Czy to jest sztuka? Czy g…?

Zdjęcie pochodzi z: http://joemonster.org/art/24658 (30.10.2017)

Dziś powiem Wam kilka słów o moich odczuciach związanych z pewnym odłamem sztuki współczesnej, który na potrzeby tego wpisu nazwałam roboczo „O.O.O.” , czyli Obleśne Obrazoburcze Ohydztwo. Nazwa wydaję się być słuszna tym bardziej, że w sumie jedyne co można powiedzieć na widok eksponatów łapiących się w zakres „sztuki” „O.O.O.” to : „Ooo kurwa!” Żeby po krótce zobrazować Wam o co tu właściwie chodzi, przedstawię kilka flagowych klasyków gatunku. Przygotujcie sobie Rapaholin, setkę wódki oraz brudną miskę i jedziemy!

Na pierwszy ogień pójdzie zatrważająco obrzydliwe „dzieło” Brytyjskiego artysty Damiena Hirsta pod niezwykle enigmatycznym tytułem „Zjedzmy dziś na dworze”.  Ta dziwaczna instalacja to szklany kubik, do którego Hirst wstawił plastikowy stół i krzesła. Obok znalazł się także grill z kawałkami surowego mięcha. Na talerzach ułożone zostały resztki jedzenia. „Dzieła” dopełniały otwarte butelki z różnego rodzaju napojami wyskokowymi. Cała ta urocza instalacja miała posłużyć jako wypasiona uczta dla kilku tysięcy muszych larw (a później już zupełnie dojrzałych, mogących legalnie pić alkohol much) zamkniętych w kubiku. Za pomocą tego odstręczającego bałaganu, autor chciał pokazać cykl życia od narodzin aż do śmierci. Niestety śmierć w tym wypadku nie była naturalna, ponieważ nad stołem przebiegły artysta umieścił lampę owadobójczą. Jestem prawie pewna, że jakiś pasjonat „sztuki” zostawił w muzeum kamerkę celem nagrania pełnego cyklu muszej egzystencji i teraz z wypiekami na policzkach ogląda to syfiaste przedsiewziecie na ekranie 60 calowego telewizora. Mam szczerą nadzieję, że obok tego genialnego „dzieła” znalazło się też miejsce na elegancki stojak z woreczkami na wymiociny.

Zdjęcie pochodzi z: http://joemonster.org/art/24658 (30.10.2017)

Niezwykle dziwacznym „dziełem” zaliczającym się do klasyki gatunku O.O.O. jest też „Dywan z Hitlera”, którego autorem jest Izraelski artysta Boaz Arad. Pozwolę sobie abstrahować od oczywistego związku pomiędzy narodowością autora i tematyką pracy. Myślę, że większość ludzi na świecie, niezależnie od tego skąd pochodzą, poczuło by pewnego rodzaju satysfakcję wiedząc, że najsłynniejszy Austriacki akwarelista skończył, no cóż…jako czyjś dywan, albo wycieraczka do upieprzonych kaloszy. Nie zmienia to jednak faktu, że to gumowe ścierwo nieuchronnie zalicza się do grupy dzieł, stworzonych delikatnie mówiąc na siłę. Ani to ładne, ani przekaz nie jest zbyt głęboki. Podobnie jak w przypadku obleśnej uczty dla much, mamy tu do czynienia z czymś co ma nas zmusić do wypowiedzenia jedynych adekwatnych w tym wypadku słów, które przytoczyłam wyżej. Skoro artysta chciał poruszać się w ramach sztuki użytkowej, to myślę, że o wiele bardziej utylitarnym pomyslem było by zaprojektowanie linii pisuarów z nadrukowaną na nich (w miejscu muchy) otwartą paszczą Adolfika.

A rug in the form of a „skinned” Adolf Hitler is put on display at Israeli artist Boaz Arad’s exhibition „VoozVooz” at the Centre for Contemporary Art in Tel Aviv February 20, 2007. REUTERS/Gil Cohen Magen (ISRAEL)

Zdjęcie pochodzi z http://art.blox.pl/2007/02/Dywan-z-Hitlera.html (30.10.2017)

W żenujący klimacik wpisują się też niestety nasze rodzime „dzieła”. Genitalia na krzyżu, piramida zwierząt, które autorka własnoręcznie wytypowała do uśpienia i wypchania, czy też obóz koncentracyjny z klocków LEGO, to z całą pewnoscią wielka gówniana rysa na Polskiej sztuce współczesnej. Prawda jest taka, że nie są to rzeczy ani szokujące ani zmuszające do jakiejkolwiek refleksji czy zadumy. Moim skromnym zdaniem są one po prostu okrutne i skrajnie głupie. Celowo nie wymienię tu autorów, tych idiotycznych instalacji żeby nie robić zdziwaczałym ludziom niepotrzebnej reklamy. W podobny odłam O.O.O. wpisuje się także Amerykanin Andreas Serrano i jego obrazoburcze fotografie przedstawiające krucyfiks zatopiony w różnych substancjach, w tym między innymi w jego własnym moczu. Choć autor twierdzi, że przesłaniem zdjęć miało być zwrócenie uwagi na przesadne komercjalizowanie symboli religijnych we współczesnej kulturze, to oczywistym wydaje się fakt, że pieprzy jak potłuczony. Ostatnie dwie lub trzy dekady, to wylęgarnia osobników pozbawionych weny lub talentu (lub jednego i drugiego), którzy zamiast ruszyć mózgiem i zrobić coś ważnego i godnego uwagi, próbują z uporem maniaka wyjechać na bezczeszczeniu Chrześcijańskich symboli religijnych, albo czepiać się tematów uznanych przez opinię publiczną za delikatne. Swoją drogą zastanawiający jest fakt, dlaczego przyczepili się akurat do tej religii? Pytanie jest oczywiscie retoryczne. Nie trzeba na nie odpowiadać.

Zdjęcie pochodzi z: http://antyweb.pl/na-sztuce-sie-nie-znam-to-sie-wypowiem/ (30.10.2017)

Jadąc dalej wspomnieć trzeba o różnego rodzaju instalacjach artystycznych w stylu skundlonej, obfajdanej kołdry ciepniętej na zardzewiałe szpitalne łóżko, pękniętej opony położonej na manekinie bez głowy, za to z wbitym w tyłek śrubokrętem, albo lalki zawieszonej za nogę na łuszczącej się z farby ramie okiennej. Przyznam się, że powyższe trzy przykłady pozwoliłam sobie zmyślić, ale jestem prawie pewna, że jakaś szanująca się galeria sztuki współczesnej, ma teraz w swoich zbiorach „dzieło” bardzo zbliżone do tego co tu opisałam. Autentycznym eksponatem w podobnym klimacie jest za to krzesło z powbijanymi w siedzisko gwoździami. Rozumiem, że autor (lub autorka), ma pewne problemy z hemoroidami, jednak nie wiem czy jest to przekaz wystarczajacy, żeby wystawiać się w szanowanych galeriach sztuki. Na podobnym poziomie znajduje się także „Członkotron”, czyli nic innego jak fotel ozdobiony powyginanymi na wszystkie strony kutasikami. Urocze!

Zdjęcie pochodzi z: http://antyweb.pl/na-sztuce-sie-nie-znam-to-sie-wypowiem/ (30.10.2017)

Dożyliśmy czasów, w których prawdopodobnie najwyższym wyrazem artystycznego geniuszu było by zatrzymanie się na środku idealnie białej sali wystawienniczej, ściągnięcie gaci, delikatne przykucnięcie i postawienie klocka na błyszczącej posadzce z żywicy epoksydowej. Dopełnieniem dzieła mogło by być odspiewanie Marsylianki i zatknięcie w kupie maleńkiej chorągiewki z napisem „PRZEMOC”! Idąc tym tokiem rozumowania, nie ma co sie zastanawiać tylko w te pędy należy otwierać warsztat lepienia rzeźbek z gołębiego guana. Myślę, że gdybym zaczęła taką działalność, za kilka tygodni dostałabym telefon z Nowego Jorku z propozycją wernisażu. Może i rzeźbki z ptasiego gówna dość łatwo się rozpadają i śmierdzą opuszczonym poddaszem, ale przecież do jasnej cholery ile w tym sztuki! A ile delikatności!!! Nigdy nie zapomnę sytuacji sprzed kilku lat, kiedy dotarła do mnie sensacyjna wiadomość o tym, że studentka jednej z naszych rodzimych Akademii Sztuk Pięknych, postanowiła jako pracę dyplomową ukulać rzeźbę z własnych glutów! Jak wszyscy wiemy, wkład własny autora jest czynnikiem znacząco podnoszącym jakosć dzieła, jednak w tym przypadku śmiem twierdzić, że owa niewiasta zrozumiała to odrobinę zbyt dosłownie.

Na koniec chcę Wam powiedzieć, że istnieją jeszcze na tym świecie artyści, którzy robią rzeczy naprawdę wartościowe i godne uwagi, a ich sztuka ma fajny przekaz i co ważne jest miła dla oka. Wklejam Wam linki do ich stron. Żeby było siekawiej wybrałam artystów lokalnych! Enjoy:

MALARSTWO:

  1. Andrzej Umiastowski: http://umiastowski.pl/
  2. Krzysztof Syruć: http://cargocollective.com/syruc
  3. Łukasz Fruczek: http://fruczek.wixsite.com/lukasz-fruczek/miniaturesa
  4. Mikołaj Harmoza: http://mikolaj.harmoza.pl/index.php/top/o-mnie

RZEŹBA:

  1. Maria Teresa Kuczyńska: http://mihurybi.website.pl/majka/kuczyn3.html
  2. Tomasz Radziewicz: https://www.artstation.com/tomekradziewicz

Profanujesz Symbole Narodowe?

Martwi mnie to, że tak wielu ludzi w Polsce nie szanuje symboli narodowych. Dożyliśmy bardzo dziwnych czasów. Znaleźliśmy się w realiach, w których granica pomiędzy tym co wypada, a tym czego nie wypada robić z dziedzictwem, które otrzymaliśmy od naszych przodków, została dość mocno zatarta. Zadziwiający i zatrważający jest dla mnie fakt, „ozdabiania” niemal każdego kawałka byle jakiej szmaty, symbolami niosącymi za sobą bohaterstwo i martyrologię Narodu Polskiego. Osłupiająca jest też bezmyślność i infantylny optymizm ludzi ze spranymi jak stare gacie mózgami, lecących za tym trendem jak muchy do spoconej pachy. Choć kilka osób w Internecie (i nie tylko) podnosiło już tę kwestię, to jednak moim zdaniem temat powinien być nagłośniony nieco bardziej. Zanim przejdę do meritum mam apel, aby nie rozpętywać gównoburzy bez doczytania tego wpisu do końca! Dziękuję.

Jeżeli to czytasz, to prawdopodobnie jesteś patriotą. Ja też jestem patriotką. Kocham ten kraj i do szpiku kości szanuje jego historię. Napawa mnie prawdziwa duma, gdy widzę defilujące Wojsko Polskie i łza kręci mi się w oku kiedy śpiewam Mazurka Dąbrowskiego albo oglądam wywiady z ostatnimi żyjącymi Powstańcami Warszawskimi. Zawsze gdy na nich patrzę, myślę sobie że to nie ludzie, lecz obdarzone nadludzką odwagą anioły, zesłanie na ziemię w szatańskich czasach, żeby nas bronić i dać kolejnym pokoleniom przykład jak należy żyć w chwili, gdy jedyną opcją jest śmierć. Mam w swojej rodzinie troje Warszawskich Powstańców i jeszcze kilku członków AK, którzy walczyli w innych rejonach Polski. Dane mi było rozmawiać w cztery oczy z ludźmi którzy przeżyli piekło wojny i ból porażki związanej z niemal 50-letnią okupacją Związku Radzieckiego w naszym kraju. Między innymi dlatego tak bardzo drastyczne wydaje mi się to, co jest dziś robione z symbolami, które nierozerwalnie złączone są z największymi cnotami i wartościami jakie posiada Polska. Dlaczego nawet tak ważna i wspaniała idea jaką jest patriotyzm, musi być dziś sprowadzana do poziomu syfiastego popkulturowego szamba?

Czy naprawdę wydziaranie sobie tuż nad dupą Godła Rzeczypospolitej Polskiej, jest oznaką przywiązania do wartości narodowych? Czy późniejsze prezentowanie tegoż godła w zestawieniu z koronkowymi majtami, białymi kozakami i silikonowymi balonami można traktować jako normalny przejaw patriotyzmu? Czy kupowanie slipów z nadrukowanym tuż koło jajec symbolem Polski Walczącej na serio jest w porządku? A może fajnym pomysłem jest tatuowanie sobie tego symbolu na łydzie, mając na drugiej nodze portret komunisty Che Guevary? Czy zamęczona przez nazistów w KL Auschwitz Anna Smoleńska – 23 letnia autorka znaku słynnej „Kotwicy”, była by zadowolona z takiego obrotu spraw? A może spodobało by jej się domalowywanie zaprojektowanemu przez nią symbolowi sutków i przekształcanie litery „W”  w zwyczajne ordynarne cycki? Czy może wreszcie stringi z Herbem Polski umiejscowionym nad rowkiem to naprawdę pozytywny przełom w branży bieliźniarskiej? Odpowiedzi na te pytania wydają się dosyć oczywiste, ale niestety nie dla wszystkich. Jak widać gacie i zrobione w głupich miejscach tatuaże o tematyce patriotycznej są w dzisiejszych czasach na fali wznoszącej.

Kolejną kwestią są różnego rodzaju koszulki i bluzy przyozdobione najważniejszymi symbolami narodowymi. Uważam, że manifestowanie swojego patriotyzmu w taki sposób niemal każdego dnia, jest trochę jak modlitwa na pokaz. Najwyraźniej jednak chęć codziennego pokazywania swojej dumy narodowej jest dziś dla wielu osób bardzo ważna. Choć mam do tego nieco inne podejście,nie będę tego hejtować. W ostatecznym rozrachunku takie odruchy są raczej przejawem bardziej pozytywnym niż negatywnym. Sama w czasie różnego rodzaju międzynarodowych imprez sportowych zakładam koszulkę z orłem na piersi. Uważam ją jednak za pewnego rodzaju ubiór odświętny. Nosząc ją, staram się nie wylewać nie siebie browara, nie wdawać się w niepotrzebne szarpaniny, ani nie zasnąć w krzakach. Kluczem do sprawy jest tutaj właśnie to, jak się będziemy w takim stroju zachowywali. Osobiście uważam, że nie jest to ubranie odpowiednie do usuwania gnojowicy, chlania na umór, wdawania się w mordobicie na festynie ani defekacji w miejscu publicznym. Generalnie jako osoby dumne ze swojej przynależności narodowej powinniśmy nosząc odzież patriotyczną zachowywać się jak mali bohaterowie. Pomagać staruszkom na przejściu dla pieszych. Ściągać kota sąsiadki z drzewa. Być uprzejmym dla ludzi na ulicy i w tramwaju. Bronić słabszych przed atakami dręczących ich palantów. Generalnie pomagać bliźnim w różnego rodzaju drobnych codziennych sprawach i być dla nich miłym i uprzejmym. Niby to nic takiego, ale jeżeli z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie zachowywać się sympatycznie i pomocnie, (na przykład dlatego, że ludzie nas wkurwiają) postarajmy się przynajmniej nie postępować wrednie, żałośnie i obleśnie. Postawmy za to na wyważoną neutralność.

Na koniec muszę wspomnieć o dość mocno rozpowszechnionym ostatnio zwyczaju bazgrania sprayami i różnego rodzaju gównianymi markerami po Fladze państwowej. Czy przekaz w stylu „Radom z Wami”, „Sosnowiec Wita”, „Pszczyna Pamiętamy”, „Dziękujemy Adam” albo „Sto lat Panie Zdzisławie” naprawdę jest godzien tego, by „przyozdabiać” nim Flagę Polski? Czy nie można bzdur tego typu gryzmolić na zwykłym kawałku białego płótna albo kartonu? Po co mieszać flagę w tego typu pierdoły? O ile mi wiadomo są nawet w naszym kraju jakieś paragrafy za mazanie po fladze. Mimo to ludzie ciągle to robią! Dość!
Kończąc chce Wam po prostu powiedzieć, żebyśmy wszyscy starali się nieco bardziej dbać o symbole narodowe i nie używać ich nadaremno. Szanujmy przekaz emocjonalny jaki się z nimi wiąże i pamięć o ludziach, którzy niejednokrotnie tracili życie w walce o nasz kraj i naszą przyszłość. Pamiętajmy, że Flaga Narodowa i Godło Rzeczypospolitej Polskiej to nasze wspólne dobro narodowe i, że wolność którą symbolizują, może nie być nam dana na zawsze. Tym bardziej starajmy się jako Polacy szanować nasze najważniejsze symbole, aby tym samym dawać przykład i wzbudzać szacunek u innych.
Podaję Wam jeszcze linki do filmików, które uzupełnią mój wpis:

O symbolu Polski Walczącej i o tym jak go „używać”:

O tym jak Amerykanie traktują swoją flagę państwową:

Na koniec materiały źródłowe, z których pochodzą zdjęcia użyte w kolażu:

1.http://www.newsweek.pl/polska/polka-walczaca-na-czarnym-protescie-sprawa-zajmie-sie-prokuratura-,artykuly,398285,1.html

2. http://odbudowarp.pl/moda-na-patriotyzm-obrzydliwe-naduzywanie-symboli-narodowych/

3. http://tttaaatttooosss.blogspot.com/2013/08/tatuaz-orze-patriotyczny-tatuaz-dla.html
4. https://kwejk.pl/przegladaj/2944955/0/najlepsze-dziela-januszy-tatuazu.html
5. koszulki-patriotyczne.cupsell.pl/produkt/215407-stringi-z-herbem.html
6. http://demotywatory.pl/4676155/Koles-ma-o-jedna-noge-za-duzo

Śledź, wino i pianino. Czyli gdzie się podziały tamte prywatki?

Sądzę, że spora część z Was chce czasem rozerwać się „na mieście”. W ostatnich latach powstało wiele nowych, modnych i niezwykle lansiarskich przybytków. Absolutnie fantastyczne są naszym zdaniem dzienne kawiarnie, restauracyjki, lanchownie i inne designersko wyposażone miejsca o zadziwiająco prostych, ale jakże mózgo-wkrętnych nazwach. Oprócz chlebów i marmolad, cynamonów i śledzi, kromek i widelców, pojawiają się także nieco bardziej psychodeliczne nazwy, jak krew i wino czy też picze i pianino. Ta druga nazwa idealnie nadawała by się dla nocnego klubu w stylu Moulin Rouge, ale niestety została przez nas zmyślona. Jeżeli ktoś otwiera knajpę z eleganckim striptizem i szuka dobrej nazwy, to oczywiście zapraszamy do zapoznania się z zakładką „współpraca”. Podkreślamy, że striptiz musi być elegancki, bo tak zajebistej nazwy nie sprzedamy byle jakiej spelunie z wijącymi się na obłapionej rurze, bułgarskimi dziwusami w poprutych rajstopach. (Lubimy Bułgarię – przyp. red.) Wracając do wątku dziennych gustownych knajpeczek, warto napisać kilka słów o klienteli. We wszystkich tych miejscach przesiadują hipsterzy, ubrani równie smacznie jak jedzenie w nich serwowane. Towarzyszą im najczęściej nieziemsko zgrabne i tak samo elegancie długowłose niewiasty. Pomimo, że sałatka w większości tych lokali jest serwowana w słoiku zajumanym z piwnicy czyjejś 90-letniej sąsiadki, to jednak w byle jakim stroju tu nie wejdziesz. Na całe życie zapamiętamy sytuację, kiedy pojawiłyśmy się w jednym z takich miejsc w porozwlekanych na tyłkach i kolanach dresach ujebanych pyłem z budowy. Wstyd jaki wtedy przeżyłyśmy był znacznie większy niż ten, który czuje szóstoklasistka, gdy na WF-ie wypadnie jej ze stanika kwacz waty. Niby nikt nic nie mówił! Niby wszystko spoko, ale przyciągnęłyśmy wtedy na pewno znacznie więcej spojrzeń niż pieśniarka Lady Gaga w swojej sławetnej kreacji z padliny. Generalnie w lokalach tego typu, nawet tych o profilu wieczorno-nocnym, wszyscy siedzą sobie grzecznie z nienagannym makijażem i niewzruszoną brodą do samego rana, pamiętając przy tym żeby cały czas prezentować się idealnie. I tak sobie równo siedzą ci śliczni ludzie, w tych ładnych wnętrzach i nie dzieje się kompletnie nic! Nie zrozumcie nas źle – fakt, że pojawiły się w naszym kraju tak eleganckie i wysmakowane miejsca i, że chodzą do nich tak fajnie wylansowani ludzie jest ogólnie spoko! Problem polega na tym, że poza tym niewiele się już dzieje. Ogólnie w knajpach wieje nudą. Trudno znaleźć już gdziekolwiek ducha prawdziwej radosnej, niczym nie skrępowanej zabawy. Próżno dziś szukać szalonego klimatu dawnego sopockiego Sphinxa czy SPATiF-u. Niby obydwa lokale istnieją, ale nie ma już w nich tego ducha i energii co kiedyś. Nikt nie udaje się już w objęcia Morfeusza na przykurzonych kanapach dekadenckich przybytków. Nie istnieją już też właściwie miejsca, w których można poszaleć do muzyki nieco innej niż szajs puszczany w dużych klubach nocnych wyrwany żywcem z Wasaw Shore. Jest jakby idealnie, ale jak tu w takiej aurze się do cholery wyluzować? Zadania nie ułatwia też dosyć kontrowersyjna moda na dokumentowanie imprez przez nadwornych knajpianych fotografów. Siedzisz sobie spokojnie przy barze. Popijasz piwko, winko lub łiskacza, aż tu nagle: Bach! Fleszem po gałach! Zanim pozbierasz zęby z podłogi, wyjmiesz z tyłka rozbite szkło i wdrapiesz się z powrotem na stołek, jegomość znika w tłumie i nie jesteś już w stanie go namierzyć. Z resztą pewnie i tak było by to niemożliwe, bo dajemy głowę, że gościu nosi brodę drwala, rogowe okulary i czapkę z daszkiem w wisienki. Co rzecz jasna czyni go absolutnie nieodróżnialnym od reszty klienteli większości modnych lokali.

Pragniemy więc zadać pytanie: Gdzie się podziały czasy, w których każde indywiduum było na wagę złota i stanowiło cenny klocek do układanki twórczego i niepowtarzalnego szaleństwa jakim była trójmiejska „scena imprezowa”?. Gdzie tamte tańce, spontaniczność, wolność i różnorodność? Gdzie koloryt dawnych lokali? Na pewno wielu z Was pamięta jeszcze czasy, kiedy zwyczajnym obowiązkiem barmanów w wielu miejscach, było oprócz polewania drinków i dyskusji z klientami, spychanie z baru tyłków i nóg odzianych w kabaretki. Działanie to nie miało jednak bynajmniej charakteru napomnienia czy też stygmatyzacji. Chodziło tu tylko i wyłącznie o uzyskanie odrobiny miejsca na przygotowanie kolejnych napojów i przyjęcie zamówień. Bezcenne były też „występy” lokalnych artystów i performerów. Nieoceniony jest tutaj wkład słynnego Leona Dziemaszkiewicza, który nie zważając na charakter spotkania jakie akurat odbywało się w danym lokalu, zwykł dołączać do dyskusji ubrany w stringi z cekinami, kabaretki i boa z piór. Pewnego razu udało mu się zupełnie nieświadomie dołączyć, do toczącego się w sopockim SPATiF-ie, niezwykle ważnego biznesowego spotkania, które prawdopodobnie między innymi za jego sprawą wypadło nad wyraz pomyślnie. Gdzie czasy kiedy na miasto można było pójść w ciemno, bez żadnego umawiania, a i tak było wiadomo, że zawsze spotka się jakąś znajomą twarz? Gdzie atmosfera przesiąknięta historiami, bajaniem, wspominaniem i żywą twórczą dyskusją przy kielichu? Bez względu na to czy była to lampka wina w środku tygodnia, czy wymykające się spod kontroli szaleństwo do rana, to było to zawsze coś więcej niż tylko zwykłe pójście do pubu. Był to kontakt z człowiekiem, dobrą muzyka i fantastyczną dekadencką atmosferą bez silenia się na sztuczność i robienia zaplanowanego w każdym detalu, fikcyjnego wrażenia. Po takich wieczorach nawet potężny kac nie bolał tak bardzo, bo człowiek wiedział za co płaci.

Dziś nam tego brakuje i mamy nadzieję, że gdzieś są, albo powstaną miejsca, gdzie duch takiej zabawy jeszcze się tli. A jeśli choć kilka osób myśli podobnie jak my, to nie jesteśmy straceni! Jest nadzieja!

Jak nie dać się zmanipulować, czyli krótka historia o nienawiści

Nie wiem jak Wy, ale ja jestem coraz mocniej zadziwiona tym, co od jakiegoś czasu odpierdala się w naszym pięknym kraju. Muszę się Wam szczerze przyznać, że moje podejście do sytuacji, z którą przyszło nam się dzisiaj zmierzyć, zmieniało się kilkakrotnie na przestrzeni ostatnich lat. Przechodziłam etapy wściekłości, załamania, bezsilności i zobojętnienia, a później cykl ten powtarzał się od nowa.. i od nowa. W końcu po kilku latach walki z wiatrakami i samą sobą, postanowiłam odciąć się zupełnie od rzeczy, na które przecież i tak nie mam żadnego wpływu. Odcięcie to pozwoliło mi na złapanie niezbędnego dystansu i zrozumienie rzeczy, które wcześniej były dla mnie niejako ukryte. Liczę się z tym, że to co za chwilę napiszę może spotkać się falą krytyki i bluzgów. Mimo to postanowiłam przekazać Wam to, co od jakiegoś czasu leży mi na wątrobie. Temat podziałów, niedopatrzeń, manipulacji i niesprawiedliwości jakie mają miejsce w naszym kraju, jak również ich genezy, jest tak głęboki, że żeby chociaż musnąć jego powierzchnię, trzeba by prawdopodobnie napisać trzytomową powieść ze stustronicowym wstępem i epilogiem. Rzecz jasna na blogu nie jest możliwe, w związku z czym pragnę skupić się na pokłosiu tego, do czego całe to szambo pełne zaniechań, przedobrzeń, korupcji, oszustwa i skurwysyństwa doprowadziło nas-zwykłych obywateli tego kraju.
Dzieło naszej nieudolnej i przegnitej do szpiku kości „klasy politycznej” tworzone było w pocie czoła przez niemal trzydzieści lat. Nic więc dziwnego, że ów ohydny, nabrzmiały ropą czyrak, wewnątrz którego wszyscy żyjemy jest dla nich tak ważny i tak troskliwie pielęgnowany. Usilne starania osobników, często dysfunkcjonalnych, nie posiadających żadnych kompetencji, do tego aby zajmować jakiekolwiek ważne stanowiska państwowe, doprowadziły do eskalacji niczym sensownym nie umotywowanej nienawiści. Żadna z obecnie znajdujących się w naszym parlamencie (jak też i poza nim) formacji politycznych nie ma nam do zaoferowania niczego sensownego. Aby przykryć ten żałosny fakt, nauczyli się zbijać swój kapitał polityczny na nieustannym wsadzaniu kija w mrowisko i podburzaniu nas przeciwko sobie nawzajem. Jak mogliśmy pozwolić im aż tak bardzo się podzielić? Dlaczego od lat bezkrytycznie słuchamy tego, co wmawiają nam gadające głowy z jednej czy drugiej stacji telewizyjnej? Jak to możliwe, że jesteśmy jako naród aż tak podatni na podszepty i manipulacje tych żałosnych, spróchniałych, zakompleksionych dziadów? Dlaczego niemal w każdej rodzinie, toczą się spory na gruncie politycznym i światopoglądowym? Każdy z Was na pewno dobrze zna sytuację z takiej czy innej rodzinnej imprezki, na której na jednym końcu stołu należy sadzać ochlastaną na jeża neurotyczną ciotkę feministkę, a na drugim podśmiardującego naftaliną wuja narodowca z przyżółconym wąsem. Pomiędzy tym wszystkim musi się jeszcze znaleźć miejsce dla babci z koła różańcowego Radia Maryja i panseksualnego kuzyna w obciskających jajka musztardowych rurkach. Każdy patrzy na każdego z twarzą pełną napięcia i przeszukuje zakamarki mózgu celem znalezienia tematów jak najbardziej neutralnych. O pogodzie nie pogadasz, bo przecież u nas ciągle leje i jeszcze ktoś nieopatrznie wyciągnie temat parasolek, co odpali wuja narodowca! O jedzeniu też tak nie za bardzo, bo wyjdzie na to, że babcia sama gotowała, co przecież podkurwi ciotkę feministkę! W sumie kuzynka wzięła ślub i można by o tym…ale o miłości też tak średnio, bo przecież panseksualny kuzyn…i babcia! Jeżeli macie naprawdę dużego pecha, to na to wszystko wkroczy jeszcze Wasza mieszkająca za granicą siostra z nowym chłopakiem o dźwięcznie brzmiącym imieniu Khalid Mustafa i rozpieprzy i tak już nieźle dogorywającą atmosferę w pizdu!
Patrząc na to wszystko należy zadać sobie pytanie jak mogliśmy dać sobie TO zrobić? Dlaczego obcy głupi ludzie byli w stanie skłócić nie tylko sąsiadów czy przyjaciół, ale też całe rodziny? Przyznajcie się sami przed sobą ilu przyjaciół i bliskich straciliście tylko dlatego, że dowiedzieliście się, że głosowali na tego czy innego pajaca? Ilu z Was zostało wyrzuconych z czyichś fejsbukowych znajomych za poglądy polityczne? A ilu z Was samemu usuwało znajomych z tego samego powodu? Spójrzcie w głąb siebie i pomyślcie czy to wszystko naprawdę jest tego warte? Odpowiedzcie sobie na jedno proste pytanie: Czy gdyby byle żul spod budki z piwem, od lat regularnie zaczepiał Was na ulicy i przekonywał, że Wasza matka jest zdrajczynią i wrogiem narodu, tylko dlatego ,że dała 5 złotych jakiemuś drugiemu zaszczanemu żulowi, to znienawidzilibyście matkę? Czy może zasadzilibyście majaczącemu pijaczynie kopa w obfajdane dupsko i poszlibyście w swoją stronę? Tak samo jest właśnie z nami i tym co w tej chwili nam zrobiono. Wszyscy zostaliśmy zmanipulowani przez bandę zdziwaczałych, rządnych władzy żuli. Nasi politycy troszczą się o nas mniej więcej tak samo jak ten natrętny żul! Jedyną drogą żeby zakopać dzielący nas pełen nienawiści i uprzedzeń wąwóz, jest pokazanie tym wszystkim, którzy tak usilnie starają się nas dzielić, że mamy ich głęboko w dupie! Przestańmy nienawidzić się nawzajem. Każdy ma przecież prawo do własnego zdania. Nawet na najbardziej kontrowersyjne tematy. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy się z tym zdaniem obnosić, jak głupek wioskowy z wysypką i przy okazji nienawidzić ludzi, którzy naszych poglądów nie podzielają. Owszem, możemy dyskutować i starać się przekonywać innych do swoich racji, ale nie możemy pozwolić aby nas na siebie szczuto! Pokażmy wreszcie politykom wszystkich formacji, że jesteśmy razem! Tylko w ten sposób będziemy w stanie cokolwiek zmienić w tym kraju i uchronić siebie i swoich bliskich od tragedii, która niestety nieuchronnie się zbliża! Od lat jedziemy autobusem kierowanym przez bandę szaleńców bez uprawnień i tylko razem możemy ten autobus wyprowadzić na prostą!