Jak być FIT od zaraz! Kompletny tutorial!

Muszę się Wam pochwalić, że od kilku tygodni udaje mi się w miarę regularnie ćwiczyć. Być może czas jesienno-zimowy nie jest najlepszy na rozpoczynanie walki o powrót do formy, ale z drugiej mańki, presja ze strony otoczenia jest teraz dużo mniejsza. Wszyscy zadrutowali się na zimę i nie jesteśmy narażeni na oglądanie niczyich jędrnych pośladów ani bicków jak melony. Postacie, które spotykamy na ulicach przypominają raczej kogoś z rodziny ludzika Michelin, niż krewnych Pameli Anderson z czasów Słonecznego Patrolu. Piździawa rozhulała się na tyle, że nawet najbardziej zajadli biegacze powciągali na kościste dupki gacie na wacie i siedzą za piecem z termoforem między żylastymi przeszczepami.

Do tego wszystkiego zbliżają się Święta. Za chwilę wszyscy przystąpią do Wielkiego Żarcia! To czas kiedy każdy, nawet najbardziej zmobilizowany fitness maniak, troszeczkę sobie odpuszcza. Jestem pewna, że Ewa Chodakowska cichaczem skubie drożdżowe ciasto, a Dziki Trener łakomie zerka w kierunku swojego ukochanego salcesonu. Każdy jarmużowo – batatowy twardziel, który przez cały rok trzymał turbo-kosmiczną dietę właśnie teraz myśli sobie, że coś mu się jednak od tego życia należy. A wypuszczony do spożywczaka, potajemnie wpycha za zimową kurtę paczkę Lays-ów i 4 Specjale!

Na przełomie listopada i grudnia nikt jeszcze nie myśli o noworocznych postanowieniach. Wszyscy skupieni są raczej na tym, jak przetrwać szarugę i zbliżające się Święta. Zaczynając ćwiczyć teraz, nie będziemy musieli zderzać się z wysypem „trzytygodniowych sportowców”, starających się odmienić swoje ciała na nowy rok. Na plus w tej sytuacji jest nie tylko to, że unikniemy tłoku na siłowni, ale także fakt, że nie będziemy musieli uczestniczyć w corocznej fit-szajbie, która  jest moim zdaniem tak samo głupia jak i deprymująca. Badania pokazują, że tylko kilka procent ludzi jest w stanie wytrwać w noworocznych postanowieniach. Wynika z tego, że podejmowanie walki o szczupłą sylwetkę na początku nowego roku, zakończy się fiaskiem dla ponad 90% z nas.

Dodatkowym impulsem, może być fakt, że do lata zostało jeszcze naprawdę mnóstwo czasu. Oznacza to, że możemy podejść do naszych treningów z odrobiną luzu. Przy założeniu, że w najbliższych dniach uda się Wam przejść na zdrowszą dietę i zacząć stosować jakąkolwiek formę ruchu, do wakacji możecie osiągnąć naprawdę niezłe rezultaty. Umiarkowana intensywność treningu w pierwszych dniach Waszej przemiany, pozwoli uniknąć szybkiego efektu wypalenia i sprawi, że z każdym dniem będziecie czuli się lepiej.

Jeżeli nie wiecie jak zacząć, polecam Wam kilka mało inwazyjnych zabiegów, które nie zajadą Was mentalnie, a stosowane systematycznie naprawdę poprawią jakość Waszego życia.

 

I. TRZY 30 MINUTOWE TRENINGI W TYGODNIU:

Ćwiczcie w systemie poniedziałek/środa/piątek, lub wtorek/czwartek/sobota.

Jeżeli nie jesteście fanami siłowni i nie macie zamiaru wydawać kasy na karnet, który później i tak zmarnotrawicie, polecam wygibasy w zaciszu domowym, lub atrakcje na powietrzu.

Wiem, że pogoda nie nastraja do działania, ale jeżeli dwa razy w tygodniu poświęcicie 30 minut swojego życia na dostosowany do swoich możliwości marszo-bieg, bardzo szybko odkryjecie, że śpi się Wam dużo lepiej i jesteście w stanie wejść bez zadyszki na I piętro. Nie potrzebujecie do tego nie wiadomo jakiego stroju. Zasadniczo wystarczą Wam poprute na dupie dresowe gacie, byle jakie buty sportowe, czapka na łeb-żeby nie wyziębić mózgu i w miarę lekka kurtka lub polar. Ze swojego skromnego doświadczenia wiem, że przy tego typu eskapadach lepsze jest ubieranie się w kilka warstw lekkich ciuchów, niż w jedną ciężką i krępującą ruchy kurtę. Pamiętajcie o tym, żeby wdychać powietrze nosem a wydychać je ustami! Unikniecie w ten sposób kolki, zapalenia gardła i ciężkiego wQurwu!

Trzeci trening w tygodniu możecie już spokojnie odbyć sobie w domku. Nie potrzebujecie do tego żadnego mega wypasionego sprzętu. Wystarczy dywan lub karimata. W fazie początkowej najlepszy będzie tak zwany FBW (Full Body Workout), czyli delikatny trening całego ciała. Poniżej coś co stosuje w tej chwili ja:

  • 4 serie po 25 przysiadów (niby nic a nieźle idzie w udka i dupsko)
  • 1-szy dzień z Aerobicznej 6 Weidera (6 powtórzeń każdego z 6 ćwiczeń na brzuch)
  • 4 serie po 10 pompek (męskich lub damskich w zależności od stopnia zaawansowania)
  • 4 serie po 10 pompek odwrotnych na triceps z użyciem krzesła lub niskiej szafki (mega dobre ćwiczenie na tak zwane „pelikany”).
  • 4 serie po 30 sekund plank (wzmacnia właściwie całe ciało. ćwiczy „cały człowiek”).
  • 4 serie po 10 wspięć na palce (na piękne łydy)

Taki zestaw możecie sobie spokojnie stosować przez jakiś czas. Stopniowo powinniście dodawać kolejne serie i powtórzenia, aż będziecie na tyle zaawansowani, że będziecie mogli rozbić treningi na poszczególne partie ciała.

 

 II. COŚ NA ZĄB

Niestety wszyscy fitnessowi cwaniacy powtarzający nam w nieskończoność, że sześciopak buduje się w kuchni mają sporo racji. Chcąc mieć ładniejsze ciało, będziecie zmuszeni odstawić śmieciowe żarcie do śmietnika!  Na początek polecam Wam drobne ale znaczące zmiany.

1.Postarajcie się jeść przynajmniej trzy porcje warzyw i/lub owoców dziennie.

Wiem, że eksperci mówią o pięciu dawkach zieleniny na dobę, ale nie chcę Was zniechęcać, ani tym bardziej doprowadzić do rozstroju żołądka. Dochodźcie do wszystkiego małymi kroczkami.

2.Na dwa obiady w tygodniu jedzcie rybę.

Odradzam mrożonki i hodowlanego łososia Norweskiego. To pierwsze jest bez sensu, a to drugie nie dość, że jest bez sensu, to jeszcze karmione kupą.

Polecam wolno hasającego łososia Pacyficznego, pstrąga lub mintaja, a do sałatek tradycyjnie tuńczyka.

3.Pijcie dużo wody!

Najlepiej zaopatrzcie się w bidon, lub sporą butlę na wodę i chodźcie z nią gdzie tylko się da. Zapotrzebowanie dorosłego człowieka na płyny zmienia się w zależności od ilości wysiłku fizycznego i temperatury otoczenia, w którym się znajdujemy ale generalnie pijcie ile wlezie!

4.Jedźcie orzechy i migdały.

Pozwólcie, że nie będę się tu rozpisywać jak zajebiście są zdrowe, ale uwierzcie mi-SĄ!

 5.Pijcie rano zieloną herbatę.

Wybierzcie wersję liściastą do zaparzania. Im bardziej zielona herbata smakuje bagnem i żabami, tym jej właściwości są lepsze! Enjoy!

 6.Pijcie czystek!

Polecam zaparzenie sobie rano solidnej ilości czystka i zabranie go do roboty w termosie. Wiem, że łażenie z termosem to trochę wiocha, ale czystek naprawdę jest tego wart! Podobnie jak w przypadku migdałów i zielonej herby nie będę się tu rozpisywać nad jego wspaniałością. Wszystko możecie sobie znaleźć w Internetach. A ja tylko nieśmiało rzucam hasło!

7.Odstawcie śmieciowe żarcie.

Koniec kropka! Sami dobrze wiecie co w siebie wrzucacie i czego musicie się pozbyć.

 8.Zastąpcie czekoladę i ciastka miodem i masłem orzechowym.

Przy zakupie masła orzechowego sprawdzajcie czy na pewno jest 100% i czy nie zawiera soli i obleśnego oleju palmowego.

 9.Ograniczcie alkohol.

Wiem, że to przykre, ale żeby osiągnąć pożądany rezultat musicie ograniczyć spożywanie procentów do maksimum 1-2 dni w tygodniu. Najlepiej przerzucić się na wino wytrawne (białe lub czerwone). W małych ilościach jest dobre na serducho!

 10.Odstawcie chleb pszenny i jedzcie pieczywo tylko rano.

Polecam chleby żytnie i orkiszowe z ziarnami.

 11.Jedzcie 4-5 małych posiłków dziennie.

Poniżej przykładowa dieta na jeden dzień (jest tu aż 5 porcji owoców i warzyw, więc to wersja PRO):

Śniadanie: 3 kromki orkiszowego chleba z kozim serem i pomidorem.

Drugie śniadanie:  Jogurt naturalny, banan, garść orzechów włoskich, garść migdałów, 3 łyżki owsianki, łyżeczka nasion Chia, łyżeczka jagód Goi.

Lunch: Sałatka: pomidorki koktajlowe, roszponka, rucola, czerwona papryka, zielona sałata, oliwki, oliwa z oliwek, ocet balsamiczny.

Obiad: Łosoś pieczony w folii z czosnkiem i ziołami prowansalskimi, ryż basmati, pieczona cukinia.

Kolacja: (Nie później niż 3h przed snem): Biały ser ze szczypiorkiem i jogurtem naturalnym a na deser kiwi (które ma właściwości ułatwiające zasypianie).

 

III. WYSYPIAJCIE SIĘ

Na temat spania jest kilka teorii. Od lat mówi się, że mężczyźni powinni przesypiać 7, a kobiety aż 8 godzin na dobę. Kilka lat temu zauważono, że nasz sen jest najefektywniejszy, jeżeli ilość godzin, które przesypiamy jest wielokrotnością 1,5. Nie wiadomo dokładnie o co w tym chodzi, ale ma to jakiś tajemniczy związek z fazami naszego kimania. W ostatnim czasie przeprowadzono badania, które wykazały, że długotrwałe przesypianie tylko 6 godzin na dobę prowadzi do poważnego wyczerpania organizmu. Konkluzja jest zatem taka, że nie ma co świrować, tylko trzeba spać 7,5 godziny na dobę! Musicie się tego trzymać! Nawet jak nadrabiacie zaległości z Gry o Tron…

Jeżeli macie trudności z zasypianiem polecam Wam wykonanie szybkiego i niezwykle prostego ćwiczenia oddechowego:

Połóżcie się na wznak. Postarajcie się rozluźnić całe ciało i… zróbcie tak:

Wdech nosem trwający 4 sekundy

Przytrzymanie powietrza w płucach przez 7 sekund

Wydech ustami trwający 8 sekund.

Całość powtórzcie trzy razy a uśniecie jak mała dzidzia!

 

IV. PAMIĘTAJCIE O SUPLEMENTACH

Wbrew pozorom nie chodzi mi tu wcale o ani o metke ani o tetke. Nie mam też na myśli odżywek białkowych dla pakerów, ani kupowanych w Deep Webie macedońskich spalaczy tłuszczu powodujących sraczkę i zawał. Chciałam Wam za to polecić dwa suplementy diety, które są moim zdaniem całkiem sensowne.

Pierwszy z nich to stary dobry Aspargin zawierający magnez i potas. Jedna tabletka dziennie uchroni  Was przed dygającym okiem, skurczami łydek i irytującym sąsiadem. Pomoże także pobudzić mózg i wyreguluje metabolizm. Fajne jest też to, że wymieniony wyżej specyfik nie jest kulanym w garażu u pana Rysia suplementem diety, tylko prawdziwym lekiem. Odróżnia go to od zapakowanego w nieco bardziej bajeranckie opakowanie Asparginianu, który jest zwykłym suplementem.

Drugi specyfik, który chciałam Wam polecić, to oczywiście niezbędna w okresie  jesienno – zimowym witamina D3. Jeżeli mieszkacie w Kalifornii albo gdzieś w okolicach Sri Lanki, to ten punkt możecie sobie spokojnie pominąć. Jeśli jednak rezydujecie na  ciemnym jak dupa obszarze leżącym na północ od Opołonka, to szczerze polecam przyjmować. Ze swojego skromnego doświadczenia mogę polecić Wam witaminę D3 marki SOLGAR (1000 jednostek), lub dostępny ostatnio bez recepty wynalazek o nazwie VIGANTOLETTEN (też 1000 jednostek).

 

Na koniec chciałam Wam tylko napisać, że nie przyjmuję wynagrodzenia od producentów wymienionych wyżej tabletek. Nie jestem także opłacana przez producentów wytrawnych win, plantatorów sałaty ani rybaków z rejonu Pacyfiku.

Trochę szkoda… Więc jak coś, to zapraszam do zakładki WSPÓŁPRACA! He he!

Jesienna nostalgia, czyli jak spojrzeć w ciemność z podniesioną głową

Jest taki czas w roku, kiedy pozornie wszystko się kończy. Lato mija, a dni stają się coraz krótsze. Żuki i pająki wciskają swe chitynowe odwłoki do naszych domów i mieszkań. Jeże siedzą osowiałe w krzakach, czekając posępnie na liście opadające z drzew. Choć nikt nie zwraca na to uwagi, mogę Was zapewnić, że w ich bystrych, czarnych oczkach czai się jakaś nie ogarnięta jeżym umysłem nostalgia. Mój otyły kot „latyfundysta”  z coraz mniej skrywanym zniechęceniem dogląda swoich włości. Kiedy wypuszczam go na dwór, patrzy na mnie tymi wielkimi żółtymi oczami i nerwowo strzyże wibrysami. Jestem prawie pewna, że nie widział nigdy Shreka, ani tym bardziej Kota w Butach, ale na swój własny koci sposób wie jak przekazać mi fakt, że wcale nie jest pozbawiony uczuć wyższych. Wręcz przeciwnie, przez ułamek sekundy wydaje mi się, że to ja, zagoniona w swoim codziennym pędzie, jestem tych uczuć pozbawiona. Nawet komarzyce, które jeszcze kilka dni temu pogryzły mnie niemal do kości, latają teraz jakby do tyłu, obijając się przy tym o ściany. Ich wątłe ciałka przeświecone światłem lampki wyglądają niemal magicznie.. A przecież jeszcze chwilę temu wyzywałam je za pomocą zwrotów „macierzyńskich”! Do tego jeszcze te cholerne ptaki! Od zawsze jednym z najbardziej przygnębiających znaków zbliżającej się jesieni, był dla mnie widok ptaszorów odlatujących do ciepłych krajów na zimę. Jakby tego było mało, po wyjątkowo nie udanym na Pomorzu lecie, pogoda na początku września wpisuje się zdecydowanie w nurt depresyjno-wisielczo-apokaliptyczny. Cieszę się, że subkultura EMO wśród nastolatków powoli zanika, bo przy tej aurze oprócz kipów i nawianych przez wiatr przedwcześnie opadłych liści, trzeba by było zamiatać sprzed domu także ciała nieletnich fanów zespołu Tokio Hotel. Ilość opadów w tym roku, była tak duża, że czułam się jak pracownik poradni wenerycznej dla roślin. Prawie wszyscy mieszkańcy mojego ogrodu zapadli na jakąś odmianę grzybicy! Obojętnie jakie objawy miała dana roślina pokazana przeze mnie na zdjęciu, pracownik sklepu ogrodniczego z pewnością snajpera odpowiadał mi jednym słowem: GRZYBICA! Po czym beznamiętnie wręczał mi opakowanie Topsinu. Jestem pewna, że producent owego specyfiku po tym sezonie wybuduje sobie chatę z lądowiskiem dla helikoptera na Bahamach i zacznie wreszcie odcinać kupony od tej zagrzybiałej roboty. Kto wie, może koleś jest cwańszy niż się nam wszystkim wydaje i sam przez całą zimę palił w piecu niedojedzonymi zupkami chińskimi, kaloszami i pieluchomajtkami teściowej, co spowodowało tegoroczne anomalia pogodowe. Kolejnym beneficjentem tegorocznych letnich warunków pogodowych może się też prawdopodobnie nazwać wyżej wymieniony jeż. Robaków było tyle, że upasł się do rozmiarów sporej wielkości garnka. Kilka razy kiedy przechadzałam się w nocy po ogrodzie, pomyliłam go z piłką do koszykówki, która co jakiś czas wpada do nas synowi sąsiadów. Nie wiem jaki wskaźnik BMI określa u jeży otyłość olbrzymią , ale fakt, że przez dziurę pod płotem, którą w zeszłym roku rozepchał sobie tyłkiem jego krewniak, przełożyć może tylko czubek nosa i dwie przednie łapy, powinien być dla niego lekko alarmujący. Cieszyć się też pewnie mogą grzybiarze…i nie mam tu na myśli panów, szukających miłości u odrobinę sfatygowanych tlenionych Bułgarek, lub innymi słowy, jegomości korzystających z piękna „Polski w pigułce”. (Kto nie wie o co cho, niech wpisze owo hasło w wyszukiwarke ;)). Chodzi mi oczywiście o kamizelkowych ninja, władających kozikiem niczym nunczako. Niestety nie znam się wcale ani na grzybach, ani na ich zbieraniu. W związku z tym smutnym faktem pozwolę sobie napisać tylko tyle, że wstawanie w weekendy o 5.00 rano, tylko po to żeby godzinami, często w strugach deszczu , wdeptując w pozostawione przez letników papierzaki, szukać w leśnych krzaczorach czegoś, co poza walorami smakowymi nie posiada absolutnie żadnych wartości odżywczych, jest dla mnie szalonym bohaterstwem! Wiem doskonale, że zaraz niektórzy cwaniacy zwrócą mi uwagę, że przecież wódka też żadnych wartości odżywczych nie posiada, a mimo to ludzie ją piją. Oczywiście! Piją! Ale czy wódka chowa się w krzakach? Czy aby ją zdobyć należy zakładać uwłaczającą ludzkiej godności beżową kamizelę z kieszeniami i kaloszki? Czy kupowanie wódki, trzeba okraszać tysiącem zdjęć na facebooku, dokumentującym naszą zajebistą zaradność? Czy może wreszcie, aby napić się wódki należy w jedyny wolny dzień zrywać się z nagrzanego leża bladym świtem? NIE! Żeby napić się wódki, należy zazwyczaj przejść około 200 metrów do najbliższej żabki, biedrony czy też fresha, następnie ciepnąć na ladę banknot z Bolesławem Chrobrym i odkręcić kapsel! Ot i cała filozofia! Jak zwykle proszę Was żebyście nie zrozumieli mnie źle. Absolutnie nie mam nic do grzybiarzy. Nabijanie się z nich ma charakter czysto rozrywkowy. Blog ma w nazwie zachętę do działania, więc jeśli przez moje inwektywy czujecie się zmotywowani do grzybobrania, to wspaniale! Mój cel zostanie w pełni osiągnięty!

Dochodząc do tego stwierdzenia, pragnę także dojść do konkluzji, którą chciałabym zawszeć w moim dzisiejszym wpisie. Jakkolwiek brzydkie nie było by lato i jak bardzo nie przytłaczała by Was nadchodząca jesień pamiętajcie, że: „coś się kończy…i coś zaczyna”. Jestem pewna, że wielu z Was będzie miało z tych wakacji wspaniałe wspomnienia i dla wielu było to na pewno lato, które zapamiętają do końca życia. Koniec wakacji, a tym samym lata, będzie też na pewno  dla niektórych z Was początkiem roku szkolnego, roku akademickiego, czy też nowym otwarciem w pracy. Pojawiają się nowe możliwości, które warto dostrzec i docenić  Przed nami końcówka roku i to co z nią zrobimy zależy tylko od nas. Znowu przecież macie mnóstwo czasu na to, żeby w następne wakacje pokazać się na plaży z wymarzonym kaloryferem na brzuchu! A może w międzyczasie nauczycie się też czegoś nowego, zagadacie wreszcie tą dziewczynę z IIA, która ciągle mija was na korytarzu, wygracie w totka, zaplanujecie wymarzoną podróż, odwiedzicie dawno nie widzianego przyjaciela, albo zostaniecie gwiazdami YouTube’a!? To co zrobicie w te nadchodzące szare miesiące zależy tylko od Was! Dlatego proszę Was! Nie zalegajcie na kanapie!

Igły w gaciach

Wszyscy dobrze wiecie, że nadszedł ten czas. Tak! To już naprawdę teraz. Musicie wziąć byka za rogi i  rozebrać choinkę. Pewnie wielu z Was już się jej pozbyło, ale jestem pewna, że spora grupa ciągle trzyma w domu lekko przekrzywionego, łysiejącego, oklapniętego drapaka. Jeżeli kupiliście żywą, to daję głowę, że połowa z Was już dawno zapomniała żeby ją podlewać. Nie interesuje się nią już nawet Wasz kot, o psie czy kanarku nie wspominając. Zafundujcie więc  sobie odrobinę przestrzeni i luksusu i rozbierzcie wreszcie to diabelstwo! Stara żydowska mądrość głosi, że jeżeli ktoś narzeka na brak przestrzeni życiowej w domu, powinien natychmiast przygarnąć kozę. Pomieszkać z rogatym śmierdzielstwem przez miesiąc, a następnie gadzinę odsprzedać. Gwarantuje to natychmiastową poprawę warunków bytowania, a tym samym humoru i samozadowolenia. Nie chcę tu oczywiście przyrównywać sympatycznego świątecznego symbolu do starego capa. Próbuję Wam tylko zwizualizować ulgę jaką poczujecie kiedy już załatwicie tą przykrą powinność. Pomyślcie też o tym jak nadludzko się poczujecie, kiedy w pracy przy automacie do kawy jakiś niezorganizowany frajer zacznie marudzić, że jeszcze swojej choinki nie rozebrał. Pomyślcie o radości jaka na krótką chwilę zagości w Waszym styranym robotą sercu. Jeżeli jesteście teraz w domu, to spójrzcie na swoją choinkę. Podziękujcie jej w myślach za wszystkie miłe chwile, które przy niej spędziliście i do dzieła! Najpierw zdejmijcie najładniejsze bombki, na których zależy Wam nam najbardziej. One zawsze mają swoje miejsce w pudełeczkach. Kiedy największe skarby są już zabezpieczone przychodzi kolej na łańcuchy. Będzie Was korciło, żeby to dziadostwo pozrywać, ale poczekajcie chwilę…przywróćcie sobie równowagę emocjonalną i metodycznie poodczepiajcie co trzeba. Z łańcuchami jest luzacko, bo na koniec można dać upust frustracji i energicznie zwinięte w kulę schować do siaty z biedry. Teraz pora na tak zwaną drobnicę, czyli całą masę plastikowego badziewia sprzedawanego w supermarketach. Tutaj fajne jest to, że nie trzeba wykazywać się inteligencją i niczego do niczego dopasowywać. Sprzedawane jest toto najczęściej w dużych przezroczystych opakowaniach, w których wszystko lata luzem. Nie zapomnijcie o smutnych i porzuconych misiach, które trzeba przechować godnie do następnych Świąt.

Mamy już co prawda brokat w oczach, nosie, uszach i z niewyjaśnionych przyczyn także w skarpecie, ale spoko-koniec coraz bliżej. Pora dać nura w głąb suchych igieł i rozplątać lampki. Muszę przyznać, że właśnie ta czynność jest dla mnie najbardziej traumatyczna. Jak wszyscy wiemy w dzisiejszych czasach zakup porządnych lampek jest odrobinę utrudniony. Wszyscy koniec końców lądujemy ze splątaną chińską tandetą, która przy byle stuknięciu przestaje świecić. Tak więc jest to najzwyczajniej w świecie mission impossible: weź to skutecznie odplącz, ale broń Boziu nie rozwal. Jak już uporacie się ze zwijaniem chińskich bimbolków i przestaniecie kurwić przyjdzie pora na etap przedostatni. Będzie to oczywiście pozbycie się suchego „truchła” drzewka. Etap ten pominę milczeniem. Każdy ma na to swój sposób, a poza tym wiadomo, że najlepiej pierdzielnąć kikutem z balkonu (uwaga nie róbcie tego sami i pamiętajcie-nie wiecie tego ode mnie). Na sam koniec  pozostaje Wam jeszcze wisienka na torcie, czyli oczyszczające duszę i umysł fruwanie na szczocie, szmacie i odkurzaczu.

Udało się Wam! Przez najbliższe dwa miesiące będziecie co prawda wyciągali sobie z tyłka choinkowe igły, ale jesteście wielcy! Zążyliście przed Wielkanocą!

Karnawał! Czyli 12 kroków jak pokonać kaca

1

Mamy karnawał. Czas sprzyjający wypadom na miasto w celu odurzania się różnego rodzaju wyskokowymi trunkami. Jak wiadomo przesadzać z tym nie można, ale wielu z nas od czasu do czasu lubi zalać pałkę, odpiąć wrotki albo zostać porwanym przez kosmitów. Jak zwał tak zwał. Zasada jest najczęściej ta sama i prosta jak konstrukcja gumowej pałki policyjnej, którą możemy oberwać po nerkach, jeśli pijany wid poniesie nas odrobinę za daleko. Przeginamy z ilością wlanego w siebie alkoholu i najczęściej w danej chwili myślimy, że jutra nie ma. Bujamy się w rozchełstanym ubraniu na żyrandolu pod zachlastanym knajpianym sufitem, myśląc że świat jest nasz, a my sami jesteśmy najbardziej zabawnymi i elokwentnymi ludźmi pod słońcem. Każdy upija się inaczej, ale generalnie większość z nas czuje się w tym stanie znacznie atrakcyjniej i pewniej niż zazwyczaj. Niestety kilka godzin później, bańka mydlana pełna naszych kolorowych zwidów pęka. Zostaje tylko prześmierdziane ubranie, pusty portfel, żenada i kac. Na moralniaka wiele poradzić nie można. Każdy musi rozprawić się z nim we własnym zakresie. Jest za to kilka całkiem skutecznych sposobów na odpędzenie alkoholowego zatrucia organizmu. Jako, że nie prowadzimy tu bloga z poradami medycznymi, ani w ogóle nie mamy nic wspólnego ze służbą zdrowia, hiromancją ani nawet medycyną niekonwencjonalną, będą to porady w formie tak zwanych „mądrości ludowych”. Porady zasłyszane przez lata od osób posiadających spore doświadczenie w branży imprezowej, ale także sposoby wynalezione przez nas, jako pomoc w walce z kacem mordercą. Celem naszej pisaniny jest podnoszenie Was (i nas) z kanapy w różnych okolicznościach. Mamy zatem nadzieję, że i ten wpis pozwoli Wam stanąć na nogi. Nawet po ostro zakrapianej nocy.

2

Podkładka i olej

Punkt pierwszy, o którym wiedzą wszyscy, ale jeżeli chcemy tu stworzyć pełny poradnik, musimy o nim napomknąć. Brzmi on mniej więcej tak: Nigdy, ale to przenigdy nie idź pić alkoholu głodny albo z pustym żołądkiem! Po prostu nie. Jest to przewinienie, za które spotka Cię sroga kara.

Więcej wody

Każdy wie, że w czasie spożywania alkoholu nasz organizm ulega odwodnieniu. Nie wszyscy jednak pamiętają o tym, żeby w czasie imprezy pić naprzemiennie wodę i procenty. Kiedy pojawiamy się w barze, momentalnie zamieniamy się w siorbające, pazerne alko-zombie, dziko poszukujące napitku . Jeśli już na samym początku imprezy czujecie pragnienie, nie gaście go dwoma wypitymi duszkiem browarami. Wypijcie najpierw szklankę wody, a później spokojnie zamówcie sobie piwko (albo jakiś inny trunek), którym będziecie mogli się podelektować. Kiedy pijemy wino albo whisky, bardzo ważne jest naprzemienne picie alkoholu i wody. Z wodą ognistą nie ma aż takiego problemu, ponieważ generalnie większość ludzi ją zapija. Jeżeli jednak jesteście w grupie stalowych gardeł i tego nie robicie, również musicie pamiętać o porządnej szklanicy wody.

Owsianka jak śmietana…niekoniecznie z rana

Kiedy wracamy już do domu po imprezie, najlepszym co możemy zrobić jest zjedzenie porządnej michy owsianki z ciepłym mlekiem. Wiem, że niektórym może się to w tym stanie wydawać nie do przełknięcia, jednak jest to kluczowy, o ile nie najważniejszy punkt tego poradnika. Płatki owsiane pomogą wchłonąć znajdujący się w żołądku nie strawiony alkohol i opanują gastrofazę. Natomiast ciepłe mleko uspokoi Was i przygotuje do snu. Naprawdę warto odpuścić niezdrowe śmieciowe jedzenie z budy, (a tym samym uniknąć okazji do nocnej szarpaniny z podchmielonymi szaleńcami w waniającym uryną zaułku, gdzie wydawane się zapieksy) wrócić do domu i uraczyć się tym nieco przaśnym, ale naprawdę ratującym życie eliksirem. Metoda z owsianką może Wam też pomóc, jeżeli obudzicie się nad ranem z głową wielkości piłki lekarskiej. Jest prawie pewne, że około 5 czy 6 rano, w Waszym żołądku jest jeszcze całkiem sporo nie strawionego alkoholu, który owsianka wchłonie, ból głowy minie, a Wy spokojnie wrócicie do łóżka.

Soda zdrowia doda

Całkiem niezłym zabiegiem, po powrocie z zakrapianej imprezki jest też wypicie rozpuszczonej sody oczyszczonej. Tak. Właśnie tej samej sody, którą Wasze bacie dodawały do swoich wypieków. Na pierwszy rzut oka ten biały proszek, może wydawać się odpychający, ale po rozpuszczeniu smak ma wcale nie najgorszy. Wystarczy płaska łyżeczka do herbaty na ok. 100 ml. letniej wody. Taki napój pomoże pozbyć się zgagi wywołanej przez alkohol. Istnieje też wiele nie potwierdzonych teorii na temat wspaniałych właściwości sody, o których nie będę się tu rozpisywać. Napomknę tyko, że jedną z najbardziej moim zdaniem wiarygodnych teorii na jej temat jest to, że rzekomo odkwasza organizm. Alkohol natomiast niestety organizm zakwasza, dlatego na kaca wypicie szklaneczki sody na pewno nikomu nie zaszkodzi.

Elektrolity

Ogromną pomocą w walce o odtruwanie sponiewieranego imprezą organizmu będzie dostarczenie niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania elektrolitów. W tym przypadku niezastąpione są dostępne bez recepty specyfiki stosowane przy leczeniu między innymi biegunki. W aptece znajdziecie tego całkiem sporo. Są to saszetki przygotowane do rozpuszczenia w wodzie, dostępne w fikuśnych smakach. Najlepiej zaaplikować sobie dwie saszetki od razu po przybyciu z balu, a dwie następne rozpuścić w szklance wody, jako ratunek na rano. Zaraz po owsiance uważam ten punkt za najważniejszy z niniejszego poradnika.

Tablica Mendelejewa K, Mg

Bardzo ważną kwestią będzie zapewnienie ratunku naszym zszarganym trucizną nerwom. W tym celu należy pamiętać o przyjęciu odpowiedniej dawki magnezu. Moim zdaniem najlepszy jest w tym przypadku stary sprawdzony Aspargin lub jego silniejszy kuzyn Asparginian forte. Piguły te mają tę przewagę nad tradycyjnym magnezem, że dodatkowo w ich składzie czai się niezwykle ważny w leczeniu objawów pijaństwa potas.

Zielsko

Od niedawna bardzo popularny jako dodatek miedzy innymi do sałatek jest mielony ostropest plamisty. To sprytne małe ziółko przypominające swym wyglądem oset ma właściwości wspomagające pracę wątroby, przez co pomaga jej przetrawić toksyny pochodzące z alkoholu. Jedną małą łyżeczkę do herbaty należy zaaplikować sobie tuż po powrocie z imprezy, a drugą następnego dnia rano. W przypadku naprawdę grubej balangi, warto zastosować kurację ostropestem trwającą od około 2 tygodni do miesiąca. Należy przy tym pamiętać, żeby nie przekraczać dawki dwóch łyżeczek do herbaty dziennie.

Śpiący Książęta

Niezwykle ważnym aspektem przy dochodzeniu do siebie po karnawałowym szaleństwie jest porządna dawka snu. Po imprezie nie zrywajcie się zbyt wcześnie rano. Jeżeli tylko możecie spać, postarajcie się wypoczywać jak najdłużej. Każda dodatkowa godzina prawdziwego, pełnego snu poskutkuje o wiele lepszym samopoczuciem następnego dnia. Jeżeli przebudzicie się wcześnie rano, postarajcie się zrobić wszystko, żeby udało się Wam jeszcze zasnąć. Weźcie przykład z dziadka i wciśnijcie do uszu watę. Załóżcie na oczy maseczkę z Hello Kitty naśladując siostrzenicę. Puśćcie relaksacyjną muzę, albo walnijcie sobie szota z waleriany jak znerwicowana ciotka. Dołóżcie starań, żeby kimać ile wlezie.

I Ty zostań morsem!

Ten punkt jest chyba najtrudniejszy, ale naprawdę skuteczny. Nic tak nie przyspiesza naszego metabolizmu jak porządny lodowaty prysznic. Wiem, że na kacu wielu z Was myśli jedynie o tym jak nie zemdleć, nie popuścić w majtki, albo nie potknąć się o własny wyrzut sumienia. Jednak jeżeli chcecie wyzdrowieć szybciej, musicie wziąć się w garść i wejść pod ta cholerną wodę! Im dłużej trwa taka kąpiel, tym oczywiście lepiej, ale optymalny czas jaki powinniście poświęcić na to cierpienie, powinien zamykać się w trzech lub czterech seriach po 10-15 sekund każda.

(P.S. Pozdrawiamy prawdziwych morsów Olę i Jacka H!)

Śniadanie Mistrzów

Każdy dobrze wie, że najlepsza na kaca jest jajecznica. Jest to fakt z którym nie warto polemizować. Na deser dobrze jest dorzucić sobie kromkę chleba grubo posmarowaną miodem. Dostarczycie dzięki temu do organizmu sporą dawkę pomocnej w walce z zatruciem alkoholowym glukozy. Znajdziecie ją też w rozpuszczalnych elektrolitach ale im jej więcej tym lepiej!

Witaminki

Niezastąpiona w walce z kacem jest jak wiadomo witamina C. Nie warto jednak sięgać po kolejne rozpuszczalne specyfiki albo tabletki na przeziębienie. Tutaj polecamy świeżo wyciskany sok z owoców. Jedna pomarańcza + jedna cytryna i będziecie skwaszeni ale szczęśliwsi.

Chwytaj dzień!

Na deser chyba najprzyjemniejszy punkt programu. Kiedy już przebrniecie przez wszystkie powyższe kroki ratunkowe, nadejdzie czas na dotlenienie organizmu. Pomimo złego samopoczucia musicie zmusić się do tego żeby wyjść z domu na minimum 30 minutowy spacer. Powinien być to marsz możliwie jak najbardziej dynamiczny. Im bardziej się na takim wyjściu zmęczycie, tym szybciej przegonicie kaca i poczujecie się lepiej. Oczywiście pamiętajcie, że należy mierzyć siły na zamiary i w razie jakichkolwiek dolegliwości oddechowych lub kardiologicznych musicie natychmiast napić się wody i odpocząć!

Uff. Przebrnęliśmy. Mam nadzieję, że ten skromny poradnik będzie Wam choć odrobinę pomocny. Podnoszenie się z kanapy może też czasem oznaczać spotkanie ze znajomymi i wyjście na miasto. Warto otrzepać kurz ze skarpet, ogolić pachy, wbić się w najbardziej wyskokowe ciuchy i ruszyć na bal! Karnawał mamy w końcu tylko raz do roku. Bawcie się ile wlezie!

 

 

 

 

 

 

 

Ski Mondo

Wrzucamy obiecany wcześniej reportaż z jesieni. Na pierwszy ogień (żeby zmotywować do działania i nas i Was) musiała pójść miejscówka nietuzinkowa . Namówione przez naszych nadpobudliwych znajomych (i najpewniej przez samego szatana) udałyśmy się do Ski Mondo w Gdańsku. Miejsce to jest czymś w rodzaju krytej trasy zjazdowej i oferuje możliwość doskonalenia techniki  narciarskiej i snowboardowej przez cały rok. Warto od razu nadmienić, że sanki i wszelkiego rodzaju badziewne dupoślizgi w typie infantylnych jabłuszek oraz ich żałosne pochodne odpadają. Chodzi tu o sto procent czystego wycisku, mającego maksymalnie poprawić naszą kondycję i technikę jazdy. No ale zaczynając od początku. Po dotarciu na miejsce przekonałyśmy się, że funkcja, która wydawać by się mogło potrzebuje nie wiadomo jak wielkiego zaplecza lokalowego, mieści się w niezbyt okazałym baraczku. Z zewnątrz miejscówka przypomina swym wyglądem hurtownie „zabawek dla dorosłych”,  ale w  gruncie rzeczy jest to jej atut. Po wejściu do środka przywitała nas atmosfera kameralnej kawiarni  i czegoś co przywodziło na myśl lata przesiadywania w szkolnej świetlicy. Posmrodek przepoconych skarpetek wżartych w wykładzinę dywanową harmonijnie konweniował  z przyjemnym aromatem kawy.  Nie uznajemy tego jednak za coś negatywnego. Wręcz przeciwnie. Wspomnienia z dzieciństwa zawsze są na plus! Ponadto trzeba przyznać, że  Ski Mondo oferuje fajną, luźną, rekreacyjną atmosferę, w lekko spowolnionym tempie. W dniu, w  którym tam trafiłyśmy nikomu specjalnie się nie spieszyło. Nie było dzikiego przepychającego się tłumu ani szaleństwa. Ze względu na ograniczoną przepustowość sztucznych stoków, mamy tu zapisy na godziny. Narty pomaga nam wybierać obsługa, ale swobodnie możemy podejść do stojaka i oglądać sprzęt. Narty i snowboard są w Ski Mondo jedynym elementem ekwipunku, którego nie możemy tu przynieść ze sobą.  W wypożyczalni mamy do wyboru narty firmy Atomic (dla dzieci i malutkich Babek) i Salomon’y dla całej reszty gawiedzi. Jest też stojaczek dla snowboardzistów, ale ludzi walczących na „parapetach” nie udało nam się spotkać. Może to wynikać z tego, że generalnie snowboardziści mają w dupie technikę, doskonalenie się i jakikolwiek nadprogramowy wysiłek fizyczny. Zaś do jazdy zasadniczo wystarczy im kupa gówna lekko przysypana śniegiem. Żeby nie było to tamto, bardzo lubimy snowboardzistów i same z lepszym lub gorszym skutkiem  na snowboardzie jeździmy, a w gorsze dni raczej próbujemy jeździć. No ale wracając do tak zwanego meritum. Jeżeli jesteście już wyposażonymi graczami, powinniście przyjść na miejsce z własnymi butami i kaskiem. Nie musi być to kask narciarski. Obleci też rowerowy i wszystkie wariacje kasków rowerowych i rolkarsko-deskorolkowo-longboardowych. Kijków nie potrzeba wcale.  Żeby nie wyjść na zjeba, nie należy ubierać się jak na prawdziwy stok. Wystarczą dresowe portki/legginsy i koszulka z krótkim rękawkiem. Na hali klima puszczona jest dosyć mocno, więc może przydać się też bluza albo polar. Szatnie są czyste i proste. Niestety nie udało się nam znaleźć szafek ani niczego w czym można by było przechować wartościowe przedmioty na czas treningu. Jest to pewnego rodzaju uciążliwość ale nie ma co się spinać. Ostatecznie nikt nas nie obrabował ani nawet chyba nie przymierzał naszej bielizny pozostawionej w szatni.20160930_165622

Ważnym aspektem całego przedsięwzięcia jest oczywiście stosunek ceny do jakości świadczonych usług. Tutaj Ski Mondo wypada dość drogo. Za pojedynczy trening składający się z trzech 10 minutowych setów przedzielonych 10 minutowymi przerwami przyjdzie nam zapłacić  69 złotych. Pojedynczy trening na snowboardzie kosztuje tu już aż 85 złotych, co też po części (albo nawet całkowicie) tłumaczy brak fanatyków jednej dechy  w tym miejscu. Jeżeli nie mamy ze sobą własnych butów i kasku cena delikatnie wzrasta. Są to jednak kwoty rzędu kilku złotych. Warto tutaj nadmienić, że choć cena lekko wbija w buty, to po przeliczeniu stawek jakie biorą za godzinę lekcji instruktorzy np. w Zakopanem wypada to odrobinę taniej. Oczywiście nie do końca można to porównywać, ze względu na ewidentne różnice w wysiłku jaki taki instruktor wkłada w naukę kapelucha rozbijającego sobie nos na kolejnym drzewie, jednak ciężko było mi znaleźć  jakiś inny sensowny punkt odniesienia. Przechodząc do meritum trzeba napisać o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Ski Mondno to po prostu dwie ruchome maty, przypominające trochę olbrzymie ustawione pod kątem bieżnie. Trudno powiedzieć z czego zrobiona jest nawierzchnia ale przypomina to trochę nasączoną wodą wykładzinę dywanową. Żeby bardziej przywodzić na myśl alpejskie stoki wykładzinka ta jest w kolorze białym. Za naszymi plecami i po bokach rozpościerają się fototapety  przedstawiające alpejskie szczyty, a przed nami bezlitośnie błyszczy lustro zmuszające nas do oglądania wszystkich błędów, które popełniamy. Kiedy już znajdziemy się na macie musimy przyjąć pozycję jak do jazdy pługiem. Dotyczy to nawet wytrawnych narciarzy. Wydawać by się mogło, że zabawa jest łatwa. Zwłaszcza dla kogoś, kto wiele czasu w życiu spędził na prawdziwym stoku, ale prawda jest zgoła inna. Musicie zapomnieć o wszystkim co wiecie o jeździe na nartach, bo kiedy miła Pani instruktor naciśnie guzik i mata ruszy, nic nie będzie już takie samo! Jeżdżę na nartach długo, można by nawet powiedzieć, że jeżdżę na nich całe życie i można nawet pokusić się o stwierdzenie, że na konwencjonalnych stokach radzę sobie naprawdę dobrze w niemal każdych warunkach. Co innego w Ski Mondo. Po trzech setach nogi zwyczajnie odmawiały mi posłuszeństwa. Oczywiście na tym etapie swojego życia jestem dosyć miękką fają, ale nawet biorąc na to poprawkę było grubo. Specyficzne tarcie jakie wytwarza mata, w połączeniu z niemożliwością kontrolowania prędkości z jaką się „poruszamy”, tworzy mieszankę trudną do opanowania. Przy czym problemem nie była tu dla mnie zbyt duża prędkość którą narzucała mi mata, ale właśnie jej upierdliwie jednostajne odrobinę zbyt wolne tempo, które zupełnie mi nie leżało. Po podkręceniu prędkości sytuacja się nieco polepszyła, ale zbyt mała szerokość jezdna i wyżej wspomniane tarcie w połączeniu z brakiem możliwości hamowania (jeżeli pogłębimy pozycję pługu, mata porywa nas do góry i uderzamy w ścianę za plecami) stanowiły barierę trudną do pokonania. Trudność stanowi również to, że konwencjonalne hamowanie bokiem, nawet jeżeli już dobrze wyczuje się stok nie jest tu fizycznie możliwe. Gdzieś w połowie drugiego seta zaczęłam powoli ustawiać narty równolegle i dostrzegać światełko w tunelu, ale i tak trzeba przyznać, że suma summarum poszło mi dość żałośnie. Pomimo że Pani instruktor zapewniała mnie, że było naprawdę spoko, czułam się trochę jak człowiek z amnezją, który nagle nauczył się od nowa wycierać nos i ktoś go za to pochwalił.20160930_173608

Wiem na pewno, że moja technika nie jest idealna. Wiem też, że w dużej mierze przez to nie udało mi się zostać boginią narciarskiej maty w Ski Mondo. Nie wiem jednak czy rzeczywiście trening na tego typu urządzeniu jest pomocny w doskonaleniu techniki narciarskiej, czy jest to tylko sprytna reklama w miarę nowej i dosyć intrygującej rozrywki. Żeby się o tym przekonać musiałabym najprawdopodobniej odwiedzać to miejsce regularnie przez dłuższy czas. Nie wykluczam, że po dwóch miesiącach intensywnego treningu na tym ustrojstwie poczułabym znaczącą różnicę po wejściu na prawdziwy stok. Nie mogę jednak jednoznacznie tego stwierdzić, ponieważ w moim odczuciu jazda po macie i jazda po prawdziwym śniegu to dwie trochę inne umiejętności. 20160930_180351

Jedno jest pewne. Wycisk jest naprawdę mocny i kondycyjnie może nas to nieźle utwardzić. W połączeniu z miłą atmosferą (pozdrawiamy Panie instruktorki), zabawa jest na pewno warta polecenia !

img002-kopia

A tak sobie śmigam na dwóch dechach w prawdziwych górach.

Śnieżny Spacer

20170106_134119

Okazja do ruchu na świeżym powietrzu nadarzyła się bardzo szybko. Całą noc padał śnieg. Jest go dzisiaj naprawdę dużo. Na tyle dużo, że rano przez kilka minut biegałam wokół domu szukając samochodu. Sąsiadka miała większy problem, bo biegała wokół domu w kapciach i szlafroczku szukając dziecka. Ostatecznie samochód się znalazł, dziecko też. Co prawda wbite na sztorc głową w zaspę śniegu i lekko podduszone, ale żywe, wyraźnie z siebie zadowolone i rumiane. Kiedy emocje po różnego rodzaju poszukiwaniach nieco opadły, udało mi się zauważyć, że mamy naprawdę piękny dzień. Idealnie błękitne niebo , biały puch skrzący się w promieniach zimowego słońca, płatki lekko padającego jeszcze śniegu niesione przez delikatny mroźny wietrzyk. Sceneria niczym  w ruskiej bajce. Nie można chyba wyobrazić sobie lepszego dnia na śnieżny spacer. W związku z tak sprzyjającymi okolicznościami przyrody udałyśmy się z Agnieszką na wędrówkę po jednym z pięknych Trójmiejskich lasów. Kiedy brnęłyśmy  przez śnieg, idąc po śladach lisów i ścieżce z bobków pozostawionych przez uciekające przed nimi zające, przypomniał mi się pewien piękny dzień z bardzo, bardzo odległej przeszłości.  Jest to moje pierwsze wspomnienie zimy. Nie podam Wam dokładnego roku, ale mogę napisać, że miało to miejsce w drugiej połowie lat 80-tych. Pamiętam, że tamtego dnia, podobnie jak dzisiaj niebo było idealnie niebieskie, a świeży gładki śnieg przykrywał wszystko dookoła. Tego wspaniałego dnia, mój Tata postanowił zabrać mnie na pierwszy w moim życiu zimowy spacer na sankach. Chociaż od tamtej pory upłynęło tak wiele czasu, dokładnie pamiętam pewne detale, które budują klimat i fantastyczność tego wspomnienia. Jednym z takich detali był mój niebieski, jednoczęściowy kombinezon,  w który Mama upychała mnie zanim wyszliśmy na dwór. Pamiętam, że szeleścił, miał biały zamek błyskawiczny i, że czułam się w nim nieporadnie, ale bardzo bezpiecznie. Kiedy przypominam sobie dzisiaj jego dokładny wygląd, stwierdzam, że był to ciuch prawdziwie hipsterski. Dokładnie pamiętam też swoje pierwsze sanki z oparciem. Wydawały mi się ogromne i naprawdę wspaniałe. Jazda w nich była wygodna i ekscytująca. Choć może się to wydawać dziwne, pamiętam też fragmenty trasy, którą przemierzyliśmy i co sobie wtedy myślałam. To właśnie tego dnia po raz pierwszy zobaczyłam piękno świata, który mnie otacza i poczułam prawdziwą nazwaną radość z życia. Oczywiście nie umiałam jeszcze przekazać tego mojemu Tacie, ale właśnie ten dzień, kiedy poszliśmy na mój pierwszy zimowy spacer, był dla mnie naprawdę wyjątkowy. W jakimś sensie zrozumiałam wtedy, że wszystko się dla mnie dopiero zaczyna. Po latach mogę poetycko powiedzieć, że w tamtej chwili moje życie przypominało właśnie ten błyszczący w słońcu, idealnie gładki, niczym nieskażony śnieg. Później przeżyłam jeszcze wiele takich śnieżnych spacerów, ale tylko kilka z nich zapadło mi tak głęboko w pamięć i miało dla mnie aż takie znaczenie. Dziś prawie trzydzieści lat później po raz kolejny wróciłam do wspomnienia, które jest ze mną od zawsze. Wróciłam do niego dzięki dzisiejszemu zimowemu spacerowi.

20170106_140518Prawie wszyscy mamy teraz chwilę wolnego czasu. Jeżeli dzisiaj Wam się nie udało, to jutro koniecznie wybierzcie się na Wasz zimowy spacer. Przywołajcie wspomnienia. Weźcie ze sobą przyjaciół i rodzinę. Ulepcie bałwana, zróbcie orła, porzucajcie się śnieżkami. Odkryjcie w sobie dziecko. Zacznijcie wszystko od nowa! Jak to mówią w „Hameryce”: Nowy rok-nowy Ty! Paradoksalnie czasami sentymentalne spojrzenie w przeszłość, pozwala zbudować lepszą i o wiele szczęśliwszą przyszłość. Najważniejsze jest to, żeby zrobić coś dla siebie i choć przez chwilę się zatrzymać, żeby po raz kolejny dostrzec i przypomnieć sobie piękno otaczającego nas świata.

20170106_134449

Zgnilizna jesienna czyli jak pokonać siebie

Obrazek

img_7451-male
Tyle było gadania i zapewniania, że teraz to już tylko mobilizacja, że ogólnie „dawaj dawaj” i, że zarazimy Was optymizmem i chęcią do działania na jesień. Ostatecznie jak zapewne zauważyliście wypadło to raczej słabo….albo nawet dogłębnie żenująco. Okazałyśmy się foliowymi worami w najbardziej klasycznym tego określenia wydaniu. Pomimo szczerych chęci (którymi to wiadomo co jest wybrukowane), jesień przygniotła nas swoim ciężkim, szarym i obleśnie mokrym cielskiem do ubłoconej gleby. Uwaliła się na nas i za nic nie chciała podnieść upapranego liśćmi dupska. W związku z tym, że wyszło jak wyszło, postanowiłyśmy że powiemy Wam jak było, bez zbędnego koloryzowania. Nie będziemy mydlić Wam oczu dziadowskimi tekstami o tym jak to nie chciałyśmy pokazywać się publicznie bez kaloryferów na brzuchach i idealnie wyrzeźbionych łydek. Prawda jest taka, że przez ostatnie miesiące nasza aktywność fizyczna utrzymywała się na poziomie umiarkowanym albo niskim. Przez jakiś czas nawet jakoś szło (i mamy z tego okresu śmieszny reportaż, którym podzielimy się z Wami w najbliższym czasie). Później jednak dość nagle ograniczyłyśmy się do ćwiczeń w stylu: „nie wołaj windy, zejdę schodami !” O wchodzeniu po schodach oczywiście mowy być nie mogło. Czas mijał, jesień hulała, tłuszcz i zgnuśnienie narastało, a tym samym zaczęły zbliżać się Święta. Nie wiem jak Wy, ale ja mam w tym czasie tak zwane poluzowanie zaworków. Polega to na tym, że pozwalam sobie na rozpustę, którą zazwyczaj staram się ograniczać. Musicie przyznać, że okoliczności dobitnie nie sprzyjają trzymaniu się w ryzach diet i systematycznych ćwiczeń. Rok się kończy, dni coraz krótsze, mnóstwo przygotowań i obowiązków na głowie i znajdź tu człowieku siłę na machanie nóżkami i zaspokajanie głodu zdrową sałatką. Wszystkie odruchy atawistyczne zakorzenione w naszych organizmach podpowiadają nam, że to co widzimy za oknem powinno zachęcać nas raczej do wyhodowania na ciele ochronnej warstwy tłuszczu.  Oczywiście prawdziwi specjaliści z branży fitness z miejsca nazwaliby mnie psującym ich robotę zgnuśniałym ślimorem z piekła rodem, ale zakładamy przecież, że ten blog nie jest profesjonalny. Trudnimy się tutaj amatorszczyzną, która ma być dla Was i dla nas zabawą i pewnego rodzaju luźną terapią (z elementami terapii szokowej), pomagającą Wam znaleźć dla siebie coś co zachęci Was do działania…i nie mówię tu tylko o działaniu związanym z uprawianiem sportu. Pozwolę sobie w tym miejscu sięgnąć kilka dobrych lat wstecz i opowiedzieć Wam jak wyglądała moja postawa w różnego rodzaju szkołach. Generalnie jak pewnie większość z Was, szczerze i z głębi serca nienawidziłam się uczyć. Godziny spędzone nad książkami były dla mnie tak bolesne, że często z niemocy i umęczenia brnęłam przez różnego rodzaju podręczniki leżąc na dywanie, lub po prostu w łóżku. Prawie zawsze musiałam zarywać sporą część nocy, bo niemal za każdym razem zaczynałam naukę do ważnych egzaminów i sprawdzianów odrobinę zbyt późno. Kiedy dowiadywałam się o planowanym terminie takiego egzaminu, ustalałam sobie datę, kiedy rozpocznę naukę. Do tego dnia stosowałam wyżej wymienioną metodę poluzowania zaworków. Robiłam wszystko żeby nie myśleć o nauce i się wyluzować. Wiedziałam, że na stres i wysiłek przyjdzie jeszcze czas. Kiedy ustalony przeze mnie termin rozpoczęcia nauki nadchodził zwierałam szyki i oczywiście wyjąc z rozpaczy w pełni poświęcałam się zakuwaniu. Metoda ta, pomimo, że budziła wiele kontrowersji u moich rodziców, prawie nigdy mnie nie zawodziła. Nie chcę tu drażnić Was gadką z cyklu jaka to byłam sprytna i zdolna. Chcę Wam tylko powiedzieć, że w życiu można i nawet trzeba czasem mieć wylane. Oczywiście, jeżeli ma się świadomość, że kiedyś ten czas luzowania się skończy.  Podobną metodę mam zamiar zastosować teraz. Po czasie Świąteczno-Sylwestrowej rozpusty czas zewrzeć szyki i wrócić do diety , na siłownię i generalnie zacząć chwytać życie pełnymi garściami! Do dzieła moi drodzy! Razem zdobędziemy Nowy Rok! Mam tylko nadzieję, że te ćwiczenia i nie tylko, będą nieco przyjemniejsze niż nauka…