Czy warto?

Idę sobie ulicą. Mija mnie pan a wózkiem na złom. Przeciskam się pomiędzy jego „dobytkiem” a ścianą Wrzeszczańskiej kamienicy. Spoglądam mu w oczy i widzę zagubione gdzieś marzenia i stracone szanse. Po chwili kawałek dalej parkuje na chodniku świecąca beemwucha wielkości stodoły. Pan z wózkiem na złom przepycha się pomiędzy lśniącym lakierem stodoły na kółkach, a tą samą zaszczaną ścianą Wrzeszczańskiej kamienicy. Ze lśniącej beemwuchy wypada na asfalt jegomość w garniturze za miliony, zapiętym na ostatni guzik-aż pod samą szyję. Spoglądam mu w oczy i widzę … zagubione gdzieś marzenia i stracone szanse! Pan z wózkiem na złom mimo starań, nie może jakoś przedostać się przez wąską szczelinę, pomiędzy tym zaszczanym murem Wrzeszczańskiej kamienicy, a lśniącym odwłokiem beemwicy z kosmosu. Pomiędzy dwoma osobnikami dochodzi, do krótkiej słownej przepychanki. Z ust człowieka w garniturze wylewa się monolog pełen stwierdzeń typu: „tak nie można!”, „panie! pan tu brudzi!”, „panie! pan mi zniszczył!”, „panie weź się pan do roboty!” , przy czym z ust człowieka z wózkiem na złom wylewa się jedynie zwięzłe i jakże wiele znaczące słowo „chuj!”. Po chwili sporu, w miejscu zdarzenia pojawia się niepozorny suchutki jak tatarak staruszek z parcianą siateczką pełną róż. Przez chwilę przysłuchuje się zdarzeniu. Po czym spogląda na mnie i z uśmiechem Mona Lisy zwraca się do zwaśnionych gentlemanów tymi słowy:

– Drodzy Panowie! Po co te waśnie?! Czy warto? Przecież z prawdą jest jak z dupą-KAŻDY MA SWOJĄ!

Nie zostałam szafiarką!

Gdzie się podziały dobrze skrojone garnitury? Znawczynią mody nie jestem, ale razi mnie to, co niemal każdego dnia widzą moje oczęta. Wsiadam sobie ostatnio do windy z grupą trzech jegomości. Garniaki, teczki sratatata! Z nudów trochę się przyglądam. Panowie młodzi. Przedział gdzieś od 25 do 40 lat. Patrzę na ubranka i nie mogę wyostrzyć obrazu. Co prawda przez ciągłe gapienie się w różnego rodzaju monitory, sokolego wzroku nie mam. No ale do jasnej cholery! Mrużę gały, fokusuje… i nic! Dopiero po chwili dociera do mnie, że garnitury panów uszyte są z materiału z dość solidnym połyskiem! Toż to nie sylwester! Nawet nie studniówka! Pora też nie ta! Przecież to dzień blady! Poniedziałek! 9.00 rano w dodatku! No ale nic to….jadę sobie dalej. Połysk już zaakceptowałam, kiedy zauważam nogawki. A właściwie ich styk z butem. Jak jeden mąż wszystkie pory-sztuk trzy, za długaśne przynajmniej o kilka centymetrów! Wlecze się toto po glebie, więc błocko poprzyklejane z tyłu jak gówniana koronka. Do tego wszystkie szarawary za szerokie! Silnie poddane prawu grawitacji spadają z tyłka, że ho ho! Dwóch z trzech panów postanowiło je w związku z tym faktem opuścić poniżej pokaźnych gabarytów brzuszka, natomiast trzeci wpadł na pomysł aby solidnie ściągnąć je paskiem-aż pod pachami. Niby spoko. Przynajmniej w nerki ciepło. No ale jednak noszenie spodni pod pachami a’la Flap, łatwiej wybaczyć podstarzałemu wujkowi z chorym zwieraczem, niż facetowi w sile wieku. Do tego te marynarki. Dlaczego zawsze muszą być za szerokie w ramionach i za długie? Wygląda to trochę tak, jakby jegomość z braku laku owinął się pospiesznie plandeką na gnojowice. Warto też wspomnieć o butach. U wszystkich trzech panów występowało obuwie w stylu biurowy Rumcajs, z niezwykle długim, zwężanym, kwadratowym czubkiem, zawiniętym lekko do góry. O ile mnie pamięć nie myli, obuwie tego typu wyszło z mody gdzieś pomiędzy pojawieniem się komputera IBM 486, a szałem na zapinane z boku na guziki, podrabiane dresy adidasa. Nie czarujmy się. Buty tego typu są nie tylko paskudne, ale też niedobrze się starzeją, uwypuklając wszelkiego rodzaju haluksy i niedobory w urodzie stóp właściciela. Wspominałam już, że są paskudne? He he! No właśnie.

Jest też druga strona tego garniturowego medalu. W czasie przerwy w robocie wpadam sobie czasem do Starbucksa. Mam tam zazwyczaj do czynienia z rewią korpo mody, połączonej z lekko już moim zdaniem nadużywaną stylówką „na drwala”. Niby wszystko spoko. Hiper-turbo-wyrąbiście modnie! No ale jednak coś nie styka. Panowie w stylóweczce tego typu, wciśnięci są zazwyczaj w spodnie, jak to określam wyłącznie „do stania”. Wąskie jak słomka rurki, prawdopodobnie uniemożliwiają im przyjęcie jakiejkolwiek innej pozycji niż całkowicie wertykalna. Do tego portki te, są zazwyczaj zdecydowanie zbyt krótkie. Odsłaniając chude kostki właściciela obnażają, oczywiście celowy, brak skarpet. Rozumiem nawet trochę ten trend, ale latanie z gołymi łapami, czy zima, czy lato, wydaje mi się jednak odrobinkę głupie. Jak rozkraczy Ci się w śniegu Twój hipsterski wartburg z 1984 roku, to zobaczysz jaką moc ma para porządnych, wełnianych skarpet! Do tego te wąziuchne marynareczki z chusteczkami w kieszonce. Wiem!  Wiem! Ta chusteczka nazywa się poszetka i jest podobno piekielnie modna. W ostatnim czasie, szmatka ta ewoluowała z małej, niepozornej ozdóbki w kolorze podszewki, do gabarytów średniej wielkości ścierki-zazwyczaj w zajebiście krzykliwym kolorze, wywalonej z kieszeni marynary, niczym jęzor Panasewicza. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie doczekamy się mody, na flagi narodowe upychane w kieszeniach marynarek, które będą dumnie powiewały w kieszeniach polityków wszystkich frakcji, ugrupowań i odłamów. (W sumie chciałabym to zobaczyć).

Kończąć mój dzisiejszy wywód, chciałam Wam moi drodzy Panowie powiedzieć mniej wiecej tyle, że żeby dobrze wyglądać w garniturze trzeba trochę się postarać….ale zdecydowanie nie trzeba się starać za bardzo! Peace!

P.S. Fotki, których użyłam w dzisiejszym wpisie, Aga zrobiła w Paryżu i panowie na nich uwiecznieni wyglądają moim zdaniem całkiem fajnie! Choć niektórzy są ewidentnie zupełnie bez skarpet….

Szatan szos

Trochę jeżdżę samochodem. Śmiem twierdzić, że nie najgorzej. Od czasu do czasu zdarza mi się przejechać Europę wzdłuż lub wszerz. Nie obce są mi germańskie kilkupasmowe Autobahny, wypełnione po brzegi kosmicznymi furami. Nawet tam gdzie nie ma żadnych ograniczeń prędkości i można jechać „ile fabryka dała”, czuję się spokojnie i jak najbardziej na miejscu. Nie mam spiny na alpejskich wąskich drogach wyrytych w skale nad przepaścią, ani na zadupiastych bezdrożach południa Europy. Problem pojawia się kiedy przejeżdżam obok tabliczki z napisem: „Granica Państwa, Rzeczpospolita Polska”. Przyzwyczajona do w miarę płynnego i generalnie przewidywalnego  tempa jazdy, śmigam sobie trochę prawym, a trochę lewym pasem, kogoś tam co jakiś czas wyprzedzając. Muza sączy się z głośników, a ja popijam zimnego red bulla. Wstążka asfaltu przyjemnie znika pod maską. Wyprzedzam kolejnego TIR-a, leniwie spoglądam w lusterko i widzę wijącą się za mną autostradę. Po sekundzie drugi raz leniwie spoglądam w lusterko… a tu nagle …KURWA ZAWAŁ!!!!! Okazuje się, że na tylnym siedzeniu mojej fury siedzi jakiś Sebix w drucianych okularach!!! Po pierwsze, nie przypominam sobie żebym brała autostopowicza, a po drugie, dlaczego do jasnej cholery ten autostopowicz dzierży w łapach kierownicę?! Mija jeszcze jakiś ułamek sekundy zanim zdążę zakminić, że Sebix siedzi w rakiecie przyklejonej do mojego tyłka i napiera jak domestos w sraczu-z siłą wodospadu! Rozumiem, że muszę ratować się ucieczką na prawy pas!  Sytuacja najwyraźniej jest wyjątkowa! Wyprzedzam więc kolejnych 15 TIR-ów i w tempie błyskawicy, ocierając się o śmierć, ląduje na prawym. Spoglądam w lewo…a tam: Z prędkością 260km/h mija mnie rozgrzana do czerwoności , zrywająca się do lotu Škoda Fabia! Zdążę jeszcze tylko dostrzec trzepoczące na wietrze, przyklejone do tylnej szyby przeciwsłoneczne makatki z różowymi księżniczkami oraz pół zachlastanej błockiem piłeczki tenisowej nadzianej na hak holowniczy i obiekt znika z pola widzenia. Jestem pewna, że gdyby policzyć średnią prędkość z jaką poruszają się samochody w Polsce, z podziałem na marki, wyszło by, że najwięksi zapierdalacze to samochody marki Škoda. Naprawdę nie kumam dlaczego BOR gniecie się w tych mułowatych dziadowozach ze skrzypiącymi beżowymi skórami i wieśniackim drewnem na desce rozdzielczej. Wydaje mi się, że gdyby zainwestowali we flotę złożoną z Octavii, byli by najskuteczniejszą służbą świata! Tak czy owak….moja podróż trwa dalej. Wjeżdżam na autostradę A1. Próbuję wyprzedzać i nagle zostaje zdmuchnięta prosto pod koła kampera na holenderskich rejestracjach. Spoglądam w lewo i widzę jak mija mnie biały, lekko przerdzewiały van, pełen słusznej postury gentlemanów . Patrzę na blachy i widzę GKA! Wiem, że jestem już w domu.

Letnia przygoda z 1991 roku

Kilka tygodni temu wróciłam z samochodowej wyprawy do Chorwacji. Przejazd przez Polskę, Czechy, kawalątek Słowacji, a następnie przez Austrię i Słowenie był bardzo ciekawym doświadczeniem. W krajach tranzytowych nie udało mi się zwiedzić zbyt wiele, ale i tak jazda przez nie dała mi jako takie pojęcie o tym, jak zmieniły się przez ostatnie lata ojczyzny naszych słowiańskich braci. A trzeba przyznać, że pozmieniało się tam naprawdę sporo. Żeby opowieść była pikantniejsza pozwolę sobie przytoczyć Wam jedno z moich pierwszych wspomnień związanych z odwiedzaniem tego zakątka Europy. Pamiętam jak w lecie 1991 roku, podczas naszej pierwszej samochodowej wyprawy zagranicznej, przejeżdżałam z rodzicami przez dawną Czechosłowacje. W Polsce w tym czasie można już było bez problemu kupić sobie do picia Coca Colę. Był to co prawda ciągle napój „smakujący wolnością” i w pewnym sensie niecodzienny, ale i tak można go było kupić właściwie w każdym spożywczaku. Tak więc podróżując w to upalne lato samochodem, rzecz jasna, bez klimatyzacji, marzyliśmy o buteleczce zimnej Coli. Kilometry mijały, a na horyzoncie nie widać było żadnego zajazdu, ani nawet sklepiku, w którym można było by nabyć cokolwiek do picia. Po dość długim czasie, gdzieś w okolicach obecnie Słowackiej Žiliny, udało się nam wypatrzyć zapowiadający się dość obiecująco przybytek. Solidnie zbudowany barak z obszernym parkingiem i okazałym szyldem reklamowym wzbudzał radość i zaufanie. Wygrzebaliśmy się zatem z zapoconego pojazdu i dziarskim krokiem-jak po swoje, ruszyliśmy do gospody. Drzwi skrzypnęły radośnie, a naszym oczom ukazała się otchłań czarna-niczym odbyt czarta! Po kilku sekundach, gdy przyzwyczailiśmy się do ciemności , pojawiło się przed nami wnętrze budzące szczery smutek. Dość spora przestrzeń w kształcie litery „L” usrana była lasem połamanych na wszystkie możliwe sposoby plastikowych krzeseł i stolików w kolorze gówniano-buraczanym. Skompletowanie z tego szmelcu czteroosobowego stolika, w którym żaden mebel nie miał by nic odłamane, było mniej więcej tak samo proste jak ułożenie puzzli przedstawiających zdjęcie Dżungli Amazońskiej z lotu ptaka. W kącie pod oknem zalegała pamiętająca lata 70 rogówka, obita granatowym pluszem w  bordowe maziaje. Tuż obok, ustawiony został masywny stół z ośmiokątnym blatem, polakierowanym w kolorze kacowej sraki . W sumie można było by rozważyć zajęcie miejsca przy tym uroczym zestawie, gdyby nie fakt, że wspomniana wyżej tapicerka wydobywała z siebie woń uprzątniętych niedawno wymiocin. Podłoga lokalu, wykończona była układanymi naprzemiennie fioletowymi i turkusowymi kaflami, tworzącymi budzącą zamęt w głowie szachownicę. Ściany zdobiły dziabnięte olejną farbą zielone lamperie, natomiast sufit o zgrozo! Był żółty! Strzelam, że ta odważna decyzja, umotywowana była chęcią rozświetlenia tego niezwykle mrocznego wnętrza. Z przykrością muszę stwierdzić, że nie przyniosła ona pożądanego skutku. Być może problemu nie należało dopatrywać się w kolorze sufitu, ale w fakcie, że trzy z czterech okien znajdujących się w lokalu, zabite było dechami. Co by jednak nie mówić, elementem budzącym największy zachwyt, był w owym wnętrzu bar. Olbrzymi półkolisty grzmot w kolorze morelowo-łososiowym, zwieńczony był plastikowym blatem mającym prawdopodobnie imitować zielony granit. Efekt był jednak taki, że zamiast z eleganckim kamieniem, kojarzył się bardziej ze spleśniałym salcesonem. Jakby tego było mało, półkolista podstawa tej jakże szpetnej landary, ozdobiona była dość niechlujnie przytwierdzonymi fragmentami luster w kształcie rombów i trójkątów. Część z nich zdążyła już odpaść, pozostawiając po sobie ślady brązowego kleju. Nad kontuarem zawieszone były naprzemiennie lampy z kloszami w kształcie czerwonych kwiatków i nie zmienianie przynajmniej od trzech sezonów lepy na muchy. Całości dopełniały pocięte nożami hokery z bordowego skaju. Za kontuarem stała wpatrująca się w nas pełnym profesjonalizmu wzrokiem, niezwykle dorodna dziewoja. Po chwili milczenia zagadała nas ochoczo:

Dziewoja: – Co dát?!

My:- Je Coca Cola?

W tym momencie owa słusznej postury panna, (lat na oko mniej więcej dwudziestu) zasępiła się znacząco, a jej wzrok stał się jakby nieco mętny….Po chwili jednak odzyskała energię i pełnym radości głosem wykrzyknęła:

Dziewoja: – Ano! Quick Drink!!!

Po czym dziarskim krokiem udała się w kierunku stojącej w głębi, pokaźnych rozmiarów dębowej szafy. Wydobyła z niej towar i ustawiła przed nami na barze trzy gliniane kubki z urwanymi uszkami i opróżnioną do połowy 2-litrową butle z brunatną, na oko dość gęstą i lepką cieczą. Jak możecie się domyślać, napój przechowywany był w temperaturze pokojowej, która owego pięknego, dnia wynosiła około 30 stopni Celsjusza. Chociaż znaczna część butelki zaklajstrowana była wypływającym z niej napojem, na etykiecie dało się jeszcze odczytać delikatnie majaczący napis: „QUICK DRINK”.

Jesienna nostalgia, czyli jak spojrzeć w ciemność z podniesioną głową

Jest taki czas w roku, kiedy pozornie wszystko się kończy. Lato mija, a dni stają się coraz krótsze. Żuki i pająki wciskają swe chitynowe odwłoki do naszych domów i mieszkań. Jeże siedzą osowiałe w krzakach, czekając posępnie na liście opadające z drzew. Choć nikt nie zwraca na to uwagi, mogę Was zapewnić, że w ich bystrych, czarnych oczkach czai się jakaś nie ogarnięta jeżym umysłem nostalgia. Mój otyły kot „latyfundysta”  z coraz mniej skrywanym zniechęceniem dogląda swoich włości. Kiedy wypuszczam go na dwór, patrzy na mnie tymi wielkimi żółtymi oczami i nerwowo strzyże wibrysami. Jestem prawie pewna, że nie widział nigdy Shreka, ani tym bardziej Kota w Butach, ale na swój własny koci sposób wie jak przekazać mi fakt, że wcale nie jest pozbawiony uczuć wyższych. Wręcz przeciwnie, przez ułamek sekundy wydaje mi się, że to ja, zagoniona w swoim codziennym pędzie, jestem tych uczuć pozbawiona. Nawet komarzyce, które jeszcze kilka dni temu pogryzły mnie niemal do kości, latają teraz jakby do tyłu, obijając się przy tym o ściany. Ich wątłe ciałka przeświecone światłem lampki wyglądają niemal magicznie.. A przecież jeszcze chwilę temu wyzywałam je za pomocą zwrotów „macierzyńskich”! Do tego jeszcze te cholerne ptaki! Od zawsze jednym z najbardziej przygnębiających znaków zbliżającej się jesieni, był dla mnie widok ptaszorów odlatujących do ciepłych krajów na zimę. Jakby tego było mało, po wyjątkowo nie udanym na Pomorzu lecie, pogoda na początku września wpisuje się zdecydowanie w nurt depresyjno-wisielczo-apokaliptyczny. Cieszę się, że subkultura EMO wśród nastolatków powoli zanika, bo przy tej aurze oprócz kipów i nawianych przez wiatr przedwcześnie opadłych liści, trzeba by było zamiatać sprzed domu także ciała nieletnich fanów zespołu Tokio Hotel. Ilość opadów w tym roku, była tak duża, że czułam się jak pracownik poradni wenerycznej dla roślin. Prawie wszyscy mieszkańcy mojego ogrodu zapadli na jakąś odmianę grzybicy! Obojętnie jakie objawy miała dana roślina pokazana przeze mnie na zdjęciu, pracownik sklepu ogrodniczego z pewnością snajpera odpowiadał mi jednym słowem: GRZYBICA! Po czym beznamiętnie wręczał mi opakowanie Topsinu. Jestem pewna, że producent owego specyfiku po tym sezonie wybuduje sobie chatę z lądowiskiem dla helikoptera na Bahamach i zacznie wreszcie odcinać kupony od tej zagrzybiałej roboty. Kto wie, może koleś jest cwańszy niż się nam wszystkim wydaje i sam przez całą zimę palił w piecu niedojedzonymi zupkami chińskimi, kaloszami i pieluchomajtkami teściowej, co spowodowało tegoroczne anomalia pogodowe. Kolejnym beneficjentem tegorocznych letnich warunków pogodowych może się też prawdopodobnie nazwać wyżej wymieniony jeż. Robaków było tyle, że upasł się do rozmiarów sporej wielkości garnka. Kilka razy kiedy przechadzałam się w nocy po ogrodzie, pomyliłam go z piłką do koszykówki, która co jakiś czas wpada do nas synowi sąsiadów. Nie wiem jaki wskaźnik BMI określa u jeży otyłość olbrzymią , ale fakt, że przez dziurę pod płotem, którą w zeszłym roku rozepchał sobie tyłkiem jego krewniak, przełożyć może tylko czubek nosa i dwie przednie łapy, powinien być dla niego lekko alarmujący. Cieszyć się też pewnie mogą grzybiarze…i nie mam tu na myśli panów, szukających miłości u odrobinę sfatygowanych tlenionych Bułgarek, lub innymi słowy, jegomości korzystających z piękna „Polski w pigułce”. (Kto nie wie o co cho, niech wpisze owo hasło w wyszukiwarke ;)). Chodzi mi oczywiście o kamizelkowych ninja, władających kozikiem niczym nunczako. Niestety nie znam się wcale ani na grzybach, ani na ich zbieraniu. W związku z tym smutnym faktem pozwolę sobie napisać tylko tyle, że wstawanie w weekendy o 5.00 rano, tylko po to żeby godzinami, często w strugach deszczu , wdeptując w pozostawione przez letników papierzaki, szukać w leśnych krzaczorach czegoś, co poza walorami smakowymi nie posiada absolutnie żadnych wartości odżywczych, jest dla mnie szalonym bohaterstwem! Wiem doskonale, że zaraz niektórzy cwaniacy zwrócą mi uwagę, że przecież wódka też żadnych wartości odżywczych nie posiada, a mimo to ludzie ją piją. Oczywiście! Piją! Ale czy wódka chowa się w krzakach? Czy aby ją zdobyć należy zakładać uwłaczającą ludzkiej godności beżową kamizelę z kieszeniami i kaloszki? Czy kupowanie wódki, trzeba okraszać tysiącem zdjęć na facebooku, dokumentującym naszą zajebistą zaradność? Czy może wreszcie, aby napić się wódki należy w jedyny wolny dzień zrywać się z nagrzanego leża bladym świtem? NIE! Żeby napić się wódki, należy zazwyczaj przejść około 200 metrów do najbliższej żabki, biedrony czy też fresha, następnie ciepnąć na ladę banknot z Bolesławem Chrobrym i odkręcić kapsel! Ot i cała filozofia! Jak zwykle proszę Was żebyście nie zrozumieli mnie źle. Absolutnie nie mam nic do grzybiarzy. Nabijanie się z nich ma charakter czysto rozrywkowy. Blog ma w nazwie zachętę do działania, więc jeśli przez moje inwektywy czujecie się zmotywowani do grzybobrania, to wspaniale! Mój cel zostanie w pełni osiągnięty!

Dochodząc do tego stwierdzenia, pragnę także dojść do konkluzji, którą chciałabym zawszeć w moim dzisiejszym wpisie. Jakkolwiek brzydkie nie było by lato i jak bardzo nie przytłaczała by Was nadchodząca jesień pamiętajcie, że: „coś się kończy…i coś zaczyna”. Jestem pewna, że wielu z Was będzie miało z tych wakacji wspaniałe wspomnienia i dla wielu było to na pewno lato, które zapamiętają do końca życia. Koniec wakacji, a tym samym lata, będzie też na pewno  dla niektórych z Was początkiem roku szkolnego, roku akademickiego, czy też nowym otwarciem w pracy. Pojawiają się nowe możliwości, które warto dostrzec i docenić  Przed nami końcówka roku i to co z nią zrobimy zależy tylko od nas. Znowu przecież macie mnóstwo czasu na to, żeby w następne wakacje pokazać się na plaży z wymarzonym kaloryferem na brzuchu! A może w międzyczasie nauczycie się też czegoś nowego, zagadacie wreszcie tą dziewczynę z IIA, która ciągle mija was na korytarzu, wygracie w totka, zaplanujecie wymarzoną podróż, odwiedzicie dawno nie widzianego przyjaciela, albo zostaniecie gwiazdami YouTube’a!? To co zrobicie w te nadchodzące szare miesiące zależy tylko od Was! Dlatego proszę Was! Nie zalegajcie na kanapie!

Kosmici, Spamerzy i Chochoł. Czyli jak segregować szkło i nie dostać zapalenia ślinianek.

Jakieś pół roku temu obiecywałyśmy Wam , że już za chwiluśkę, już za momencik pojawi się na blogaśku świeżutki wpis o tym czy lepiej katować się na siłowni, czy też zainwestować  ciężko zarobioną krwawicę w kilka prostych sprzętów, które umożliwią Wam trening w zaciszu domowym.  Jak się można było tego po nas spodziewać temat umarł, a na blogasie zamiast nowych tekstów pojawiło się tylko kilku z lekka zidiociałych spamerów usiłujących wklejać nam pod tekstami linki do stronek z gołymi babami i portali dla fetyszystów. Zdarzały się też natarczywe nagabywanki w stylu: „Macie świetny „content” ale i tak zostaniecie unicestwione jak pluskwy! KONIEC świata jaki znamy jest bliski! Do ziemi zbliża się ukrywana przez NASA, gigantyczna asteroida w kształcie penisa orangutana! Kliknijcie w nasz link, a dowiecie się jak przetrwać uderzenie i nie zesrać się w gacie! Przy okazji weźmiecie udział w losowaniu sokowirówki potrafiącej wyciskać sok z liści i uzyskacie odpust zupełny.” Gdyby nie moderacja komentarzy, to już pewnie dawno dostałybyśmy kilka pozwów albo bana za propagowanie nieodpowiednich treści. No ale wracając do tematu. Przyszła wiosna. Stopniały śniegi … a nas bardziej od siłowania się z żelastwem i latania po bieżni niczym chomik po kołowrotku, zaczęła interesować  możliwość  zresetowania mózgu przy berbeluszce (flaszka-przyp. red.) na łonie natury. Tak upływały tygodnie, a worek na odpady szklane był każdego miesiąca cięższy. W końcu jednak przyszło opamiętanie, a wraz z tymże opamiętaniem pismo od Czystego Miasta Gdańsk informujące o tym, że nie są w stanie dostarczać nam worków na szkło większych niż 120 litrów. Jak by nie było taka ilość szkła produkowanego co miesiąc może wydawać się co najmniej gorsząca! Nawet dla innych dorosłych! Nawet jeżeli nie jest się wcale otyłym pięciolatkiem nie znającym życia poza usmarkiwaniem od rana do nocy różowego tabletu swojej zlewczej matki fit-hipsterki-freelancerki, która pijąc kolejną bezkofeinową latte, przegryza ciastko z jarmużem i ciecierzycą i duma nad projektem szyldu reklamowego do food trucka przyjaciela Wietnamczyka albinosa wychowanego przez parę lam. Starając się zatem nie budzić powszechnego zgorszenia i odrazy, od kilku dni ćwiczymy trunki w puszkach. Muszę jednak przyznać, że idzie nam to dość opornie. Nie będę ukrywać, że ma to pewien związek  z gościem, który z uporem maniaka stara się wkleić pod naszymi wpisami link do swojej stronki traktującej o schorzeniach wywołanych przez picie napojów z puszki. Okrasza to wszystko sugestywnymi  rycinami i przekonuje, iż schorzenia te mają tajemniczy związek z reptilianami, Trójkątem Bermudzkim, Atlantydą i końcem świata. Nie będę ukrywać, iż jest to dla mnie odrobinę zbyt wiele. Jestem osobą urodzoną kilka dobrych lat przed rokiem 1990 i w swym „stetryczeniu” zatrzymałam się na łączeniu brzydkich chorób jamy ustnej z żuciem gumy balonowej. Mogłabym wymienić jeszcze kilka innych sytuacji przez, które można nabawić się chorób jamy ustnej…ale jak pisałam wyżej-nie chce bana. A tym bardziej bana za „banana”, więc postaram się opamiętać. Wracając do absurdu, z którym jestem jako tako oswojona przytoczę tu Państwu treść pewnego plakatu. Plakat ten wisiał dumnie przez kilkadziesiąt dobrych lat w mojej kochanej  szkole podstawowej. Jego treść  choć z pozoru groteskowa, przy głębszym zastanowieniu budziła w niepełnoletnim człowieku dość głęboki lęk. Nadgryziony zębem czasu, pożółkły, lekko obdarty w narożniku plakat, zdobiący zachlastaną ścianę gabinetu sadystycznej higienistki, miał w sobie coś z antycznej tajemnej wiedzy. Niby każdy drwi sobie z takich rzeczy! Bo przecież wiadomo, że kiedyś ludzie fajdali do doła, modlili się do żuka gnojarka, prali szmaty w rzece, drutowali się na zimę, drżeli ze strachu przed chochołem, rytualnie obcinali sobie kołtuny, myśleli, że koty wygryzają w nocy grdykę i generalnie byli debilami…ale do jasnej cholery!!! Co jeśli to wszystko prawda?! Co jeśli na tym plakacie zawarta jest jakaś dawno zapomniana prawda i lekceważenie jej okaże się tragiczne w skutkach?! Nikt nie mówił o tym głośno, ale tajemnicą poliszynela był fakt, że przez kilka dni po badaniach w gabinecie higienistki sprzedaż gumy Turbo w szkolnym sklepiku spadała przynajmniej o 50%. No ale do rzeczy. Czas wyjawić Wam treść stworzonego w epoce późnego Gierka plakatu. A był to plakat iście minimalistyczny. Na środku formatu A2 widniały trzy budzące w głowach zamęt zdania:

JEDNA GUMA DO ŻUCIA=ZAPALENIE DZIĄSEŁ

DWIE GUMY DO ŻUCIA=OSTRE ZAPALENIE ŚLINIANEK

TRZY GUMY DO ŻUCIA=ŚMIERĆ

 

Życzę Państwu miłego dnia!

 

Kup Pan mebel!

Czasem trzeba kupić mebel. Nie zdarza się to zbyt często, ale jednak. Muszę tu nadmienić, że wybieranie mebli wiąże się z zawodem, w którym pracuję na co dzień. Jestem architektem, więc śledzenie meblarskich trendów i rozbieranie ich na czynniki pierwsze jest dla mnie codziennością. Znam wszystkie rodzaje zawiasów, materiałów z których meble mogą być wykonane. Wiem wszystko o najnowocześniejszym designie, laminatach, fornirach, uchwytach i kolorach RAL. Nie obce są mi meble z betonu, kartonu, żywicy, plastiku, blachy i każdego innego gówna jakie ludzkość wymyśliła. O każdej porze dnia i nocy wyrecytuje z pamięci standardowe wymiary każdego mebla, do każdej przestrzeni życiowej jaka nas otacza. Słowem jestem super specem od wszystkiego co można nazwać meblem. Nie ma na mnie bata. W kwestii mebli wożę się jak Pudzian i jego monstrualna klata po zatłoczonej plaży w Mielnie. Istnieją jednak pewne nisze w meblarskiej sztuce, które pozostawiają  mnie w totalnym zadziwieniu. Stoję z otwartą gębą, niczym dzieciak czekający na połknięcie płatków śniegu. W dobie prostych i całkiem ładnych estetycznie mebli z Ikei, cały czas możemy napotkać brunatno-fioletowe straszydła wywleczone rodem z podlondyńskich suteren z lat 70-tych. Kanapy w maziaje z przepysznie rżniętymi nogami toczonymi z malowanego na sraczkowaty kolor sękatego drewna. Finki i wersalki obite tkaniną ze wzorem przypominającym rzygowiny po kapuście z grochem. Sześciokątne stoły i stoliczki do kawy z blatem wyłożonym zielonkawymi kafelkami. Bordowe pufy  z pluszu na lwich łapkach i fotele…niby nowe, ale z brunatną tapicerką powodującą wrażenie, że są upierdolone wszystkim co się da i były świadkiem zgonu co najmniej czterech emerytów, tuzina kotów i dwóch owczarków niemieckich.  Wszystko to wpienia i przeraża, ale z drugiej strony przecież trzeba to zrozumieć. Różne są gusta i nie ma co się do tego przywalać. Można olać. Nie kupować. Nie oglądać. Pominąć milczeniem. Jednak nawet jeżeli dołożymy starań i olejemy całą tą wieśniacką estetykę, jedna rzecz w meblach tego typu pozostanie zadziwiająco spójna. Wszystkie….ale to wszystkie, jak jeden mąż (lub żona) nie mają nazw, lecz ludzkie imiona. Możecie być pewni, że jeżeli zobaczycie w sklepie meblarskim wyjątkowo paskudną kanapę, okaże się, że to „sofa Iwona”. Obleśny stolik do kawy na pokracznych krzywych nóżkach rodem z lat 90-tych, to „ława Emil”, a odstręczający tapczan z motywem w brązowo zielone kwiaty będzie się nazywał „Alan”. Nie chcę tu tworzyć spiskowych teorii ani psuć nikomu pieczołowicie przygotowanych kampanii reklamowych, jednak ta spójność w nadawaniu chujowym meblom ludzkich imion ma moim zdaniem znamiona wendetty. Zdradziła Cię żona: Jeb! Nazwiesz jej imieniem najpaskudniejszą kanapę w całej „kolekcji” swoich dziadowskich mebli. Nie lubisz sąsiada: Pach! Obleśne biurko na kaczych łapach nazywasz „Bernard”. Twoja córka prowadza się z pryszczatym ćpunem którego nienawidzisz: Bum! Różową toaletkę z przypieprzonymi do szuflad motylami z cekinów nazywasz „Brajan”. Można to mnożyć w nieskończoność a i tak jest w tej kwestii jeszcze spore pole do popisu. Przejdźcie się do najbliższego sklepu meblowego i zobaczcie „to” na własne oczy. Być może zobaczycie tam obleśny mebel nazwany Waszym imieniem i będziecie mieli zagwostkę na weekend. Tak czy owak miejcie się na baczności i jeśli wiecie, że Wasz znajomy projektuje meble, bądźcie dla niego szczególnie uprzejmi.

Igły w gaciach

Wszyscy dobrze wiecie, że nadszedł ten czas. Tak! To już naprawdę teraz. Musicie wziąć byka za rogi i  rozebrać choinkę. Pewnie wielu z Was już się jej pozbyło, ale jestem pewna, że spora grupa ciągle trzyma w domu lekko przekrzywionego, łysiejącego, oklapniętego drapaka. Jeżeli kupiliście żywą, to daję głowę, że połowa z Was już dawno zapomniała żeby ją podlewać. Nie interesuje się nią już nawet Wasz kot, o psie czy kanarku nie wspominając. Zafundujcie więc  sobie odrobinę przestrzeni i luksusu i rozbierzcie wreszcie to diabelstwo! Stara żydowska mądrość głosi, że jeżeli ktoś narzeka na brak przestrzeni życiowej w domu, powinien natychmiast przygarnąć kozę. Pomieszkać z rogatym śmierdzielstwem przez miesiąc, a następnie gadzinę odsprzedać. Gwarantuje to natychmiastową poprawę warunków bytowania, a tym samym humoru i samozadowolenia. Nie chcę tu oczywiście przyrównywać sympatycznego świątecznego symbolu do starego capa. Próbuję Wam tylko zwizualizować ulgę jaką poczujecie kiedy już załatwicie tą przykrą powinność. Pomyślcie też o tym jak nadludzko się poczujecie, kiedy w pracy przy automacie do kawy jakiś niezorganizowany frajer zacznie marudzić, że jeszcze swojej choinki nie rozebrał. Pomyślcie o radości jaka na krótką chwilę zagości w Waszym styranym robotą sercu. Jeżeli jesteście teraz w domu, to spójrzcie na swoją choinkę. Podziękujcie jej w myślach za wszystkie miłe chwile, które przy niej spędziliście i do dzieła! Najpierw zdejmijcie najładniejsze bombki, na których zależy Wam nam najbardziej. One zawsze mają swoje miejsce w pudełeczkach. Kiedy największe skarby są już zabezpieczone przychodzi kolej na łańcuchy. Będzie Was korciło, żeby to dziadostwo pozrywać, ale poczekajcie chwilę…przywróćcie sobie równowagę emocjonalną i metodycznie poodczepiajcie co trzeba. Z łańcuchami jest luzacko, bo na koniec można dać upust frustracji i energicznie zwinięte w kulę schować do siaty z biedry. Teraz pora na tak zwaną drobnicę, czyli całą masę plastikowego badziewia sprzedawanego w supermarketach. Tutaj fajne jest to, że nie trzeba wykazywać się inteligencją i niczego do niczego dopasowywać. Sprzedawane jest toto najczęściej w dużych przezroczystych opakowaniach, w których wszystko lata luzem. Nie zapomnijcie o smutnych i porzuconych misiach, które trzeba przechować godnie do następnych Świąt.

Mamy już co prawda brokat w oczach, nosie, uszach i z niewyjaśnionych przyczyn także w skarpecie, ale spoko-koniec coraz bliżej. Pora dać nura w głąb suchych igieł i rozplątać lampki. Muszę przyznać, że właśnie ta czynność jest dla mnie najbardziej traumatyczna. Jak wszyscy wiemy w dzisiejszych czasach zakup porządnych lampek jest odrobinę utrudniony. Wszyscy koniec końców lądujemy ze splątaną chińską tandetą, która przy byle stuknięciu przestaje świecić. Tak więc jest to najzwyczajniej w świecie mission impossible: weź to skutecznie odplącz, ale broń Boziu nie rozwal. Jak już uporacie się ze zwijaniem chińskich bimbolków i przestaniecie kurwić przyjdzie pora na etap przedostatni. Będzie to oczywiście pozbycie się suchego „truchła” drzewka. Etap ten pominę milczeniem. Każdy ma na to swój sposób, a poza tym wiadomo, że najlepiej pierdzielnąć kikutem z balkonu (uwaga nie róbcie tego sami i pamiętajcie-nie wiecie tego ode mnie). Na sam koniec  pozostaje Wam jeszcze wisienka na torcie, czyli oczyszczające duszę i umysł fruwanie na szczocie, szmacie i odkurzaczu.

Udało się Wam! Przez najbliższe dwa miesiące będziecie co prawda wyciągali sobie z tyłka choinkowe igły, ale jesteście wielcy! Zążyliście przed Wielkanocą!

Karnawał! Czyli 12 kroków jak pokonać kaca

1

Mamy karnawał. Czas sprzyjający wypadom na miasto w celu odurzania się różnego rodzaju wyskokowymi trunkami. Jak wiadomo przesadzać z tym nie można, ale wielu z nas od czasu do czasu lubi zalać pałkę, odpiąć wrotki albo zostać porwanym przez kosmitów. Jak zwał tak zwał. Zasada jest najczęściej ta sama i prosta jak konstrukcja gumowej pałki policyjnej, którą możemy oberwać po nerkach, jeśli pijany wid poniesie nas odrobinę za daleko. Przeginamy z ilością wlanego w siebie alkoholu i najczęściej w danej chwili myślimy, że jutra nie ma. Bujamy się w rozchełstanym ubraniu na żyrandolu pod zachlastanym knajpianym sufitem, myśląc że świat jest nasz, a my sami jesteśmy najbardziej zabawnymi i elokwentnymi ludźmi pod słońcem. Każdy upija się inaczej, ale generalnie większość z nas czuje się w tym stanie znacznie atrakcyjniej i pewniej niż zazwyczaj. Niestety kilka godzin później, bańka mydlana pełna naszych kolorowych zwidów pęka. Zostaje tylko prześmierdziane ubranie, pusty portfel, żenada i kac. Na moralniaka wiele poradzić nie można. Każdy musi rozprawić się z nim we własnym zakresie. Jest za to kilka całkiem skutecznych sposobów na odpędzenie alkoholowego zatrucia organizmu. Jako, że nie prowadzimy tu bloga z poradami medycznymi, ani w ogóle nie mamy nic wspólnego ze służbą zdrowia, hiromancją ani nawet medycyną niekonwencjonalną, będą to porady w formie tak zwanych „mądrości ludowych”. Porady zasłyszane przez lata od osób posiadających spore doświadczenie w branży imprezowej, ale także sposoby wynalezione przez nas, jako pomoc w walce z kacem mordercą. Celem naszej pisaniny jest podnoszenie Was (i nas) z kanapy w różnych okolicznościach. Mamy zatem nadzieję, że i ten wpis pozwoli Wam stanąć na nogi. Nawet po ostro zakrapianej nocy.

2

Podkładka i olej

Punkt pierwszy, o którym wiedzą wszyscy, ale jeżeli chcemy tu stworzyć pełny poradnik, musimy o nim napomknąć. Brzmi on mniej więcej tak: Nigdy, ale to przenigdy nie idź pić alkoholu głodny albo z pustym żołądkiem! Po prostu nie. Jest to przewinienie, za które spotka Cię sroga kara.

Więcej wody

Każdy wie, że w czasie spożywania alkoholu nasz organizm ulega odwodnieniu. Nie wszyscy jednak pamiętają o tym, żeby w czasie imprezy pić naprzemiennie wodę i procenty. Kiedy pojawiamy się w barze, momentalnie zamieniamy się w siorbające, pazerne alko-zombie, dziko poszukujące napitku . Jeśli już na samym początku imprezy czujecie pragnienie, nie gaście go dwoma wypitymi duszkiem browarami. Wypijcie najpierw szklankę wody, a później spokojnie zamówcie sobie piwko (albo jakiś inny trunek), którym będziecie mogli się podelektować. Kiedy pijemy wino albo whisky, bardzo ważne jest naprzemienne picie alkoholu i wody. Z wodą ognistą nie ma aż takiego problemu, ponieważ generalnie większość ludzi ją zapija. Jeżeli jednak jesteście w grupie stalowych gardeł i tego nie robicie, również musicie pamiętać o porządnej szklanicy wody.

Owsianka jak śmietana…niekoniecznie z rana

Kiedy wracamy już do domu po imprezie, najlepszym co możemy zrobić jest zjedzenie porządnej michy owsianki z ciepłym mlekiem. Wiem, że niektórym może się to w tym stanie wydawać nie do przełknięcia, jednak jest to kluczowy, o ile nie najważniejszy punkt tego poradnika. Płatki owsiane pomogą wchłonąć znajdujący się w żołądku nie strawiony alkohol i opanują gastrofazę. Natomiast ciepłe mleko uspokoi Was i przygotuje do snu. Naprawdę warto odpuścić niezdrowe śmieciowe jedzenie z budy, (a tym samym uniknąć okazji do nocnej szarpaniny z podchmielonymi szaleńcami w waniającym uryną zaułku, gdzie wydawane się zapieksy) wrócić do domu i uraczyć się tym nieco przaśnym, ale naprawdę ratującym życie eliksirem. Metoda z owsianką może Wam też pomóc, jeżeli obudzicie się nad ranem z głową wielkości piłki lekarskiej. Jest prawie pewne, że około 5 czy 6 rano, w Waszym żołądku jest jeszcze całkiem sporo nie strawionego alkoholu, który owsianka wchłonie, ból głowy minie, a Wy spokojnie wrócicie do łóżka.

Soda zdrowia doda

Całkiem niezłym zabiegiem, po powrocie z zakrapianej imprezki jest też wypicie rozpuszczonej sody oczyszczonej. Tak. Właśnie tej samej sody, którą Wasze bacie dodawały do swoich wypieków. Na pierwszy rzut oka ten biały proszek, może wydawać się odpychający, ale po rozpuszczeniu smak ma wcale nie najgorszy. Wystarczy płaska łyżeczka do herbaty na ok. 100 ml. letniej wody. Taki napój pomoże pozbyć się zgagi wywołanej przez alkohol. Istnieje też wiele nie potwierdzonych teorii na temat wspaniałych właściwości sody, o których nie będę się tu rozpisywać. Napomknę tyko, że jedną z najbardziej moim zdaniem wiarygodnych teorii na jej temat jest to, że rzekomo odkwasza organizm. Alkohol natomiast niestety organizm zakwasza, dlatego na kaca wypicie szklaneczki sody na pewno nikomu nie zaszkodzi.

Elektrolity

Ogromną pomocą w walce o odtruwanie sponiewieranego imprezą organizmu będzie dostarczenie niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania elektrolitów. W tym przypadku niezastąpione są dostępne bez recepty specyfiki stosowane przy leczeniu między innymi biegunki. W aptece znajdziecie tego całkiem sporo. Są to saszetki przygotowane do rozpuszczenia w wodzie, dostępne w fikuśnych smakach. Najlepiej zaaplikować sobie dwie saszetki od razu po przybyciu z balu, a dwie następne rozpuścić w szklance wody, jako ratunek na rano. Zaraz po owsiance uważam ten punkt za najważniejszy z niniejszego poradnika.

Tablica Mendelejewa K, Mg

Bardzo ważną kwestią będzie zapewnienie ratunku naszym zszarganym trucizną nerwom. W tym celu należy pamiętać o przyjęciu odpowiedniej dawki magnezu. Moim zdaniem najlepszy jest w tym przypadku stary sprawdzony Aspargin lub jego silniejszy kuzyn Asparginian forte. Piguły te mają tę przewagę nad tradycyjnym magnezem, że dodatkowo w ich składzie czai się niezwykle ważny w leczeniu objawów pijaństwa potas.

Zielsko

Od niedawna bardzo popularny jako dodatek miedzy innymi do sałatek jest mielony ostropest plamisty. To sprytne małe ziółko przypominające swym wyglądem oset ma właściwości wspomagające pracę wątroby, przez co pomaga jej przetrawić toksyny pochodzące z alkoholu. Jedną małą łyżeczkę do herbaty należy zaaplikować sobie tuż po powrocie z imprezy, a drugą następnego dnia rano. W przypadku naprawdę grubej balangi, warto zastosować kurację ostropestem trwającą od około 2 tygodni do miesiąca. Należy przy tym pamiętać, żeby nie przekraczać dawki dwóch łyżeczek do herbaty dziennie.

Śpiący Książęta

Niezwykle ważnym aspektem przy dochodzeniu do siebie po karnawałowym szaleństwie jest porządna dawka snu. Po imprezie nie zrywajcie się zbyt wcześnie rano. Jeżeli tylko możecie spać, postarajcie się wypoczywać jak najdłużej. Każda dodatkowa godzina prawdziwego, pełnego snu poskutkuje o wiele lepszym samopoczuciem następnego dnia. Jeżeli przebudzicie się wcześnie rano, postarajcie się zrobić wszystko, żeby udało się Wam jeszcze zasnąć. Weźcie przykład z dziadka i wciśnijcie do uszu watę. Załóżcie na oczy maseczkę z Hello Kitty naśladując siostrzenicę. Puśćcie relaksacyjną muzę, albo walnijcie sobie szota z waleriany jak znerwicowana ciotka. Dołóżcie starań, żeby kimać ile wlezie.

I Ty zostań morsem!

Ten punkt jest chyba najtrudniejszy, ale naprawdę skuteczny. Nic tak nie przyspiesza naszego metabolizmu jak porządny lodowaty prysznic. Wiem, że na kacu wielu z Was myśli jedynie o tym jak nie zemdleć, nie popuścić w majtki, albo nie potknąć się o własny wyrzut sumienia. Jednak jeżeli chcecie wyzdrowieć szybciej, musicie wziąć się w garść i wejść pod ta cholerną wodę! Im dłużej trwa taka kąpiel, tym oczywiście lepiej, ale optymalny czas jaki powinniście poświęcić na to cierpienie, powinien zamykać się w trzech lub czterech seriach po 10-15 sekund każda.

(P.S. Pozdrawiamy prawdziwych morsów Olę i Jacka H!)

Śniadanie Mistrzów

Każdy dobrze wie, że najlepsza na kaca jest jajecznica. Jest to fakt z którym nie warto polemizować. Na deser dobrze jest dorzucić sobie kromkę chleba grubo posmarowaną miodem. Dostarczycie dzięki temu do organizmu sporą dawkę pomocnej w walce z zatruciem alkoholowym glukozy. Znajdziecie ją też w rozpuszczalnych elektrolitach ale im jej więcej tym lepiej!

Witaminki

Niezastąpiona w walce z kacem jest jak wiadomo witamina C. Nie warto jednak sięgać po kolejne rozpuszczalne specyfiki albo tabletki na przeziębienie. Tutaj polecamy świeżo wyciskany sok z owoców. Jedna pomarańcza + jedna cytryna i będziecie skwaszeni ale szczęśliwsi.

Chwytaj dzień!

Na deser chyba najprzyjemniejszy punkt programu. Kiedy już przebrniecie przez wszystkie powyższe kroki ratunkowe, nadejdzie czas na dotlenienie organizmu. Pomimo złego samopoczucia musicie zmusić się do tego żeby wyjść z domu na minimum 30 minutowy spacer. Powinien być to marsz możliwie jak najbardziej dynamiczny. Im bardziej się na takim wyjściu zmęczycie, tym szybciej przegonicie kaca i poczujecie się lepiej. Oczywiście pamiętajcie, że należy mierzyć siły na zamiary i w razie jakichkolwiek dolegliwości oddechowych lub kardiologicznych musicie natychmiast napić się wody i odpocząć!

Uff. Przebrnęliśmy. Mam nadzieję, że ten skromny poradnik będzie Wam choć odrobinę pomocny. Podnoszenie się z kanapy może też czasem oznaczać spotkanie ze znajomymi i wyjście na miasto. Warto otrzepać kurz ze skarpet, ogolić pachy, wbić się w najbardziej wyskokowe ciuchy i ruszyć na bal! Karnawał mamy w końcu tylko raz do roku. Bawcie się ile wlezie!

 

 

 

 

 

 

 

Ski Mondo

Wrzucamy obiecany wcześniej reportaż z jesieni. Na pierwszy ogień (żeby zmotywować do działania i nas i Was) musiała pójść miejscówka nietuzinkowa . Namówione przez naszych nadpobudliwych znajomych (i najpewniej przez samego szatana) udałyśmy się do Ski Mondo w Gdańsku. Miejsce to jest czymś w rodzaju krytej trasy zjazdowej i oferuje możliwość doskonalenia techniki  narciarskiej i snowboardowej przez cały rok. Warto od razu nadmienić, że sanki i wszelkiego rodzaju badziewne dupoślizgi w typie infantylnych jabłuszek oraz ich żałosne pochodne odpadają. Chodzi tu o sto procent czystego wycisku, mającego maksymalnie poprawić naszą kondycję i technikę jazdy. No ale zaczynając od początku. Po dotarciu na miejsce przekonałyśmy się, że funkcja, która wydawać by się mogło potrzebuje nie wiadomo jak wielkiego zaplecza lokalowego, mieści się w niezbyt okazałym baraczku. Z zewnątrz miejscówka przypomina swym wyglądem hurtownie „zabawek dla dorosłych”,  ale w  gruncie rzeczy jest to jej atut. Po wejściu do środka przywitała nas atmosfera kameralnej kawiarni  i czegoś co przywodziło na myśl lata przesiadywania w szkolnej świetlicy. Posmrodek przepoconych skarpetek wżartych w wykładzinę dywanową harmonijnie konweniował  z przyjemnym aromatem kawy.  Nie uznajemy tego jednak za coś negatywnego. Wręcz przeciwnie. Wspomnienia z dzieciństwa zawsze są na plus! Ponadto trzeba przyznać, że  Ski Mondo oferuje fajną, luźną, rekreacyjną atmosferę, w lekko spowolnionym tempie. W dniu, w  którym tam trafiłyśmy nikomu specjalnie się nie spieszyło. Nie było dzikiego przepychającego się tłumu ani szaleństwa. Ze względu na ograniczoną przepustowość sztucznych stoków, mamy tu zapisy na godziny. Narty pomaga nam wybierać obsługa, ale swobodnie możemy podejść do stojaka i oglądać sprzęt. Narty i snowboard są w Ski Mondo jedynym elementem ekwipunku, którego nie możemy tu przynieść ze sobą.  W wypożyczalni mamy do wyboru narty firmy Atomic (dla dzieci i malutkich Babek) i Salomon’y dla całej reszty gawiedzi. Jest też stojaczek dla snowboardzistów, ale ludzi walczących na „parapetach” nie udało nam się spotkać. Może to wynikać z tego, że generalnie snowboardziści mają w dupie technikę, doskonalenie się i jakikolwiek nadprogramowy wysiłek fizyczny. Zaś do jazdy zasadniczo wystarczy im kupa gówna lekko przysypana śniegiem. Żeby nie było to tamto, bardzo lubimy snowboardzistów i same z lepszym lub gorszym skutkiem  na snowboardzie jeździmy, a w gorsze dni raczej próbujemy jeździć. No ale wracając do tak zwanego meritum. Jeżeli jesteście już wyposażonymi graczami, powinniście przyjść na miejsce z własnymi butami i kaskiem. Nie musi być to kask narciarski. Obleci też rowerowy i wszystkie wariacje kasków rowerowych i rolkarsko-deskorolkowo-longboardowych. Kijków nie potrzeba wcale.  Żeby nie wyjść na zjeba, nie należy ubierać się jak na prawdziwy stok. Wystarczą dresowe portki/legginsy i koszulka z krótkim rękawkiem. Na hali klima puszczona jest dosyć mocno, więc może przydać się też bluza albo polar. Szatnie są czyste i proste. Niestety nie udało się nam znaleźć szafek ani niczego w czym można by było przechować wartościowe przedmioty na czas treningu. Jest to pewnego rodzaju uciążliwość ale nie ma co się spinać. Ostatecznie nikt nas nie obrabował ani nawet chyba nie przymierzał naszej bielizny pozostawionej w szatni.20160930_165622

Ważnym aspektem całego przedsięwzięcia jest oczywiście stosunek ceny do jakości świadczonych usług. Tutaj Ski Mondo wypada dość drogo. Za pojedynczy trening składający się z trzech 10 minutowych setów przedzielonych 10 minutowymi przerwami przyjdzie nam zapłacić  69 złotych. Pojedynczy trening na snowboardzie kosztuje tu już aż 85 złotych, co też po części (albo nawet całkowicie) tłumaczy brak fanatyków jednej dechy  w tym miejscu. Jeżeli nie mamy ze sobą własnych butów i kasku cena delikatnie wzrasta. Są to jednak kwoty rzędu kilku złotych. Warto tutaj nadmienić, że choć cena lekko wbija w buty, to po przeliczeniu stawek jakie biorą za godzinę lekcji instruktorzy np. w Zakopanem wypada to odrobinę taniej. Oczywiście nie do końca można to porównywać, ze względu na ewidentne różnice w wysiłku jaki taki instruktor wkłada w naukę kapelucha rozbijającego sobie nos na kolejnym drzewie, jednak ciężko było mi znaleźć  jakiś inny sensowny punkt odniesienia. Przechodząc do meritum trzeba napisać o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Ski Mondno to po prostu dwie ruchome maty, przypominające trochę olbrzymie ustawione pod kątem bieżnie. Trudno powiedzieć z czego zrobiona jest nawierzchnia ale przypomina to trochę nasączoną wodą wykładzinę dywanową. Żeby bardziej przywodzić na myśl alpejskie stoki wykładzinka ta jest w kolorze białym. Za naszymi plecami i po bokach rozpościerają się fototapety  przedstawiające alpejskie szczyty, a przed nami bezlitośnie błyszczy lustro zmuszające nas do oglądania wszystkich błędów, które popełniamy. Kiedy już znajdziemy się na macie musimy przyjąć pozycję jak do jazdy pługiem. Dotyczy to nawet wytrawnych narciarzy. Wydawać by się mogło, że zabawa jest łatwa. Zwłaszcza dla kogoś, kto wiele czasu w życiu spędził na prawdziwym stoku, ale prawda jest zgoła inna. Musicie zapomnieć o wszystkim co wiecie o jeździe na nartach, bo kiedy miła Pani instruktor naciśnie guzik i mata ruszy, nic nie będzie już takie samo! Jeżdżę na nartach długo, można by nawet powiedzieć, że jeżdżę na nich całe życie i można nawet pokusić się o stwierdzenie, że na konwencjonalnych stokach radzę sobie naprawdę dobrze w niemal każdych warunkach. Co innego w Ski Mondo. Po trzech setach nogi zwyczajnie odmawiały mi posłuszeństwa. Oczywiście na tym etapie swojego życia jestem dosyć miękką fają, ale nawet biorąc na to poprawkę było grubo. Specyficzne tarcie jakie wytwarza mata, w połączeniu z niemożliwością kontrolowania prędkości z jaką się „poruszamy”, tworzy mieszankę trudną do opanowania. Przy czym problemem nie była tu dla mnie zbyt duża prędkość którą narzucała mi mata, ale właśnie jej upierdliwie jednostajne odrobinę zbyt wolne tempo, które zupełnie mi nie leżało. Po podkręceniu prędkości sytuacja się nieco polepszyła, ale zbyt mała szerokość jezdna i wyżej wspomniane tarcie w połączeniu z brakiem możliwości hamowania (jeżeli pogłębimy pozycję pługu, mata porywa nas do góry i uderzamy w ścianę za plecami) stanowiły barierę trudną do pokonania. Trudność stanowi również to, że konwencjonalne hamowanie bokiem, nawet jeżeli już dobrze wyczuje się stok nie jest tu fizycznie możliwe. Gdzieś w połowie drugiego seta zaczęłam powoli ustawiać narty równolegle i dostrzegać światełko w tunelu, ale i tak trzeba przyznać, że suma summarum poszło mi dość żałośnie. Pomimo że Pani instruktor zapewniała mnie, że było naprawdę spoko, czułam się trochę jak człowiek z amnezją, który nagle nauczył się od nowa wycierać nos i ktoś go za to pochwalił.20160930_173608

Wiem na pewno, że moja technika nie jest idealna. Wiem też, że w dużej mierze przez to nie udało mi się zostać boginią narciarskiej maty w Ski Mondo. Nie wiem jednak czy rzeczywiście trening na tego typu urządzeniu jest pomocny w doskonaleniu techniki narciarskiej, czy jest to tylko sprytna reklama w miarę nowej i dosyć intrygującej rozrywki. Żeby się o tym przekonać musiałabym najprawdopodobniej odwiedzać to miejsce regularnie przez dłuższy czas. Nie wykluczam, że po dwóch miesiącach intensywnego treningu na tym ustrojstwie poczułabym znaczącą różnicę po wejściu na prawdziwy stok. Nie mogę jednak jednoznacznie tego stwierdzić, ponieważ w moim odczuciu jazda po macie i jazda po prawdziwym śniegu to dwie trochę inne umiejętności. 20160930_180351

Jedno jest pewne. Wycisk jest naprawdę mocny i kondycyjnie może nas to nieźle utwardzić. W połączeniu z miłą atmosferą (pozdrawiamy Panie instruktorki), zabawa jest na pewno warta polecenia !

img002-kopia

A tak sobie śmigam na dwóch dechach w prawdziwych górach.