Jak być FIT od zaraz! Kompletny tutorial!

Muszę się Wam pochwalić, że od kilku tygodni udaje mi się w miarę regularnie ćwiczyć. Być może czas jesienno-zimowy nie jest najlepszy na rozpoczynanie walki o powrót do formy, ale z drugiej mańki, presja ze strony otoczenia jest teraz dużo mniejsza. Wszyscy zadrutowali się na zimę i nie jesteśmy narażeni na oglądanie niczyich jędrnych pośladów ani bicków jak melony. Postacie, które spotykamy na ulicach przypominają raczej kogoś z rodziny ludzika Michelin, niż krewnych Pameli Anderson z czasów Słonecznego Patrolu. Piździawa rozhulała się na tyle, że nawet najbardziej zajadli biegacze powciągali na kościste dupki gacie na wacie i siedzą za piecem z termoforem między żylastymi przeszczepami.

Do tego wszystkiego zbliżają się Święta. Za chwilę wszyscy przystąpią do Wielkiego Żarcia! To czas kiedy każdy, nawet najbardziej zmobilizowany fitness maniak, troszeczkę sobie odpuszcza. Jestem pewna, że Ewa Chodakowska cichaczem skubie drożdżowe ciasto, a Dziki Trener łakomie zerka w kierunku swojego ukochanego salcesonu. Każdy jarmużowo – batatowy twardziel, który przez cały rok trzymał turbo-kosmiczną dietę właśnie teraz myśli sobie, że coś mu się jednak od tego życia należy. A wypuszczony do spożywczaka, potajemnie wpycha za zimową kurtę paczkę Lays-ów i 4 Specjale!

Na przełomie listopada i grudnia nikt jeszcze nie myśli o noworocznych postanowieniach. Wszyscy skupieni są raczej na tym, jak przetrwać szarugę i zbliżające się Święta. Zaczynając ćwiczyć teraz, nie będziemy musieli zderzać się z wysypem „trzytygodniowych sportowców”, starających się odmienić swoje ciała na nowy rok. Na plus w tej sytuacji jest nie tylko to, że unikniemy tłoku na siłowni, ale także fakt, że nie będziemy musieli uczestniczyć w corocznej fit-szajbie, która  jest moim zdaniem tak samo głupia jak i deprymująca. Badania pokazują, że tylko kilka procent ludzi jest w stanie wytrwać w noworocznych postanowieniach. Wynika z tego, że podejmowanie walki o szczupłą sylwetkę na początku nowego roku, zakończy się fiaskiem dla ponad 90% z nas.

Dodatkowym impulsem, może być fakt, że do lata zostało jeszcze naprawdę mnóstwo czasu. Oznacza to, że możemy podejść do naszych treningów z odrobiną luzu. Przy założeniu, że w najbliższych dniach uda się Wam przejść na zdrowszą dietę i zacząć stosować jakąkolwiek formę ruchu, do wakacji możecie osiągnąć naprawdę niezłe rezultaty. Umiarkowana intensywność treningu w pierwszych dniach Waszej przemiany, pozwoli uniknąć szybkiego efektu wypalenia i sprawi, że z każdym dniem będziecie czuli się lepiej.

Jeżeli nie wiecie jak zacząć, polecam Wam kilka mało inwazyjnych zabiegów, które nie zajadą Was mentalnie, a stosowane systematycznie naprawdę poprawią jakość Waszego życia.

 

I. TRZY 30 MINUTOWE TRENINGI W TYGODNIU:

Ćwiczcie w systemie poniedziałek/środa/piątek, lub wtorek/czwartek/sobota.

Jeżeli nie jesteście fanami siłowni i nie macie zamiaru wydawać kasy na karnet, który później i tak zmarnotrawicie, polecam wygibasy w zaciszu domowym, lub atrakcje na powietrzu.

Wiem, że pogoda nie nastraja do działania, ale jeżeli dwa razy w tygodniu poświęcicie 30 minut swojego życia na dostosowany do swoich możliwości marszo-bieg, bardzo szybko odkryjecie, że śpi się Wam dużo lepiej i jesteście w stanie wejść bez zadyszki na I piętro. Nie potrzebujecie do tego nie wiadomo jakiego stroju. Zasadniczo wystarczą Wam poprute na dupie dresowe gacie, byle jakie buty sportowe, czapka na łeb-żeby nie wyziębić mózgu i w miarę lekka kurtka lub polar. Ze swojego skromnego doświadczenia wiem, że przy tego typu eskapadach lepsze jest ubieranie się w kilka warstw lekkich ciuchów, niż w jedną ciężką i krępującą ruchy kurtę. Pamiętajcie o tym, żeby wdychać powietrze nosem a wydychać je ustami! Unikniecie w ten sposób kolki, zapalenia gardła i ciężkiego wQurwu!

Trzeci trening w tygodniu możecie już spokojnie odbyć sobie w domku. Nie potrzebujecie do tego żadnego mega wypasionego sprzętu. Wystarczy dywan lub karimata. W fazie początkowej najlepszy będzie tak zwany FBW (Full Body Workout), czyli delikatny trening całego ciała. Poniżej coś co stosuje w tej chwili ja:

  • 4 serie po 25 przysiadów (niby nic a nieźle idzie w udka i dupsko)
  • 1-szy dzień z Aerobicznej 6 Weidera (6 powtórzeń każdego z 6 ćwiczeń na brzuch)
  • 4 serie po 10 pompek (męskich lub damskich w zależności od stopnia zaawansowania)
  • 4 serie po 10 pompek odwrotnych na triceps z użyciem krzesła lub niskiej szafki (mega dobre ćwiczenie na tak zwane „pelikany”).
  • 4 serie po 30 sekund plank (wzmacnia właściwie całe ciało. ćwiczy „cały człowiek”).
  • 4 serie po 10 wspięć na palce (na piękne łydy)

Taki zestaw możecie sobie spokojnie stosować przez jakiś czas. Stopniowo powinniście dodawać kolejne serie i powtórzenia, aż będziecie na tyle zaawansowani, że będziecie mogli rozbić treningi na poszczególne partie ciała.

 

 II. COŚ NA ZĄB

Niestety wszyscy fitnessowi cwaniacy powtarzający nam w nieskończoność, że sześciopak buduje się w kuchni mają sporo racji. Chcąc mieć ładniejsze ciało, będziecie zmuszeni odstawić śmieciowe żarcie do śmietnika!  Na początek polecam Wam drobne ale znaczące zmiany.

1.Postarajcie się jeść przynajmniej trzy porcje warzyw i/lub owoców dziennie.

Wiem, że eksperci mówią o pięciu dawkach zieleniny na dobę, ale nie chcę Was zniechęcać, ani tym bardziej doprowadzić do rozstroju żołądka. Dochodźcie do wszystkiego małymi kroczkami.

2.Na dwa obiady w tygodniu jedzcie rybę.

Odradzam mrożonki i hodowlanego łososia Norweskiego. To pierwsze jest bez sensu, a to drugie nie dość, że jest bez sensu, to jeszcze karmione kupą.

Polecam wolno hasającego łososia Pacyficznego, pstrąga lub mintaja, a do sałatek tradycyjnie tuńczyka.

3.Pijcie dużo wody!

Najlepiej zaopatrzcie się w bidon, lub sporą butlę na wodę i chodźcie z nią gdzie tylko się da. Zapotrzebowanie dorosłego człowieka na płyny zmienia się w zależności od ilości wysiłku fizycznego i temperatury otoczenia, w którym się znajdujemy ale generalnie pijcie ile wlezie!

4.Jedźcie orzechy i migdały.

Pozwólcie, że nie będę się tu rozpisywać jak zajebiście są zdrowe, ale uwierzcie mi-SĄ!

 5.Pijcie rano zieloną herbatę.

Wybierzcie wersję liściastą do zaparzania. Im bardziej zielona herbata smakuje bagnem i żabami, tym jej właściwości są lepsze! Enjoy!

 6.Pijcie czystek!

Polecam zaparzenie sobie rano solidnej ilości czystka i zabranie go do roboty w termosie. Wiem, że łażenie z termosem to trochę wiocha, ale czystek naprawdę jest tego wart! Podobnie jak w przypadku migdałów i zielonej herby nie będę się tu rozpisywać nad jego wspaniałością. Wszystko możecie sobie znaleźć w Internetach. A ja tylko nieśmiało rzucam hasło!

7.Odstawcie śmieciowe żarcie.

Koniec kropka! Sami dobrze wiecie co w siebie wrzucacie i czego musicie się pozbyć.

 8.Zastąpcie czekoladę i ciastka miodem i masłem orzechowym.

Przy zakupie masła orzechowego sprawdzajcie czy na pewno jest 100% i czy nie zawiera soli i obleśnego oleju palmowego.

 9.Ograniczcie alkohol.

Wiem, że to przykre, ale żeby osiągnąć pożądany rezultat musicie ograniczyć spożywanie procentów do maksimum 1-2 dni w tygodniu. Najlepiej przerzucić się na wino wytrawne (białe lub czerwone). W małych ilościach jest dobre na serducho!

 10.Odstawcie chleb pszenny i jedzcie pieczywo tylko rano.

Polecam chleby żytnie i orkiszowe z ziarnami.

 11.Jedzcie 4-5 małych posiłków dziennie.

Poniżej przykładowa dieta na jeden dzień (jest tu aż 5 porcji owoców i warzyw, więc to wersja PRO):

Śniadanie: 3 kromki orkiszowego chleba z kozim serem i pomidorem.

Drugie śniadanie:  Jogurt naturalny, banan, garść orzechów włoskich, garść migdałów, 3 łyżki owsianki, łyżeczka nasion Chia, łyżeczka jagód Goi.

Lunch: Sałatka: pomidorki koktajlowe, roszponka, rucola, czerwona papryka, zielona sałata, oliwki, oliwa z oliwek, ocet balsamiczny.

Obiad: Łosoś pieczony w folii z czosnkiem i ziołami prowansalskimi, ryż basmati, pieczona cukinia.

Kolacja: (Nie później niż 3h przed snem): Biały ser ze szczypiorkiem i jogurtem naturalnym a na deser kiwi (które ma właściwości ułatwiające zasypianie).

 

III. WYSYPIAJCIE SIĘ

Na temat spania jest kilka teorii. Od lat mówi się, że mężczyźni powinni przesypiać 7, a kobiety aż 8 godzin na dobę. Kilka lat temu zauważono, że nasz sen jest najefektywniejszy, jeżeli ilość godzin, które przesypiamy jest wielokrotnością 1,5. Nie wiadomo dokładnie o co w tym chodzi, ale ma to jakiś tajemniczy związek z fazami naszego kimania. W ostatnim czasie przeprowadzono badania, które wykazały, że długotrwałe przesypianie tylko 6 godzin na dobę prowadzi do poważnego wyczerpania organizmu. Konkluzja jest zatem taka, że nie ma co świrować, tylko trzeba spać 7,5 godziny na dobę! Musicie się tego trzymać! Nawet jak nadrabiacie zaległości z Gry o Tron…

Jeżeli macie trudności z zasypianiem polecam Wam wykonanie szybkiego i niezwykle prostego ćwiczenia oddechowego:

Połóżcie się na wznak. Postarajcie się rozluźnić całe ciało i… zróbcie tak:

Wdech nosem trwający 4 sekundy

Przytrzymanie powietrza w płucach przez 7 sekund

Wydech ustami trwający 8 sekund.

Całość powtórzcie trzy razy a uśniecie jak mała dzidzia!

 

IV. PAMIĘTAJCIE O SUPLEMENTACH

Wbrew pozorom nie chodzi mi tu wcale o ani o metke ani o tetke. Nie mam też na myśli odżywek białkowych dla pakerów, ani kupowanych w Deep Webie macedońskich spalaczy tłuszczu powodujących sraczkę i zawał. Chciałam Wam za to polecić dwa suplementy diety, które są moim zdaniem całkiem sensowne.

Pierwszy z nich to stary dobry Aspargin zawierający magnez i potas. Jedna tabletka dziennie uchroni  Was przed dygającym okiem, skurczami łydek i irytującym sąsiadem. Pomoże także pobudzić mózg i wyreguluje metabolizm. Fajne jest też to, że wymieniony wyżej specyfik nie jest kulanym w garażu u pana Rysia suplementem diety, tylko prawdziwym lekiem. Odróżnia go to od zapakowanego w nieco bardziej bajeranckie opakowanie Asparginianu, który jest zwykłym suplementem.

Drugi specyfik, który chciałam Wam polecić, to oczywiście niezbędna w okresie  jesienno – zimowym witamina D3. Jeżeli mieszkacie w Kalifornii albo gdzieś w okolicach Sri Lanki, to ten punkt możecie sobie spokojnie pominąć. Jeśli jednak rezydujecie na  ciemnym jak dupa obszarze leżącym na północ od Opołonka, to szczerze polecam przyjmować. Ze swojego skromnego doświadczenia mogę polecić Wam witaminę D3 marki SOLGAR (1000 jednostek), lub dostępny ostatnio bez recepty wynalazek o nazwie VIGANTOLETTEN (też 1000 jednostek).

 

Na koniec chciałam Wam tylko napisać, że nie przyjmuję wynagrodzenia od producentów wymienionych wyżej tabletek. Nie jestem także opłacana przez producentów wytrawnych win, plantatorów sałaty ani rybaków z rejonu Pacyfiku.

Trochę szkoda… Więc jak coś, to zapraszam do zakładki WSPÓŁPRACA! He he!

Opowiastka o fachowcach!

Dziś na tapetę pójdzie niezwykle barwna grupa zawodowa, jaką niewątpliwie stanowią wszelkiej maści fachowcy. Z racji wykonywanego zawodu (jestem architektem), mam z nimi do czynienia dosyć często i muszę stwierdzić, że są to w tej chwili jedni z najbardziej rozchwytywanych ludzi w Polsce. Niezależnie od tego czy potrzebujemy stolarza, tynkarza, brukarza, telepajęczarza czy hydraulika, musimy zazwyczaj dosyć mocno się napocić, żeby zostać wpisanym do ich nabitego zleceniami grafiku. Mam czasem wrażenie, że sytuacja jest trochę podobna do tego z czym musimy się zmierzyć przy rejestracji u lekarza.

Wyobraźcie sobie, że stoicie po kostki w wodzie przy przeciekającym sraczu i patrzycie jak Wasz wyłożony dębowym drewnem przedpokój powolutku tonie w kiblowej wodzie. Tymczasem po drugiej stronie słuchawki ktoś lekko zachrypniętym głosem mówi Wam, że:

– „Pani/Panie w tym miesiącu, to się ni da!”!

Mam wrażenie, że ból istnienia jaki się wtedy czuje ma dosyć dużo wspólnego z uczuciem jakie towarzyszy nam podczas nieudanych prób zapisania się do jakiegokolwiek lekarza. Dzwonimy gdzieś z problemem zdrowotnym, ale jedyne co udaje nam się usłyszeć, to głos lekko zirytowanej pani zwracającej się do nas tymi oto słowy:

-„Tak wiem, że od trzech tygodni wysmarkuje pani kawałki mózgu, ale najbliższy wolny termin do doktora Iksińskiego mamy na 2388 rok. Zapisać?”

Kiedy po ciężkich bojach uda nam się wreszcie umówić z odpowiednim fachowcem, nadchodzi bardzo newralgiczny moment związany z wpuszczeniem go do mieszkania, czy też na budowę. Możemy na tym etapie wyróżnić trzy rodzaje specjalistów:

Pierwszy to tak zwany Speedy Gonzalez lub jak kto woli śliczny Misterof America, który pojawia się i znika. Wypadasz z roboty godzinę wcześniej żeby otworzyć mu drzwi. Biegiem lecisz do samochodu. Przepychasz się przez korki kurwiąc niczym Mała Ania z Warsaw Shore. Gubisz po drodze czapkę, szalik, lewy but i godność, ale złośliwy los i tak sprawia, że jesteś na miejscu minutkę po czasie. Czekasz nerwowo przez najbliższe 15 minut i wreszcie wykonujesz nieśmiały telefon. Zdziwiony głos w słuchawce odpowiada:

– „Pani/Panie przecież ja byłem dzisiaj u Pani/Pana punktualnie, ale nikogo nie zastałem! Następny wolny termin będę miał za trzy miesiące! Tera to się ni da!”.

Ciemność pojawia Ci się przed oczami, padasz z impetem na niewykończoną posadzkę i rozbijasz sobie łeb o wylewkę betonową. Tak kończysz swój mizerny żywot, a Twoje wysuszone ciało pozbawione lewego buta, zostaje po trzech miesiącach odkryte przez ekipę remontową Speedy Budimex!

Drugi typ fachowców to tak zwane Skowronki, czyli panowie którzy chcą zaczynać robotę o 7.00 rano. Kiedy po długich negocjacjach udaje Ci się przesunąć ich na 7.30, czujesz się jak mistrz perswazji. Kładąc się spać nastawiasz sobie budzik na godzinę 7.00 i z poczuciem sporego zapasu czasu udajesz się w objęcia Morfeusza. Nie muszę mówić jak wielkie jest Twoje zdziwienie kiedy o godzinie 6.40 budzi Cię rozszalały dzwonek do drzwi. Wypadasz z pościeli w rozchełstanej piżamie i pędzisz przed siebie gdzie nogi poniosą. Zanim zorientujesz się co się właściwie dzieje, masz już skręconą kostkę, wbitego w tyłek kaktusa i oko podbite drzwiami od szafy.

Trzecia grupa to tak zwani Podróżnicy. Umawiasz się z nimi na konkretny czas rozpoczęcia pracy, ale dwie godziny po jego upłynięciu ciągle ich nie ma. Z niepokojem w sercu wykonujesz telefon i dowiadujesz się, że panowie wciąż są w drodze. Po następnych trzech godzinach uświadamiasz sobie, że prawdopodobnie pojechali drogą przez Radom i spokojnie rozścielasz sobie karimatę i wyciągasz z kieszeni przygotowaną na czarną godzinę puszkę fasoli. (Jeżeli mieszkacie w Radoniu, wtedy zapewne okaże się, że panowie wybrali objazd przez Szczecin).

Nie muszę mówić jak wielkie szczęście towarzyszy człowiekowi, któremu nareszcie uda się wpuścić do mieszkania długo wyczekiwanych fachowców! Ekipa wchodzi do pomieszczenia. Z poważną miną ogląda wszystko dookoła. Błogość otula nasz umysł i ciało. Wiemy już, że jesteśmy w dobrych rękach… i wtedy pada odwieczne pytanie:

-Pani/Panie! A kto to Pani/Panu tak spierdolił?!

MMA i cała prawda o hejcie na „Dżoanę”

W zeszłą sobotę Joanna Jędrzejczyk straciła pas mistrzowski  UFC  (Ultimate Fighting Championship) w kategorii słomkowej i wszystkim odjebało! Kurz po walce nie zdążył jeszcze dobrze opaść, a już w Internecie posypały się obelżywe uwagi. Ja rozumiem, że takie sytuacje generalnie są frustrujące i każdy woli jak zawodniczka, której kibicuje, albo na którą postawił kasę w jakimś przygłupim zakładzie wygrywa. No ale czy naprawdę jej przegrana musiała wywołać u niektórych aż taki ból dupy? Rozumiem, że jej zachowanie przed walką mogło być delikatnie mówiąc irytujące i myślę, że gdybym znalazła się na jej miejscu, wolała bym przyjąć postawę obojętno-zlewczą, rewelacyjnie prezentowaną przez jej przeciwniczkę i pogromczynię Rose Namajunas.

Musimy jednak pamiętać, że zachowanie zawodników przed walką, jest pewnego rodzaju kreacją. To, że bokser czy wojownik MMA wykrzykuje na konferencji prasowej do swojego przeciwnika, że podczas walki wetknie mu pięść do tyłka i policzy żebra, nie oznacza wcale, że coś takiego wykona. Pamiętajmy, że widowiska tego typu karmią się nakręcaniem naszych emocji. Wyobraźmy sobie jakim zainteresowaniem mogła by się cieszyć gala któregokolwiek sportu walki, gdyby występujący na niej zawodnicy, na kilka miesięcy przed starciem zaczęli wymieniać się uprzejmościami i drobnymi podarunkami przekazywanymi za pośrednictwem żon i trenerów. Do tego wszystkiego, co kilka dni byli byśmy bombardowani filmikami z kolejnych konferencji prasowych, na których Pudzian wyrecytował dla Materli wierszyk, a Szpilka wręczył Zimnochowi zrobionego na drutach łabądka. Myślę, że kasa zarobiona na PPV mogła by wtedy oscylować w granicach kwoty potrzebnej do zakupu rozjebanego Cinquecento.  Musimy zrozumieć, że nakręcanie niechęci pomiędzy ludźmi mającymi za jakiś czas oklepać sobie mordy jest absolutnie koniecznym zabiegiem medialnym, nawet jeżeli wydaję się to nam niegodziwe. Tym bardziej w kraju, w którym jednym z ulubionych sportów narodowych jest tak zwany wrestling Amerykański, czyli cyrk który z prawdziwą walką ma mniej więcej tyle wspólnego co sokowirówka z Owczarkiem Alzackim (czyli raczej niewiele). Możemy być zatem pewni, że z lekka wkurwiające zachowanie naszej Mistrzyni przed walką, miało wiele wspólnego z kontraktem, który zawarła ze swoim chlebodawcą.

Idąc tokiem rozumowania pana Kawulskiego z KSW, który kilka dni temu wypowiedział się na temat hejtu wylanego na Dżoanę, należy zadać sobie pytanie, dlaczego nie wspieramy jej jako zawodniczki reprezentującej nasz kraj? Dla porównania Irladczyk Conor McGregor, może latać po scenie w majtach i mokasynach w panterkę i wykrzykiwać jakieś bełkotliwe obraźliwe bzdury, a i tak ma za sobą mur rudawych kibiców w zielonych koszulkach z koniczynką, którzy z wypiekami na twarzy i miłością w sercach przyjmują zarówno jego zwycięstwa jak i porażki. Nie zraża ich nawet jego fryzura „na niedorozwiniętego mormona” ani garnitur z wyszytymi zamiast prążków miniaturowymi bluzgami. Kochają go i wspierają choćby skały srały. Dlaczego więc my jako naród nie potrafimy wspierać naszych mistrzów w zwycięstwie i porażce? Dlaczego wnoszona do oktagonu za Joanną Jędrzejczyk flaga, nie pomaga nam powstrzymać się od wylewania na nią nocnika? Zamiast cieszyć się z fantastycznych sportowych emocji, które możemy przeżywać dzięki ludziom takim jak ona, wytykamy im tysiące błędów i obrzucamy ekskrementami. Fakty są takie, że każdy cwaniaczek, który w ostatnich dniach napisał coś obleśnego o naszej Mistrzyni , nie wytrzymał by z nią w tym zachlastanym juchą oktagonie nawet 10 sekund.

Mam wielką przyjemność przyjaźnić się z kilkoma fantastycznymi osobami, które od wielu lat, mniej lub bardziej profesjonalnie trenują sporty walki. Wiem dzięki temu jak potrafi wyglądać człowiek, nawet po amatorskiej walce czy sparingu. Hektolitry wylanego potu, dziesiątki urazów, kontuzji i wiele momentów zwątpienia a nawet lęku stoi za każdym, kto poświęcił się takiej pasji. Pomyślmy więc sobie jak wiele musieli przezwyciężyć  ci, którzy potrafili przejść na profesjonalizm i dotrzeć na sam szczyt choć na chwilę. Zastanówmy się jak wiele ambicji, odwagi, siły i samozaparcia miała ta drobna dziewczyna z Olsztyna, której udało się zawojować świat. Pomimo porażki wierzę, że wróci silniejsza i udowodni wszystkim jak bardzo się mylili.

Jazda życia! Tylko na Malcie!

WCZASY

Wbrew temu co sugeruje fota z czołówki, nie będzie to wcale wpis w 100% podróżniczy. (Chcę się po prostu pochwalić jak zajebiście nurkuję). Co prawda opiszę tu kilka moich przygód z pięknej Malty i Gozo, ale skupię się głównie na kwestii transportu dostępnego w obrębie wyżej wymienionych wysp. Muszę z ręką na sercu i pieluchą w majtach przyznać, że nigdzie w Europie nie spotkałam się z tak szalonymi kierowcami jak tam. Zacznę swój wywód od taksiarzy. W polskich realiach (poza Warszawą) jazda taksówką kojarzy się raczej ze zjeżdżaniem na plastikowym jabłuszku po wytartym tysiącem tyłków błocie pośniegowym, poprzebijanym kępami traw. Niby dążysz do celu, ale zabawa średnia i przez większość czasu masz ochotę wysiąść i stanąć obok. Kto nigdy w życiu nie wyprzedził snującego się jak smród po gaciach taksówkarza z okrzykiem: „Jeb..na złotówa!!!” niechaj pierwszy rzuci kamień!

Na Malcie i Gozo sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Ledwo zdążysz dotknąć pośladkami wysiedzianej tapicerki i już zostajesz wepchnięty w kanapę niczym Jurij Gagarin. Przeciążenie rozciąga ci skórę na twarzy, a pęd powietrza z otwartego okna wysusza gałki oczne. Jazda jest tym bardziej emocjonująca, że przez większość czasu kierowca prowadzi furę jedną ręką. Drugą ma zazwyczaj zajętą trzymaniem telefonu komórkowego. Pikanterii dodaje fakt, że telefon ten najczęściej nie służy kierowcy do rozmowy. Nie! Komórka to zabawka do naparzania w różnego rodzaju kretyńskie gierki pokroju diamentów czy innych debilnych candy crushów. Wyobraźcie sobie, że zapitalacie z prędkością światła poprzez gąszcz wąskich jak spodnie hipstera i krętych jak labirynt uliczek, z patrzącym na telefon jegomościem, trzymającym kierownicę jedną ręką. Kiedyś podczas przejażdżki tego typu, ktoś z naszej ekipy poprosił kierowcę żeby jechał trochę wolniej. Taksówkarz zamarł. Rozdziawił buzię i patrząc na kolegę wzrokiem zranionej łani wypowiedział te oto słowa: „But mister! I am a very good driver!”. Po czym zwolnił z trzeciej nadświetlnej do prędkości dźwięku.

Fajna była też przejażdżka z gościem wiozącym nas na prom, którym płynęliśmy na Gozo. Zapierdzielając 200 km/h po lekko górzystej drodze wypytywał nas jakie miejsca na Malcie odwiedziliśmy. Po wysłuchaniu naszej dość długiej i szczegółowej litanii, zadał nam tylko jedno pytanie. Brzmiało ono: „Have you been to Mdina?” Po uzyskaniu odpowiedzi przeczącej, odparł krótko: „If you have not been to the Mdina you have not seen anything.” Po czym przyspieszył do 300km/h i beznamiętnie wysadził nas przy terminalu promowym.

Za najciekawszą muszę jednak uznać przygodę związaną z wycieczką na znajdującą się nieopodal Gozo Błękitną Lagunę. Pod koniec pobytu wykupiliśmy sobie rejs zabytkowym żaglowcem mającym zawieźć nas na wyżej wymienioną rajską miejscówkę. Opcja była o tyle fajna, że w cenę wycieczki wchodził też transport z hotelu do portu, z którego żaglowiec odpływał. Lekko zaspani załadowaliśmy się do czekającej na nas eleganckiej, białej jak śnieg furgonetki. Za kierownicą siedział sympatyczny starszy pan z wąsem, cierpiący prawdopodobnie na lipodemię, czyli chorobę grubych nóg. Z ogromnym współczuciem dla pana kierowcy, pokładaliśmy w nim nadzieję na spokojną podróż i możliwość ucięcia sobie króciutkiej drzemki. Naprawdę nie wiecie jak wielkie było nasze zdziwienie, kiedy samochód ruszył. Ciężko będzie mi to opisać słowami, bo prędkość z jaką wpadliśmy w wąziutkie uliczki San Lawrenz była tak wielka, że momentami wydawało mi się, że zamiast w samochodzie siedzę w bębnie pralki w czasie wirowania.

Po dotarciu do portu i pozbieraniu zwłok mniej odpornych kolegów, udaliśmy się na statek. Tutaj sytuacja miała być już zupełnie inna. Co prawda pogoda tego dnia była lekko sztormowa, ale po przejażdżce z hotelu wszystko wydawało się już dziecinną igraszką. Po kilku minutach oczekiwania na pozostałych członków wycieczki, odbiliśmy od brzegu. Żaglowiec był piękny. Niesiony na lekko wzburzonych falach przechylał się raz na lewą, raz na prawą stronę. Muszę przyznać, że ta wietrzna pogodna nawet się nam podobała. Po kilkunastu minutach dobiliśmy do następnego portu, w którym mieliśmy zabrać kolejną grupę ludzi. Niewielki tłumek wsiadł na pokład i odbiliśmy od brzegu na silniku. Jakieś 300 metrów od przystani statek zwariował. Najpierw zaczęliśmy kręcić się w kółko, co przy krypie o takich gabarytach jest dosyć zabawnym przeżyciem. Później poczuliśmy mocne szarpnięcie i żaglowiec się zatrzymał. Załoga zaczęła biegać w te i we w te wykrzykując coś po maltańsku. Z tego co udało się nam zrozumieć, prawdopodobnie w jednej chwili zepsuło się prawie wszystko co tylko mogło. Po kilku minutach otoczyły nas małe motorówki i podczepiwszy do nas liny, próbowały wyciągać krypę w kierunku brzegu. Niestety w jednej z nich zatarł się silnik, a dwie pozostałe zrezygnowały. Sytuacja była tym bardziej beznadziejna, że prąd wynosił nas na otwarte morze. Na szczęście członkowie załogi naszego statku okazali się niezłymi kozakami. Żeby powstrzymać dryfowanie, jeden z marynarzy wyskoczył za burtę i przywiązał nas do znajdującej się niedaleko boi. Rozwiązanie to groziło zerwaniem się boi, w związku z czym drugi z marynarzy, postanowił zanurkować i za pomocą drugiej liny przywiązać nas do jakiegoś ustrojstwa znajdującego się na dnie. Dodam, że na oko znajdowaliśmy się na dobrych kilkunastu metrach głębokości, a gość miał do dyspozycji tylko maskę z rurką. Akcja nurkowania trwała dobrą godzinę, ale w końcu bohaterski marynarz zdołał umocować linę na dnie. Szacun! Po ustabilizowaniu statku, podjęły nas małe łódeczki, na pokładzie których dotarliśmy na  brzeg.

W związku z awarią żaglowca zaoferowano nam przejażdżkę motorówką. Podróż na Błękitną Lagunę miała być w ten sposób dużo szybsza. Pomyśleliśmy sobie: Achuj przygodo! I cali happy załadowaliśmy się na pokład zgrabnej łódki. Niestety burty motorówki okazały się tak wysokie, że nie sposób  było cokolwiek zobaczyć. Do tego po wejściu na pokład zostaliśmy „zamknięci” brezentowym dachem. Muszę przyznać, że wnętrze owej motorówki miało w sobie bardzo dużo z  wystroju żuka, którym w latach 90-tych poruszał się mój wujas. Dwie długie wąskie ławeczki, umieszczone w przestrzeni bez okien i ludzie usadzeni naprzeciwko siebie jak śledzie, skojarzyły mi się z pewną wypasioną wycieczką nad jezioro, którą w dawnych czasach odbyliśmy tym żukiem razem z dziadkami i kuzynami. Nawet nie wiecie jak wielkie było nasze przerażenie, kiedy okazało się, że za sterami motorówki zasiadł….któż by inny! Sympatyczny starszy pan z wąsem cierpiący na lipodemię!!! Jak możecie się domyślić kolejne kilkanaście minut naszego życia spędziliśmy w bębnie pralki podczas wirowania!!! Tym razem była to Frania-bez okienka.