Zrobiłam coś strasznego! Nie słuchajcie złego Chochlika!

Stoję se przy bankomacie. Bankomat za drzwiami, więc kultura nakazuje czekać na zewnątrz. W środku jegomość o aparycji delikatnie wskazującej na umiłowanie do trunków wyskokowych, manipuluje przy maszynie. Deszcz ze śniegiem siecze poziomo, a przed bankomatem jak na złość nie ma zadaszenia. Nie mam ze sobą parasola, bo jakoś tak nigdy nie noszę. To taki klamot nieporęczny, a ja lubię mieć rączki wolne.

No więc stoję se przy tym bankomacie i przestępuję z nóżki na nóżkę. Kaptur mi zwiewa i w głowę zimno. Czapki nie mam, bo przecież łysa nie jestem i zawsze wychodzę z założenia, że te trzy włosy co mam, jakoś tam mnie ochronią. Jegomość w środku po raz drugi wyciąga kartę z maszyny i upuszcza ją na beżowe kafle podłogowe. Lodowata plucha leci mi do nosa i oczu, a obraz powoli staje się zamglony. Przez chwilę przypominam sobie czasy dzieciństwa, kiedy to po szalonej zabawie na śniegu, patrzyło się zaklejonymi białym puchem oczyma, na migocące w oknach i na balkonach różnokolorowe lampki choinkowe.

Gentleman po raz trzeci wkłada kartę do maszyny. Przed przyciśnięciem każdego kolejnego guzika, odczekuje kilka dobrych sekund. Jego dialog z bankomatem opiera się na podejściu analitycznym i cichej, ale jednak dającej się dość mocno wyczuć sile perswazji. Karta wysuwa się z maszyny po raz trzeci i jakimś dziwnym trafem znów wysmykuje się z rąk właściciela, po czym z gracją motyla ląduje na ubłoconej posadzce. Wyraźnie poirytowany klient, wypowiada pod nosem słowo macierzyńskie i usiłując podnieść kartę, wykonuje nagły skłon, połączony z dość  zamaszystym wymachem ręką. Opuszki jego palców delikatnie muskają upuszczoną własność, ale grawitacja, wespół ze śliską posadzką upapraną błotem pośniegowym okazują się silniejsze.

Chłop z impetem upada na twarz, zahaczając po drodze czołem o blat bankomatu. Dźwięk z jakim jego głowa uderza o szklaną półkę, wybudza mnie z letargu. Przecieram mokrą twarz, trzęsącą się z zimna ręką i oceniam sytuację. Rękawiczek nie noszę. No bo przecież wszędzie jeżdżę samochodem, a w rękawiczkach nie wygodnie się prowadzi. Poza tym zawsze je gubię.

Zaglądam przez szybkę do bankomatowego królestwa i widzę, że klient nie daje znaku życia. Zalega z twarzą do ziemi i nosem w błocku, wyciągnięty jak do spania. Tuż obok niego leży jego karta bankomatowa, pusta puszka po piwie V.I.P. i świeżutki 100 złotowy banknot, który prawdopodobnie za którymś razem udało mu się wypłacić. Trzęsąc się z zimna i bezsilności podejrzewam zgon. Niby stare indiańskie prawidła mówią, że jak kowboj upada twarzą do ziemi to znaczy, że żyje…ale w tym wypadku nie wygląda to dobrze. Gościu zszedł przy bankomacie, a mnie oskarżą o morderstwo zmotywowane jego upierdliwością i chęcią zajumania mu kasy.

Niby nie wypada wbijać się do bankomatu, kiedy poprzedni użytkownik jeszcze tam jest, ale trzeba działać. Nie mam wyboru. Z duszą na ramieniu delikatnie otwieram drzwi i powolutku wchodzę do środka. Uderza mnie fala ciepłego powietrza przepełnionego odorem wódy i bąków. No nie mogę. Teraz policja będzie miała kolejny motyw. Nie ma chyba gorszego przewinienia obywatelskiego, niż napierdzieć w ciasnym ogólnodostępnym pomieszczeniu. Co prawda bankomat to nie winda i nie trzeba czekać do kolejnego piętra żeby z niego wyjść, ale szkodliwość czynu jest jakby nie patrzeć podobna. Gdybym miała jakiś szalik, zawiązała bym sobie nos. No ale szalika nie noszę. Nie mogę w nim dopiąć kurtki do końca. A poza tym gryzie mnie w szyje.

Wstrzymuje oddech i próbuję zorientować się w sytuacji. Pochylam się nad ofiarą i szukam oznak życia. Wytężam słuch i nagle dociera do mnie miarowy dźwięk, przypominający mruczenie kota. Odgłos ten staje się coraz głośniejszy i wiem już, że jest to ciche pochrapywanie. Po krótkiej chwili nabiera ono na sile i zaczyna przypominać dźwięk wydawany chrapami przez zmęczonego konia. Nosz kutwa! Ja tu cała w nerwach, a klient najzwyczajniej w świecie sobie kima.

Dochodzę do wniosku, że nie mogę go tak zostawić  i rozpoczynam proces wybudzania. Po trwającej kilka minut reanimacji polegającej na delikatnym szturchaniu i przemawianiu doń głosem nie znoszącym sprzeciwu, udaje mi się nareszcie dobudzić jegomościa i usadzić go w pozycji mniej więcej pionowej. Klient patrzy na mnie z wyrzutem oczyma jak 5 złotych, otwiera usta i zwraca się do mnie tymi oto słowy:

-Kuuulwa! Co yeest? Pszeszszsz ja tu piniondze wypłassam!

Po czym powolutku przechyla się na bok i momentalnie zasypia.

Delikatnie podłamana sytuacją, daje ponieść się emocjom oraz podszeptom złego chochlika i zupełnie niechcący odpowiadam śpiącemu gentelmanowi klasycznym :

-A idź pan w chooj!

Po czym odwracam się na pięcie i widzę stojącą w progu matkę z dzieckiem i dwie zakonnice.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *