Jak obezwładnić złodzieja!

Historia, którą Wam dzisiaj opowiem wydarzyła się naprawdę. Nie znam dokładnie dat ani imion, ale wiem, że bohaterem owej opowiastki był urokliwy starszy pan, będący dziadkiem znajomego mojej rodziny.

Zdaje sobie sprawę z tego, że wstęp, którym Was uraczyłam brzmi trochę jak bredzenie upierdliwej ciotki, próbującej wytłumaczyć Wam przy stole, z kim żeni się jakiś Wasz daleki krewny, którego macie w dupie. Babsko czepia się Was na rodzinnym spędzie, chwyta za przedramię dłonią silną jak imadło, świdruje oczkami bazyliszka i z miną pełną jakiegoś podejrzanego uniesienia wygłasza kwestię w stylu:

„Bo wiesz… Mariusz żeni się z tą Iwetą, co to jej wujek, chodził do klasy z kolegą brata szwagra kuzyna Twojego taty! ”

Po czym jej twarz z rozanielonej w ułamku sekundy przemienia się w prześcipnie uradowaną, świadczącą o tym, że w jej mniemaniu przekazała Wam właśnie coś tak zajebiście sensacyjnego, że pomyślne lądowanie misji załogowej na Marsie albo wynalezienie eliksiru nieśmiertelności to przy tym betka!

No ale wracając do tematu. W związku z tym, że nie znam imienia uroczego starszego Pana, który będzie bohaterem mojego dzisiejszego wpisu, nazwę go roboczo Dziadziem Pafnucym.

Pewnego pięknego lipcowego wieczoru, Dziadzio Pafnucy wybrał się na spacer do pobliskiego parku. Wydeptując wąskie ścieżki, przysłuchiwał się graniu świerszczy i szemraniu wody w stawie. Przyglądając się srebrzystej tarczy księżyca, rozmyślał o upływającym czasie i o pięknie otaczającej go przyrody. Gdy szedł tak pogrążony w nostalgii i zadumie, został znienacka potrącony, przez pędzącego z przeciwka wyrostka. Zasapany chłopak, rzucił w biegu krótkie „przepraszam” i ruszył szybkim krokiem w stronę parkowej bramy. Wytrącony z równowagi Dziadzio Pafnucy, przeczesał dłonią bujnego wąsa i zasępił się na chwilę. Odzyskawszy animusz, postanowił sprawdzić, która jest godzina i wtedy go zamurowało…Na jego nadgarstku brakowało zegarka! Nie chodziło tu bynajmniej o byle jakiego chińskiego sikora z kiosku Ruchu, ale o pamiątkę po ojcu – weteranie wojny polsko-bolszewickiej.

Pomimo sędziwego wieku Dziadzio Pafnucy był w całkiem dobrej formie. Nie należał on także do ludzi przesadnie bojaźliwych. Zrozumiawszy, że padł ofiarą rabunku, bez chwili zastanowienia ruszył za złodziejem. Wspomagając się laseczką rozwinął prędkość na tyle dużą, że jeszcze przed parkową bramą, zdołał dogonić rabusia. Po krótkiej wymianie zdań, zirytowany Dziadzio, postanowił siłą odebrać swoją własność. Odrzucił na bok laseczkę i z całym impetem runął na zszokowanego wyrostka, powalając go na ziemię. Po kilku ciosach w nos i duszeniu gilotynowym, pokonany złoczyńca rzucił pod nogi Dziadzia zegarek i uciekł w bliżej nieokreślonym kierunku.

Zadowolony z siebie Dziadzio Pafnucy, założył zegarek i spokojnym krokiem udał się do domu. Po wieczornej herbatce i krótkiej rozmowie z żoną, zrelaksowany Dziadzio położył się do łóżka i jak co wieczór postanowił odwiesić swój ukochany zegarek na stojącą obok łóżka lampkę nocną. Nawet nie wiecie jak wielkie było jego zdziwienie, kiedy zorientował się, że na tej właśnie lampce wisi już jeden zegarek…identyczny jak ten, który należał do jego ojca – weterana wojny polsko-bolszewickiej.

Zrobiłam coś strasznego! Nie słuchajcie złego Chochlika!

Stoję se przy bankomacie. Bankomat za drzwiami, więc kultura nakazuje czekać na zewnątrz. W środku jegomość o aparycji delikatnie wskazującej na umiłowanie do trunków wyskokowych, manipuluje przy maszynie. Deszcz ze śniegiem siecze poziomo, a przed bankomatem jak na złość nie ma zadaszenia. Nie mam ze sobą parasola, bo jakoś tak nigdy nie noszę. To taki klamot nieporęczny, a ja lubię mieć rączki wolne.

No więc stoję se przy tym bankomacie i przestępuję z nóżki na nóżkę. Kaptur mi zwiewa i w głowę zimno. Czapki nie mam, bo przecież łysa nie jestem i zawsze wychodzę z założenia, że te trzy włosy co mam, jakoś tam mnie ochronią. Jegomość w środku po raz drugi wyciąga kartę z maszyny i upuszcza ją na beżowe kafle podłogowe. Lodowata plucha leci mi do nosa i oczu, a obraz powoli staje się zamglony. Przez chwilę przypominam sobie czasy dzieciństwa, kiedy to po szalonej zabawie na śniegu, patrzyło się zaklejonymi białym puchem oczyma, na migocące w oknach i na balkonach różnokolorowe lampki choinkowe.

Gentleman po raz trzeci wkłada kartę do maszyny. Przed przyciśnięciem każdego kolejnego guzika, odczekuje kilka dobrych sekund. Jego dialog z bankomatem opiera się na podejściu analitycznym i cichej, ale jednak dającej się dość mocno wyczuć sile perswazji. Karta wysuwa się z maszyny po raz trzeci i jakimś dziwnym trafem znów wysmykuje się z rąk właściciela, po czym z gracją motyla ląduje na ubłoconej posadzce. Wyraźnie poirytowany klient, wypowiada pod nosem słowo macierzyńskie i usiłując podnieść kartę, wykonuje nagły skłon, połączony z dość  zamaszystym wymachem ręką. Opuszki jego palców delikatnie muskają upuszczoną własność, ale grawitacja, wespół ze śliską posadzką upapraną błotem pośniegowym okazują się silniejsze.

Chłop z impetem upada na twarz, zahaczając po drodze czołem o blat bankomatu. Dźwięk z jakim jego głowa uderza o szklaną półkę, wybudza mnie z letargu. Przecieram mokrą twarz, trzęsącą się z zimna ręką i oceniam sytuację. Rękawiczek nie noszę. No bo przecież wszędzie jeżdżę samochodem, a w rękawiczkach nie wygodnie się prowadzi. Poza tym zawsze je gubię.

Zaglądam przez szybkę do bankomatowego królestwa i widzę, że klient nie daje znaku życia. Zalega z twarzą do ziemi i nosem w błocku, wyciągnięty jak do spania. Tuż obok niego leży jego karta bankomatowa, pusta puszka po piwie V.I.P. i świeżutki 100 złotowy banknot, który prawdopodobnie za którymś razem udało mu się wypłacić. Trzęsąc się z zimna i bezsilności podejrzewam zgon. Niby stare indiańskie prawidła mówią, że jak kowboj upada twarzą do ziemi to znaczy, że żyje…ale w tym wypadku nie wygląda to dobrze. Gościu zszedł przy bankomacie, a mnie oskarżą o morderstwo zmotywowane jego upierdliwością i chęcią zajumania mu kasy.

Niby nie wypada wbijać się do bankomatu, kiedy poprzedni użytkownik jeszcze tam jest, ale trzeba działać. Nie mam wyboru. Z duszą na ramieniu delikatnie otwieram drzwi i powolutku wchodzę do środka. Uderza mnie fala ciepłego powietrza przepełnionego odorem wódy i bąków. No nie mogę. Teraz policja będzie miała kolejny motyw. Nie ma chyba gorszego przewinienia obywatelskiego, niż napierdzieć w ciasnym ogólnodostępnym pomieszczeniu. Co prawda bankomat to nie winda i nie trzeba czekać do kolejnego piętra żeby z niego wyjść, ale szkodliwość czynu jest jakby nie patrzeć podobna. Gdybym miała jakiś szalik, zawiązała bym sobie nos. No ale szalika nie noszę. Nie mogę w nim dopiąć kurtki do końca. A poza tym gryzie mnie w szyje.

Wstrzymuje oddech i próbuję zorientować się w sytuacji. Pochylam się nad ofiarą i szukam oznak życia. Wytężam słuch i nagle dociera do mnie miarowy dźwięk, przypominający mruczenie kota. Odgłos ten staje się coraz głośniejszy i wiem już, że jest to ciche pochrapywanie. Po krótkiej chwili nabiera ono na sile i zaczyna przypominać dźwięk wydawany chrapami przez zmęczonego konia. Nosz kutwa! Ja tu cała w nerwach, a klient najzwyczajniej w świecie sobie kima.

Dochodzę do wniosku, że nie mogę go tak zostawić  i rozpoczynam proces wybudzania. Po trwającej kilka minut reanimacji polegającej na delikatnym szturchaniu i przemawianiu doń głosem nie znoszącym sprzeciwu, udaje mi się nareszcie dobudzić jegomościa i usadzić go w pozycji mniej więcej pionowej. Klient patrzy na mnie z wyrzutem oczyma jak 5 złotych, otwiera usta i zwraca się do mnie tymi oto słowy:

-Kuuulwa! Co yeest? Pszeszszsz ja tu piniondze wypłassam!

Po czym powolutku przechyla się na bok i momentalnie zasypia.

Delikatnie podłamana sytuacją, daje ponieść się emocjom oraz podszeptom złego chochlika i zupełnie niechcący odpowiadam śpiącemu gentelmanowi klasycznym :

-A idź pan w chooj!

Po czym odwracam się na pięcie i widzę stojącą w progu matkę z dzieckiem i dwie zakonnice.

Czy warto?

Idę sobie ulicą. Mija mnie pan a wózkiem na złom. Przeciskam się pomiędzy jego „dobytkiem” a ścianą Wrzeszczańskiej kamienicy. Spoglądam mu w oczy i widzę zagubione gdzieś marzenia i stracone szanse. Po chwili kawałek dalej parkuje na chodniku świecąca beemwucha wielkości stodoły. Pan z wózkiem na złom przepycha się pomiędzy lśniącym lakierem stodoły na kółkach, a tą samą zaszczaną ścianą Wrzeszczańskiej kamienicy. Ze lśniącej beemwuchy wypada na asfalt jegomość w garniturze za miliony, zapiętym na ostatni guzik-aż pod samą szyję. Spoglądam mu w oczy i widzę … zagubione gdzieś marzenia i stracone szanse! Pan z wózkiem na złom mimo starań, nie może jakoś przedostać się przez wąską szczelinę, pomiędzy tym zaszczanym murem Wrzeszczańskiej kamienicy, a lśniącym odwłokiem beemwicy z kosmosu. Pomiędzy dwoma osobnikami dochodzi, do krótkiej słownej przepychanki. Z ust człowieka w garniturze wylewa się monolog pełen stwierdzeń typu: „tak nie można!”, „panie! pan tu brudzi!”, „panie! pan mi zniszczył!”, „panie weź się pan do roboty!” , przy czym z ust człowieka z wózkiem na złom wylewa się jedynie zwięzłe i jakże wiele znaczące słowo „chuj!”. Po chwili sporu, w miejscu zdarzenia pojawia się niepozorny suchutki jak tatarak staruszek z parcianą siateczką pełną róż. Przez chwilę przysłuchuje się zdarzeniu. Po czym spogląda na mnie i z uśmiechem Mona Lisy zwraca się do zwaśnionych gentlemanów tymi słowy:

– Drodzy Panowie! Po co te waśnie?! Czy warto? Przecież z prawdą jest jak z dupą-KAŻDY MA SWOJĄ!

Szatan szos

Trochę jeżdżę samochodem. Śmiem twierdzić, że nie najgorzej. Od czasu do czasu zdarza mi się przejechać Europę wzdłuż lub wszerz. Nie obce są mi germańskie kilkupasmowe Autobahny, wypełnione po brzegi kosmicznymi furami. Nawet tam gdzie nie ma żadnych ograniczeń prędkości i można jechać „ile fabryka dała”, czuję się spokojnie i jak najbardziej na miejscu. Nie mam spiny na alpejskich wąskich drogach wyrytych w skale nad przepaścią, ani na zadupiastych bezdrożach południa Europy. Problem pojawia się kiedy przejeżdżam obok tabliczki z napisem: „Granica Państwa, Rzeczpospolita Polska”. Przyzwyczajona do w miarę płynnego i generalnie przewidywalnego  tempa jazdy, śmigam sobie trochę prawym, a trochę lewym pasem, kogoś tam co jakiś czas wyprzedzając. Muza sączy się z głośników, a ja popijam zimnego red bulla. Wstążka asfaltu przyjemnie znika pod maską. Wyprzedzam kolejnego TIR-a, leniwie spoglądam w lusterko i widzę wijącą się za mną autostradę. Po sekundzie drugi raz leniwie spoglądam w lusterko… a tu nagle …KURWA ZAWAŁ!!!!! Okazuje się, że na tylnym siedzeniu mojej fury siedzi jakiś Sebix w drucianych okularach!!! Po pierwsze, nie przypominam sobie żebym brała autostopowicza, a po drugie, dlaczego do jasnej cholery ten autostopowicz dzierży w łapach kierownicę?! Mija jeszcze jakiś ułamek sekundy zanim zdążę zakminić, że Sebix siedzi w rakiecie przyklejonej do mojego tyłka i napiera jak domestos w sraczu-z siłą wodospadu! Rozumiem, że muszę ratować się ucieczką na prawy pas!  Sytuacja najwyraźniej jest wyjątkowa! Wyprzedzam więc kolejnych 15 TIR-ów i w tempie błyskawicy, ocierając się o śmierć, ląduje na prawym. Spoglądam w lewo…a tam: Z prędkością 260km/h mija mnie rozgrzana do czerwoności , zrywająca się do lotu Škoda Fabia! Zdążę jeszcze tylko dostrzec trzepoczące na wietrze, przyklejone do tylnej szyby przeciwsłoneczne makatki z różowymi księżniczkami oraz pół zachlastanej błockiem piłeczki tenisowej nadzianej na hak holowniczy i obiekt znika z pola widzenia. Jestem pewna, że gdyby policzyć średnią prędkość z jaką poruszają się samochody w Polsce, z podziałem na marki, wyszło by, że najwięksi zapierdalacze to samochody marki Škoda. Naprawdę nie kumam dlaczego BOR gniecie się w tych mułowatych dziadowozach ze skrzypiącymi beżowymi skórami i wieśniackim drewnem na desce rozdzielczej. Wydaje mi się, że gdyby zainwestowali we flotę złożoną z Octavii, byli by najskuteczniejszą służbą świata! Tak czy owak….moja podróż trwa dalej. Wjeżdżam na autostradę A1. Próbuję wyprzedzać i nagle zostaje zdmuchnięta prosto pod koła kampera na holenderskich rejestracjach. Spoglądam w lewo i widzę jak mija mnie biały, lekko przerdzewiały van, pełen słusznej postury gentlemanów . Patrzę na blachy i widzę GKA! Wiem, że jestem już w domu.

Letnia przygoda z 1991 roku

Kilka tygodni temu wróciłam z samochodowej wyprawy do Chorwacji. Przejazd przez Polskę, Czechy, kawalątek Słowacji, a następnie przez Austrię i Słowenie był bardzo ciekawym doświadczeniem. W krajach tranzytowych nie udało mi się zwiedzić zbyt wiele, ale i tak jazda przez nie dała mi jako takie pojęcie o tym, jak zmieniły się przez ostatnie lata ojczyzny naszych słowiańskich braci. A trzeba przyznać, że pozmieniało się tam naprawdę sporo. Żeby opowieść była pikantniejsza pozwolę sobie przytoczyć Wam jedno z moich pierwszych wspomnień związanych z odwiedzaniem tego zakątka Europy. Pamiętam jak w lecie 1991 roku, podczas naszej pierwszej samochodowej wyprawy zagranicznej, przejeżdżałam z rodzicami przez dawną Czechosłowacje. W Polsce w tym czasie można już było bez problemu kupić sobie do picia Coca Colę. Był to co prawda ciągle napój „smakujący wolnością” i w pewnym sensie niecodzienny, ale i tak można go było kupić właściwie w każdym spożywczaku. Tak więc podróżując w to upalne lato samochodem, rzecz jasna, bez klimatyzacji, marzyliśmy o buteleczce zimnej Coli. Kilometry mijały, a na horyzoncie nie widać było żadnego zajazdu, ani nawet sklepiku, w którym można było by nabyć cokolwiek do picia. Po dość długim czasie, gdzieś w okolicach obecnie Słowackiej Žiliny, udało się nam wypatrzyć zapowiadający się dość obiecująco przybytek. Solidnie zbudowany barak z obszernym parkingiem i okazałym szyldem reklamowym wzbudzał radość i zaufanie. Wygrzebaliśmy się zatem z zapoconego pojazdu i dziarskim krokiem-jak po swoje, ruszyliśmy do gospody. Drzwi skrzypnęły radośnie, a naszym oczom ukazała się otchłań czarna-niczym odbyt czarta! Po kilku sekundach, gdy przyzwyczailiśmy się do ciemności , pojawiło się przed nami wnętrze budzące szczery smutek. Dość spora przestrzeń w kształcie litery „L” usrana była lasem połamanych na wszystkie możliwe sposoby plastikowych krzeseł i stolików w kolorze gówniano-buraczanym. Skompletowanie z tego szmelcu czteroosobowego stolika, w którym żaden mebel nie miał by nic odłamane, było mniej więcej tak samo proste jak ułożenie puzzli przedstawiających zdjęcie Dżungli Amazońskiej z lotu ptaka. W kącie pod oknem zalegała pamiętająca lata 70 rogówka, obita granatowym pluszem w  bordowe maziaje. Tuż obok, ustawiony został masywny stół z ośmiokątnym blatem, polakierowanym w kolorze kacowej sraki . W sumie można było by rozważyć zajęcie miejsca przy tym uroczym zestawie, gdyby nie fakt, że wspomniana wyżej tapicerka wydobywała z siebie woń uprzątniętych niedawno wymiocin. Podłoga lokalu, wykończona była układanymi naprzemiennie fioletowymi i turkusowymi kaflami, tworzącymi budzącą zamęt w głowie szachownicę. Ściany zdobiły dziabnięte olejną farbą zielone lamperie, natomiast sufit o zgrozo! Był żółty! Strzelam, że ta odważna decyzja, umotywowana była chęcią rozświetlenia tego niezwykle mrocznego wnętrza. Z przykrością muszę stwierdzić, że nie przyniosła ona pożądanego skutku. Być może problemu nie należało dopatrywać się w kolorze sufitu, ale w fakcie, że trzy z czterech okien znajdujących się w lokalu, zabite było dechami. Co by jednak nie mówić, elementem budzącym największy zachwyt, był w owym wnętrzu bar. Olbrzymi półkolisty grzmot w kolorze morelowo-łososiowym, zwieńczony był plastikowym blatem mającym prawdopodobnie imitować zielony granit. Efekt był jednak taki, że zamiast z eleganckim kamieniem, kojarzył się bardziej ze spleśniałym salcesonem. Jakby tego było mało, półkolista podstawa tej jakże szpetnej landary, ozdobiona była dość niechlujnie przytwierdzonymi fragmentami luster w kształcie rombów i trójkątów. Część z nich zdążyła już odpaść, pozostawiając po sobie ślady brązowego kleju. Nad kontuarem zawieszone były naprzemiennie lampy z kloszami w kształcie czerwonych kwiatków i nie zmienianie przynajmniej od trzech sezonów lepy na muchy. Całości dopełniały pocięte nożami hokery z bordowego skaju. Za kontuarem stała wpatrująca się w nas pełnym profesjonalizmu wzrokiem, niezwykle dorodna dziewoja. Po chwili milczenia zagadała nas ochoczo:

Dziewoja: – Co dát?!

My:- Je Coca Cola?

W tym momencie owa słusznej postury panna, (lat na oko mniej więcej dwudziestu) zasępiła się znacząco, a jej wzrok stał się jakby nieco mętny….Po chwili jednak odzyskała energię i pełnym radości głosem wykrzyknęła:

Dziewoja: – Ano! Quick Drink!!!

Po czym dziarskim krokiem udała się w kierunku stojącej w głębi, pokaźnych rozmiarów dębowej szafy. Wydobyła z niej towar i ustawiła przed nami na barze trzy gliniane kubki z urwanymi uszkami i opróżnioną do połowy 2-litrową butle z brunatną, na oko dość gęstą i lepką cieczą. Jak możecie się domyślać, napój przechowywany był w temperaturze pokojowej, która owego pięknego, dnia wynosiła około 30 stopni Celsjusza. Chociaż znaczna część butelki zaklajstrowana była wypływającym z niej napojem, na etykiecie dało się jeszcze odczytać delikatnie majaczący napis: „QUICK DRINK”.

Kosmici, Spamerzy i Chochoł. Czyli jak segregować szkło i nie dostać zapalenia ślinianek.

Jakieś pół roku temu obiecywałyśmy Wam , że już za chwiluśkę, już za momencik pojawi się na blogaśku świeżutki wpis o tym czy lepiej katować się na siłowni, czy też zainwestować  ciężko zarobioną krwawicę w kilka prostych sprzętów, które umożliwią Wam trening w zaciszu domowym.  Jak się można było tego po nas spodziewać temat umarł, a na blogasie zamiast nowych tekstów pojawiło się tylko kilku z lekka zidiociałych spamerów usiłujących wklejać nam pod tekstami linki do stronek z gołymi babami i portali dla fetyszystów. Zdarzały się też natarczywe nagabywanki w stylu: „Macie świetny „content” ale i tak zostaniecie unicestwione jak pluskwy! KONIEC świata jaki znamy jest bliski! Do ziemi zbliża się ukrywana przez NASA, gigantyczna asteroida w kształcie penisa orangutana! Kliknijcie w nasz link, a dowiecie się jak przetrwać uderzenie i nie zesrać się w gacie! Przy okazji weźmiecie udział w losowaniu sokowirówki potrafiącej wyciskać sok z liści i uzyskacie odpust zupełny.” Gdyby nie moderacja komentarzy, to już pewnie dawno dostałybyśmy kilka pozwów albo bana za propagowanie nieodpowiednich treści. No ale wracając do tematu. Przyszła wiosna. Stopniały śniegi … a nas bardziej od siłowania się z żelastwem i latania po bieżni niczym chomik po kołowrotku, zaczęła interesować  możliwość  zresetowania mózgu przy berbeluszce (flaszka-przyp. red.) na łonie natury. Tak upływały tygodnie, a worek na odpady szklane był każdego miesiąca cięższy. W końcu jednak przyszło opamiętanie, a wraz z tymże opamiętaniem pismo od Czystego Miasta Gdańsk informujące o tym, że nie są w stanie dostarczać nam worków na szkło większych niż 120 litrów. Jak by nie było taka ilość szkła produkowanego co miesiąc może wydawać się co najmniej gorsząca! Nawet dla innych dorosłych! Nawet jeżeli nie jest się wcale otyłym pięciolatkiem nie znającym życia poza usmarkiwaniem od rana do nocy różowego tabletu swojej zlewczej matki fit-hipsterki-freelancerki, która pijąc kolejną bezkofeinową latte, przegryza ciastko z jarmużem i ciecierzycą i duma nad projektem szyldu reklamowego do food trucka przyjaciela Wietnamczyka albinosa wychowanego przez parę lam. Starając się zatem nie budzić powszechnego zgorszenia i odrazy, od kilku dni ćwiczymy trunki w puszkach. Muszę jednak przyznać, że idzie nam to dość opornie. Nie będę ukrywać, że ma to pewien związek  z gościem, który z uporem maniaka stara się wkleić pod naszymi wpisami link do swojej stronki traktującej o schorzeniach wywołanych przez picie napojów z puszki. Okrasza to wszystko sugestywnymi  rycinami i przekonuje, iż schorzenia te mają tajemniczy związek z reptilianami, Trójkątem Bermudzkim, Atlantydą i końcem świata. Nie będę ukrywać, iż jest to dla mnie odrobinę zbyt wiele. Jestem osobą urodzoną kilka dobrych lat przed rokiem 1990 i w swym „stetryczeniu” zatrzymałam się na łączeniu brzydkich chorób jamy ustnej z żuciem gumy balonowej. Mogłabym wymienić jeszcze kilka innych sytuacji przez, które można nabawić się chorób jamy ustnej…ale jak pisałam wyżej-nie chce bana. A tym bardziej bana za „banana”, więc postaram się opamiętać. Wracając do absurdu, z którym jestem jako tako oswojona przytoczę tu Państwu treść pewnego plakatu. Plakat ten wisiał dumnie przez kilkadziesiąt dobrych lat w mojej kochanej  szkole podstawowej. Jego treść  choć z pozoru groteskowa, przy głębszym zastanowieniu budziła w niepełnoletnim człowieku dość głęboki lęk. Nadgryziony zębem czasu, pożółkły, lekko obdarty w narożniku plakat, zdobiący zachlastaną ścianę gabinetu sadystycznej higienistki, miał w sobie coś z antycznej tajemnej wiedzy. Niby każdy drwi sobie z takich rzeczy! Bo przecież wiadomo, że kiedyś ludzie fajdali do doła, modlili się do żuka gnojarka, prali szmaty w rzece, drutowali się na zimę, drżeli ze strachu przed chochołem, rytualnie obcinali sobie kołtuny, myśleli, że koty wygryzają w nocy grdykę i generalnie byli debilami…ale do jasnej cholery!!! Co jeśli to wszystko prawda?! Co jeśli na tym plakacie zawarta jest jakaś dawno zapomniana prawda i lekceważenie jej okaże się tragiczne w skutkach?! Nikt nie mówił o tym głośno, ale tajemnicą poliszynela był fakt, że przez kilka dni po badaniach w gabinecie higienistki sprzedaż gumy Turbo w szkolnym sklepiku spadała przynajmniej o 50%. No ale do rzeczy. Czas wyjawić Wam treść stworzonego w epoce późnego Gierka plakatu. A był to plakat iście minimalistyczny. Na środku formatu A2 widniały trzy budzące w głowach zamęt zdania:

JEDNA GUMA DO ŻUCIA=ZAPALENIE DZIĄSEŁ

DWIE GUMY DO ŻUCIA=OSTRE ZAPALENIE ŚLINIANEK

TRZY GUMY DO ŻUCIA=ŚMIERĆ

 

Życzę Państwu miłego dnia!

 

Śnieżny Spacer

20170106_134119

Okazja do ruchu na świeżym powietrzu nadarzyła się bardzo szybko. Całą noc padał śnieg. Jest go dzisiaj naprawdę dużo. Na tyle dużo, że rano przez kilka minut biegałam wokół domu szukając samochodu. Sąsiadka miała większy problem, bo biegała wokół domu w kapciach i szlafroczku szukając dziecka. Ostatecznie samochód się znalazł, dziecko też. Co prawda wbite na sztorc głową w zaspę śniegu i lekko podduszone, ale żywe, wyraźnie z siebie zadowolone i rumiane. Kiedy emocje po różnego rodzaju poszukiwaniach nieco opadły, udało mi się zauważyć, że mamy naprawdę piękny dzień. Idealnie błękitne niebo , biały puch skrzący się w promieniach zimowego słońca, płatki lekko padającego jeszcze śniegu niesione przez delikatny mroźny wietrzyk. Sceneria niczym  w ruskiej bajce. Nie można chyba wyobrazić sobie lepszego dnia na śnieżny spacer. W związku z tak sprzyjającymi okolicznościami przyrody udałyśmy się z Agnieszką na wędrówkę po jednym z pięknych Trójmiejskich lasów. Kiedy brnęłyśmy  przez śnieg, idąc po śladach lisów i ścieżce z bobków pozostawionych przez uciekające przed nimi zające, przypomniał mi się pewien piękny dzień z bardzo, bardzo odległej przeszłości.  Jest to moje pierwsze wspomnienie zimy. Nie podam Wam dokładnego roku, ale mogę napisać, że miało to miejsce w drugiej połowie lat 80-tych. Pamiętam, że tamtego dnia, podobnie jak dzisiaj niebo było idealnie niebieskie, a świeży gładki śnieg przykrywał wszystko dookoła. Tego wspaniałego dnia, mój Tata postanowił zabrać mnie na pierwszy w moim życiu zimowy spacer na sankach. Chociaż od tamtej pory upłynęło tak wiele czasu, dokładnie pamiętam pewne detale, które budują klimat i fantastyczność tego wspomnienia. Jednym z takich detali był mój niebieski, jednoczęściowy kombinezon,  w który Mama upychała mnie zanim wyszliśmy na dwór. Pamiętam, że szeleścił, miał biały zamek błyskawiczny i, że czułam się w nim nieporadnie, ale bardzo bezpiecznie. Kiedy przypominam sobie dzisiaj jego dokładny wygląd, stwierdzam, że był to ciuch prawdziwie hipsterski. Dokładnie pamiętam też swoje pierwsze sanki z oparciem. Wydawały mi się ogromne i naprawdę wspaniałe. Jazda w nich była wygodna i ekscytująca. Choć może się to wydawać dziwne, pamiętam też fragmenty trasy, którą przemierzyliśmy i co sobie wtedy myślałam. To właśnie tego dnia po raz pierwszy zobaczyłam piękno świata, który mnie otacza i poczułam prawdziwą nazwaną radość z życia. Oczywiście nie umiałam jeszcze przekazać tego mojemu Tacie, ale właśnie ten dzień, kiedy poszliśmy na mój pierwszy zimowy spacer, był dla mnie naprawdę wyjątkowy. W jakimś sensie zrozumiałam wtedy, że wszystko się dla mnie dopiero zaczyna. Po latach mogę poetycko powiedzieć, że w tamtej chwili moje życie przypominało właśnie ten błyszczący w słońcu, idealnie gładki, niczym nieskażony śnieg. Później przeżyłam jeszcze wiele takich śnieżnych spacerów, ale tylko kilka z nich zapadło mi tak głęboko w pamięć i miało dla mnie aż takie znaczenie. Dziś prawie trzydzieści lat później po raz kolejny wróciłam do wspomnienia, które jest ze mną od zawsze. Wróciłam do niego dzięki dzisiejszemu zimowemu spacerowi.

20170106_140518Prawie wszyscy mamy teraz chwilę wolnego czasu. Jeżeli dzisiaj Wam się nie udało, to jutro koniecznie wybierzcie się na Wasz zimowy spacer. Przywołajcie wspomnienia. Weźcie ze sobą przyjaciół i rodzinę. Ulepcie bałwana, zróbcie orła, porzucajcie się śnieżkami. Odkryjcie w sobie dziecko. Zacznijcie wszystko od nowa! Jak to mówią w „Hameryce”: Nowy rok-nowy Ty! Paradoksalnie czasami sentymentalne spojrzenie w przeszłość, pozwala zbudować lepszą i o wiele szczęśliwszą przyszłość. Najważniejsze jest to, żeby zrobić coś dla siebie i choć przez chwilę się zatrzymać, żeby po raz kolejny dostrzec i przypomnieć sobie piękno otaczającego nas świata.

20170106_134449