Śledź, wino i pianino. Czyli gdzie się podziały tamte prywatki?

Sądzę, że spora część z Was chce czasem rozerwać się „na mieście”. W ostatnich latach powstało wiele nowych, modnych i niezwykle lansiarskich przybytków. Absolutnie fantastyczne są naszym zdaniem dzienne kawiarnie, restauracyjki, lanchownie i inne designersko wyposażone miejsca o zadziwiająco prostych, ale jakże mózgo-wkrętnych nazwach. Oprócz chlebów i marmolad, cynamonów i śledzi, kromek i widelców, pojawiają się także nieco bardziej psychodeliczne nazwy, jak krew i wino czy też picze i pianino. Ta druga nazwa idealnie nadawała by się dla nocnego klubu w stylu Moulin Rouge, ale niestety została przez nas zmyślona. Jeżeli ktoś otwiera knajpę z eleganckim striptizem i szuka dobrej nazwy, to oczywiście zapraszamy do zapoznania się z zakładką „współpraca”. Podkreślamy, że striptiz musi być elegancki, bo tak zajebistej nazwy nie sprzedamy byle jakiej spelunie z wijącymi się na obłapionej rurze, bułgarskimi dziwusami w poprutych rajstopach. (Lubimy Bułgarię – przyp. red.) Wracając do wątku dziennych gustownych knajpeczek, warto napisać kilka słów o klienteli. We wszystkich tych miejscach przesiadują hipsterzy, ubrani równie smacznie jak jedzenie w nich serwowane. Towarzyszą im najczęściej nieziemsko zgrabne i tak samo elegancie długowłose niewiasty. Pomimo, że sałatka w większości tych lokali jest serwowana w słoiku zajumanym z piwnicy czyjejś 90-letniej sąsiadki, to jednak w byle jakim stroju tu nie wejdziesz. Na całe życie zapamiętamy sytuację, kiedy pojawiłyśmy się w jednym z takich miejsc w porozwlekanych na tyłkach i kolanach dresach ujebanych pyłem z budowy. Wstyd jaki wtedy przeżyłyśmy był znacznie większy niż ten, który czuje szóstoklasistka, gdy na WF-ie wypadnie jej ze stanika kwacz waty. Niby nikt nic nie mówił! Niby wszystko spoko, ale przyciągnęłyśmy wtedy na pewno znacznie więcej spojrzeń niż pieśniarka Lady Gaga w swojej sławetnej kreacji z padliny. Generalnie w lokalach tego typu, nawet tych o profilu wieczorno-nocnym, wszyscy siedzą sobie grzecznie z nienagannym makijażem i niewzruszoną brodą do samego rana, pamiętając przy tym żeby cały czas prezentować się idealnie. I tak sobie równo siedzą ci śliczni ludzie, w tych ładnych wnętrzach i nie dzieje się kompletnie nic! Nie zrozumcie nas źle – fakt, że pojawiły się w naszym kraju tak eleganckie i wysmakowane miejsca i, że chodzą do nich tak fajnie wylansowani ludzie jest ogólnie spoko! Problem polega na tym, że poza tym niewiele się już dzieje. Ogólnie w knajpach wieje nudą. Trudno znaleźć już gdziekolwiek ducha prawdziwej radosnej, niczym nie skrępowanej zabawy. Próżno dziś szukać szalonego klimatu dawnego sopockiego Sphinxa czy SPATiF-u. Niby obydwa lokale istnieją, ale nie ma już w nich tego ducha i energii co kiedyś. Nikt nie udaje się już w objęcia Morfeusza na przykurzonych kanapach dekadenckich przybytków. Nie istnieją już też właściwie miejsca, w których można poszaleć do muzyki nieco innej niż szajs puszczany w dużych klubach nocnych wyrwany żywcem z Wasaw Shore. Jest jakby idealnie, ale jak tu w takiej aurze się do cholery wyluzować? Zadania nie ułatwia też dosyć kontrowersyjna moda na dokumentowanie imprez przez nadwornych knajpianych fotografów. Siedzisz sobie spokojnie przy barze. Popijasz piwko, winko lub łiskacza, aż tu nagle: Bach! Fleszem po gałach! Zanim pozbierasz zęby z podłogi, wyjmiesz z tyłka rozbite szkło i wdrapiesz się z powrotem na stołek, jegomość znika w tłumie i nie jesteś już w stanie go namierzyć. Z resztą pewnie i tak było by to niemożliwe, bo dajemy głowę, że gościu nosi brodę drwala, rogowe okulary i czapkę z daszkiem w wisienki. Co rzecz jasna czyni go absolutnie nieodróżnialnym od reszty klienteli większości modnych lokali.

Pragniemy więc zadać pytanie: Gdzie się podziały czasy, w których każde indywiduum było na wagę złota i stanowiło cenny klocek do układanki twórczego i niepowtarzalnego szaleństwa jakim była trójmiejska „scena imprezowa”?. Gdzie tamte tańce, spontaniczność, wolność i różnorodność? Gdzie koloryt dawnych lokali? Na pewno wielu z Was pamięta jeszcze czasy, kiedy zwyczajnym obowiązkiem barmanów w wielu miejscach, było oprócz polewania drinków i dyskusji z klientami, spychanie z baru tyłków i nóg odzianych w kabaretki. Działanie to nie miało jednak bynajmniej charakteru napomnienia czy też stygmatyzacji. Chodziło tu tylko i wyłącznie o uzyskanie odrobiny miejsca na przygotowanie kolejnych napojów i przyjęcie zamówień. Bezcenne były też „występy” lokalnych artystów i performerów. Nieoceniony jest tutaj wkład słynnego Leona Dziemaszkiewicza, który nie zważając na charakter spotkania jakie akurat odbywało się w danym lokalu, zwykł dołączać do dyskusji ubrany w stringi z cekinami, kabaretki i boa z piór. Pewnego razu udało mu się zupełnie nieświadomie dołączyć, do toczącego się w sopockim SPATiF-ie, niezwykle ważnego biznesowego spotkania, które prawdopodobnie między innymi za jego sprawą wypadło nad wyraz pomyślnie. Gdzie czasy kiedy na miasto można było pójść w ciemno, bez żadnego umawiania, a i tak było wiadomo, że zawsze spotka się jakąś znajomą twarz? Gdzie atmosfera przesiąknięta historiami, bajaniem, wspominaniem i żywą twórczą dyskusją przy kielichu? Bez względu na to czy była to lampka wina w środku tygodnia, czy wymykające się spod kontroli szaleństwo do rana, to było to zawsze coś więcej niż tylko zwykłe pójście do pubu. Był to kontakt z człowiekiem, dobrą muzyka i fantastyczną dekadencką atmosferą bez silenia się na sztuczność i robienia zaplanowanego w każdym detalu, fikcyjnego wrażenia. Po takich wieczorach nawet potężny kac nie bolał tak bardzo, bo człowiek wiedział za co płaci.

Dziś nam tego brakuje i mamy nadzieję, że gdzieś są, albo powstaną miejsca, gdzie duch takiej zabawy jeszcze się tli. A jeśli choć kilka osób myśli podobnie jak my, to nie jesteśmy straceni! Jest nadzieja!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *