Letnia przygoda z 1991 roku

Kilka tygodni temu wróciłam z samochodowej wyprawy do Chorwacji. Przejazd przez Polskę, Czechy, kawalątek Słowacji, a następnie przez Austrię i Słowenie był bardzo ciekawym doświadczeniem. W krajach tranzytowych nie udało mi się zwiedzić zbyt wiele, ale i tak jazda przez nie dała mi jako takie pojęcie o tym, jak zmieniły się przez ostatnie lata ojczyzny naszych słowiańskich braci. A trzeba przyznać, że pozmieniało się tam naprawdę sporo. Żeby opowieść była pikantniejsza pozwolę sobie przytoczyć Wam jedno z moich pierwszych wspomnień związanych z odwiedzaniem tego zakątka Europy. Pamiętam jak w lecie 1991 roku, podczas naszej pierwszej samochodowej wyprawy zagranicznej, przejeżdżałam z rodzicami przez dawną Czechosłowacje. W Polsce w tym czasie można już było bez problemu kupić sobie do picia Coca Colę. Był to co prawda ciągle napój „smakujący wolnością” i w pewnym sensie niecodzienny, ale i tak można go było kupić właściwie w każdym spożywczaku. Tak więc podróżując w to upalne lato samochodem, rzecz jasna, bez klimatyzacji, marzyliśmy o buteleczce zimnej Coli. Kilometry mijały, a na horyzoncie nie widać było żadnego zajazdu, ani nawet sklepiku, w którym można było by nabyć cokolwiek do picia. Po dość długim czasie, gdzieś w okolicach obecnie Słowackiej Žiliny, udało się nam wypatrzyć zapowiadający się dość obiecująco przybytek. Solidnie zbudowany barak z obszernym parkingiem i okazałym szyldem reklamowym wzbudzał radość i zaufanie. Wygrzebaliśmy się zatem z zapoconego pojazdu i dziarskim krokiem-jak po swoje, ruszyliśmy do gospody. Drzwi skrzypnęły radośnie, a naszym oczom ukazała się otchłań czarna-niczym odbyt czarta! Po kilku sekundach, gdy przyzwyczailiśmy się do ciemności , pojawiło się przed nami wnętrze budzące szczery smutek. Dość spora przestrzeń w kształcie litery „L” usrana była lasem połamanych na wszystkie możliwe sposoby plastikowych krzeseł i stolików w kolorze gówniano-buraczanym. Skompletowanie z tego szmelcu czteroosobowego stolika, w którym żaden mebel nie miał by nic odłamane, było mniej więcej tak samo proste jak ułożenie puzzli przedstawiających zdjęcie Dżungli Amazońskiej z lotu ptaka. W kącie pod oknem zalegała pamiętająca lata 70 rogówka, obita granatowym pluszem w  bordowe maziaje. Tuż obok, ustawiony został masywny stół z ośmiokątnym blatem, polakierowanym w kolorze kacowej sraki . W sumie można było by rozważyć zajęcie miejsca przy tym uroczym zestawie, gdyby nie fakt, że wspomniana wyżej tapicerka wydobywała z siebie woń uprzątniętych niedawno wymiocin. Podłoga lokalu, wykończona była układanymi naprzemiennie fioletowymi i turkusowymi kaflami, tworzącymi budzącą zamęt w głowie szachownicę. Ściany zdobiły dziabnięte olejną farbą zielone lamperie, natomiast sufit o zgrozo! Był żółty! Strzelam, że ta odważna decyzja, umotywowana była chęcią rozświetlenia tego niezwykle mrocznego wnętrza. Z przykrością muszę stwierdzić, że nie przyniosła ona pożądanego skutku. Być może problemu nie należało dopatrywać się w kolorze sufitu, ale w fakcie, że trzy z czterech okien znajdujących się w lokalu, zabite było dechami. Co by jednak nie mówić, elementem budzącym największy zachwyt, był w owym wnętrzu bar. Olbrzymi półkolisty grzmot w kolorze morelowo-łososiowym, zwieńczony był plastikowym blatem mającym prawdopodobnie imitować zielony granit. Efekt był jednak taki, że zamiast z eleganckim kamieniem, kojarzył się bardziej ze spleśniałym salcesonem. Jakby tego było mało, półkolista podstawa tej jakże szpetnej landary, ozdobiona była dość niechlujnie przytwierdzonymi fragmentami luster w kształcie rombów i trójkątów. Część z nich zdążyła już odpaść, pozostawiając po sobie ślady brązowego kleju. Nad kontuarem zawieszone były naprzemiennie lampy z kloszami w kształcie czerwonych kwiatków i nie zmienianie przynajmniej od trzech sezonów lepy na muchy. Całości dopełniały pocięte nożami hokery z bordowego skaju. Za kontuarem stała wpatrująca się w nas pełnym profesjonalizmu wzrokiem, niezwykle dorodna dziewoja. Po chwili milczenia zagadała nas ochoczo:

Dziewoja: – Co dát?!

My:- Je Coca Cola?

W tym momencie owa słusznej postury panna, (lat na oko mniej więcej dwudziestu) zasępiła się znacząco, a jej wzrok stał się jakby nieco mętny….Po chwili jednak odzyskała energię i pełnym radości głosem wykrzyknęła:

Dziewoja: – Ano! Quick Drink!!!

Po czym dziarskim krokiem udała się w kierunku stojącej w głębi, pokaźnych rozmiarów dębowej szafy. Wydobyła z niej towar i ustawiła przed nami na barze trzy gliniane kubki z urwanymi uszkami i opróżnioną do połowy 2-litrową butle z brunatną, na oko dość gęstą i lepką cieczą. Jak możecie się domyślać, napój przechowywany był w temperaturze pokojowej, która owego pięknego, dnia wynosiła około 30 stopni Celsjusza. Chociaż znaczna część butelki zaklajstrowana była wypływającym z niej napojem, na etykiecie dało się jeszcze odczytać delikatnie majaczący napis: „QUICK DRINK”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *