samo proste jak ułożenie puzzli przedstawiających zdjęcie Dżungli Amazońskiej z lotu ptaka. W kącie pod oknem zalegała pamiętająca lata 70 rogówka, obita granatowym pluszem w  bordowe maziaje. Tuż obok, ustawiony został masywny stół z ośmiokątnym blatem, polakierowanym w kolorze kacowej sraki . W sumie można było by rozważyć zajęcie miejsca przy tym uroczym zestawie, gdyby nie fakt, że wspomniana wyżej tapicerka wydobywała z siebie woń uprzątniętych niedawno wymiocin. Podłoga lokalu, wykończona była układanymi naprzemiennie fioletowymi i turkusowymi kaflami, tworzącymi budzącą zamęt w głowie szachownicę. Ściany zdobiły dziabnięte olejną farbą zielone lamperie, natomiast sufit o zgrozo! Był żółty! Strzelam, że ta odważna decyzja, umotywowana była chęcią rozświetlenia tego niezwykle mrocznego wnętrza. Z przykrością muszę stwierdzić, że nie przyniosła ona pożądanego skutku. Być może problemu nie należało dopatrywać się w kolorze sufitu, ale w fakcie, że trzy z czterech okien znajdujących się w lokalu, zabite było dechami. Co by jednak nie mówić, elementem budzącym największy zachwyt, był w owym wnętrzu bar. Olbrzymi półkolisty grzmot w kolorze morelowo-łososiowym, zwieńczony był plastikowym blatem mającym prawdopodobnie imitować zielony granit. Efekt był jednak taki, że zamiast z eleganckim kamieniem, kojarzył się bardziej ze spleśniałym salcesonem. Jakby tego było mało, półkolista podstawa tej jakże szpetnej landary, ozdobiona była dość niechlujnie przytwierdzonymi fragmentami luster w kształcie rombów i trójkątów. Część z nich zdążyła już odpaść, pozostawiając po sobie ślady brązowego kleju. Nad kontuarem zawieszone były naprzemiennie lampy z kloszami w kształcie czerwonych kwiatków i nie zmienianie przynajmniej od trzech sezonów lepy na muchy. Całości dopełniały pocięte nożami hokery z bordowego skaju. Za kontuarem stała wpatrująca się w nas pełnym profesjonalizmu wzrokiem, niezwykle dorodna dziewoja. Po chwili milczenia zagadała nas ochoczo:

Dziewoja: – Co dát?!

My:- Je Coca Cola?

W tym momencie owa słusznej postury panna, (lat na oko mniej więcej dwudziestu) zasępiła się znacząco, a jej wzrok stał się jakby nieco mętny….Po chwili jednak odzyskała energię i pełnym radości głosem wykrzyknęła:

Dziewoja: – Ano! Quick Drink!!!

Po czym dziarskim krokiem udała się w kierunku stojącej w głębi, pokaźnych rozmiarów dębowej szafy. Wydobyła z niej towar i ustawiła przed nami na barze trzy gliniane kubki z urwanymi uszkami i opróżnioną do połowy 2-litrową butle z brunatną, na oko dość gęstą i lepką cieczą. Jak możecie się domyślać, napój przechowywany był w temperaturze pokojowej, która owego pięknego, dnia wynosiła około 30 stopni Celsjusza. Chociaż znaczna część butelki zaklajstrowana była wypływającym z niej napojem, na etykiecie dało się jeszcze odczytać delikatnie majaczący napis: „QUICK DRINK”.

Jesienna nostalgia, czyli jak spojrzeć w ciemność z podniesioną głową

Jest taki czas w roku, kiedy pozornie wszystko się kończy. Lato mija, a dni stają się coraz krótsze. Żuki i pająki wciskają swe chitynowe odwłoki do naszych domów i mieszkań. Jeże siedzą osowiałe w krzakach, czekając posępnie na liście opadające z drzew. Choć nikt nie zwraca na to uwagi, mogę Was zapewnić, że w ich bystrych, czarnych oczkach czai się jakaś nie ogarnięta jeżym umysłem nostalgia. Mój otyły kot „latyfundysta”  z coraz mniej skrywanym zniechęceniem dogląda swoich włości. Kiedy wypuszczam go na dwór, patrzy na mnie tymi wielkimi żółtymi oczami i nerwowo strzyże wibrysami. Jestem prawie pewna, że nie widział nigdy Shreka, ani tym bardziej Kota w Butach, ale na swój własny koci sposób wie jak przekazać mi fakt, że wcale nie jest pozbawiony uczuć wyższych. Wręcz przeciwnie, przez ułamek sekundy wydaje mi się, że to ja, zagoniona w swoim codziennym pędzie, jestem tych uczuć pozbawiona. Nawet komarzyce, które jeszcze kilka dni temu pogryzły mnie niemal do kości, latają teraz jakby do tyłu, obijając się przy tym o ściany. Ich wątłe ciałka przeświecone światłem lampki wyglądają niemal magicznie.. A przecież jeszcze chwilę temu wyzywałam je za pomocą zwrotów „macierzyńskich”! Do tego jeszcze te cholerne ptaki! Od zawsze jednym z najbardziej przygnębiających znaków zbliżającej się jesieni, był dla mnie widok ptaszorów odlatujących do ciepłych krajów na zimę. Jakby tego było mało, po wyjątkowo nie udanym na Pomorzu lecie, pogoda na początku września wpisuje się zdecydowanie w nurt depresyjno-wisielczo-apokaliptyczny. Cieszę się, że subkultura EMO wśród nastolatków powoli zanika, bo przy tej aurze oprócz kipów i nawianych przez wiatr przedwcześnie opadłych liści, trzeba by było zamiatać sprzed domu także ciała nieletnich fanów zespołu Tokio Hotel. Ilość opadów w tym roku, była tak duża, że czułam się jak pracownik poradni wenerycznej dla roślin. Prawie wszyscy mieszkańcy mojego ogrodu zapadli na jakąś odmianę grzybicy! Obojętnie jakie objawy miała dana roślina pokazana przeze mnie na zdjęciu, pracownik sklepu ogrodniczego z pewnością snajpera odpowiadał mi jednym słowem: GRZYBICA! Po czym beznamiętnie wręczał mi opakowanie Topsinu. Jestem pewna, że producent owego specyfiku po tym sezonie wybuduje sobie chatę z lądowiskiem dla helikoptera na Bahamach i zacznie wreszcie odcinać kupony od tej zagrzybiałej roboty. Kto wie, może koleś jest cwańszy niż się nam wszystkim wydaje i sam przez całą zimę palił w piecu niedojedzonymi zupkami chińskimi, kaloszami i pieluchomajtkami teściowej, co spowodowało tegoroczne anomalia pogodowe. Kolejnym beneficjentem tegorocznych letnich warunków pogodowych może się też prawdopodobnie nazwać wyżej wymieniony jeż. Robaków było tyle, że upasł się do rozmiarów sporej wielkości garnka. Kilka razy kiedy przechadzałam się w nocy po ogrodzie, pomyliłam go z piłką do koszykówki, która co jakiś czas wpada do nas synowi sąsiadów. Nie wiem jaki wskaźnik BMI określa u jeży otyłość olbrzymią , ale fakt, że przez dziurę pod płotem, którą w zeszłym roku rozepchał sobie tyłkiem jego krewniak, przełożyć może tylko czubek nosa i dwie przednie łapy, powinien być dla niego lekko alarmujący. Cieszyć się też pewnie mogą grzybiarze…i nie mam tu na myśli panów, szukających miłości u odrobinę sfatygowanych tlenionych Bułgarek, lub innymi słowy, jegomości korzystających z piękna „Polski w pigułce”. (Kto nie wie o co cho, niech wpisze owo hasło w wyszukiwarke ;)). Chodzi mi oczywiście o kamizelkowych ninja, władających kozikiem niczym nunczako. Niestety nie znam się wcale ani na grzybach, ani na ich zbieraniu. W związku z tym smutnym faktem pozwolę sobie napisać tylko tyle, że wstawanie w weekendy o 5.00 rano, tylko po to żeby godzinami, często w strugach deszczu , wdeptując w pozostawione przez letników papierzaki, szukać w leśnych krzaczorach czegoś, co poza walorami smakowymi nie posiada absolutnie żadnych wartości odżywczych, jest dla mnie szalonym bohaterstwem! Wiem doskonale, że zaraz niektórzy cwaniacy zwrócą mi uwagę, że przecież wódka też żadnych wartości odżywczych nie posiada, a mimo to ludzie ją piją. Oczywiście! Piją! Ale czy wódka chowa się w krzakach? Czy aby ją zdobyć należy zakładać uwłaczającą ludzkiej godności beżową kamizelę z kieszeniami i kaloszki? Czy kupowanie wódki, trzeba okraszać tysiącem zdjęć na facebooku, dokumentującym naszą zajebistą zaradność? Czy może wreszcie, aby napić się wódki należy w jedyny wolny dzień zrywać się z nagrzanego leża bladym świtem? NIE! Żeby napić się wódki, należy zazwyczaj przejść około 200 metrów do najbliższej żabki, biedrony czy też fresha, następnie ciepnąć na ladę banknot z Bolesławem Chrobrym i odkręcić kapsel! Ot i cała filozofia! Jak zwykle proszę Was żebyście nie zrozumieli mnie źle. Absolutnie nie mam nic do grzybiarzy. Nabijanie się z nich ma charakter czysto rozrywkowy. Blog ma w nazwie zachętę do działania, więc jeśli przez moje inwektywy czujecie się zmotywowani do grzybobrania, to wspaniale! Mój cel zostanie w pełni osiągnięty!

Dochodząc do tego stwierdzenia, pragnę także dojść do konkluzji, którą chciałabym zawszeć w moim dzisiejszym wpisie. Jakkolwiek brzydkie nie było by lato i jak bardzo nie przytłaczała by Was nadchodząca jesień pamiętajcie, że: „coś się kończy…i coś zaczyna”. Jestem pewna, że wielu z Was będzie miało z tych wakacji wspaniałe wspomnienia i dla wielu było to na pewno lato, które zapamiętają do końca życia. Koniec wakacji, a tym samym lata, będzie też na pewno  dla niektórych z Was początkiem roku szkolnego, roku akademickiego, czy też nowym otwarciem w pracy. Pojawiają się nowe możliwości, które warto dostrzec i docenić  Przed nami końcówka roku i to co z nią zrobimy zależy tylko od nas. Znowu przecież macie mnóstwo czasu na to, żeby w następne wakacje pokazać się na plaży z wymarzonym kaloryferem na brzuchu! A może w międzyczasie nauczycie się też czegoś nowego, zagadacie wreszcie tą dziewczynę z IIA, która ciągle mija was na korytarzu, wygracie w totka, zaplanujecie wymarzoną podróż, odwiedzicie dawno nie widzianego przyjaciela, albo zostaniecie gwiazdami YouTube’a!? To co zrobicie w te nadchodzące szare miesiące zależy tylko od Was! Dlatego proszę Was! Nie zalegajcie na kanapie!