Opowiastka o fachowcach!

Dziś na tapetę pójdzie niezwykle barwna grupa zawodowa, jaką niewątpliwie stanowią wszelkiej maści fachowcy. Z racji wykonywanego zawodu (jestem architektem), mam z nimi do czynienia dosyć często i muszę stwierdzić, że są to w tej chwili jedni z najbardziej rozchwytywanych ludzi w Polsce. Niezależnie od tego czy potrzebujemy stolarza, tynkarza, brukarza, telepajęczarza czy hydraulika, musimy zazwyczaj dosyć mocno się napocić, żeby zostać wpisanym do ich nabitego zleceniami grafiku. Mam czasem wrażenie, że sytuacja jest trochę podobna do tego z czym musimy się zmierzyć przy rejestracji u lekarza.

Wyobraźcie sobie, że stoicie po kostki w wodzie przy przeciekającym sraczu i patrzycie jak Wasz wyłożony dębowym drewnem przedpokój powolutku tonie w kiblowej wodzie. Tymczasem po drugiej stronie słuchawki ktoś lekko zachrypniętym głosem mówi Wam, że:

– „Pani/Panie w tym miesiącu, to się ni da!”!

Mam wrażenie, że ból istnienia jaki się wtedy czuje ma dosyć dużo wspólnego z uczuciem jakie towarzyszy nam podczas nieudanych prób zapisania się do jakiegokolwiek lekarza. Dzwonimy gdzieś z problemem zdrowotnym, ale jedyne co udaje nam się usłyszeć, to głos lekko zirytowanej pani zwracającej się do nas tymi oto słowy:

-„Tak wiem, że od trzech tygodni wysmarkuje pani kawałki mózgu, ale najbliższy wolny termin do doktora Iksińskiego mamy na 2388 rok. Zapisać?”

Kiedy po ciężkich bojach uda nam się wreszcie umówić z odpowiednim fachowcem, nadchodzi bardzo newralgiczny moment związany z wpuszczeniem go do mieszkania, czy też na budowę. Możemy na tym etapie wyróżnić trzy rodzaje specjalistów:

Pierwszy to tak zwany Speedy Gonzalez lub jak kto woli śliczny Misterof America, który pojawia się i znika. Wypadasz z roboty godzinę wcześniej żeby otworzyć mu drzwi. Biegiem lecisz do samochodu. Przepychasz się przez korki kurwiąc niczym Mała Ania z Warsaw Shore. Gubisz po drodze czapkę, szalik, lewy but i godność, ale złośliwy los i tak sprawia, że jesteś na miejscu minutkę po czasie. Czekasz nerwowo przez najbliższe 15 minut i wreszcie wykonujesz nieśmiały telefon. Zdziwiony głos w słuchawce odpowiada:

– „Pani/Panie przecież ja byłem dzisiaj u Pani/Pana punktualnie, ale nikogo nie zastałem! Następny wolny termin będę miał za trzy miesiące! Tera to się ni da!”.

Ciemność pojawia Ci się przed oczami, padasz z impetem na niewykończoną posadzkę i rozbijasz sobie łeb o wylewkę betonową. Tak kończysz swój mizerny żywot, a Twoje wysuszone ciało pozbawione lewego buta, zostaje po trzech miesiącach odkryte przez ekipę remontową Speedy Budimex!

Drugi typ fachowców to tak zwane Skowronki, czyli panowie którzy chcą zaczynać robotę o 7.00 rano. Kiedy po długich negocjacjach udaje Ci się przesunąć ich na 7.30, czujesz się jak mistrz perswazji. Kładąc się spać nastawiasz sobie budzik na godzinę 7.00 i z poczuciem sporego zapasu czasu udajesz się w objęcia Morfeusza. Nie muszę mówić jak wielkie jest Twoje zdziwienie kiedy o godzinie 6.40 budzi Cię rozszalały dzwonek do drzwi. Wypadasz z pościeli w rozchełstanej piżamie i pędzisz przed siebie gdzie nogi poniosą. Zanim zorientujesz się co się właściwie dzieje, masz już skręconą kostkę, wbitego w tyłek kaktusa i oko podbite drzwiami od szafy.

Trzecia grupa to tak zwani Podróżnicy. Umawiasz się z nimi na konkretny czas rozpoczęcia pracy, ale dwie godziny po jego upłynięciu ciągle ich nie ma. Z niepokojem w sercu wykonujesz telefon i dowiadujesz się, że panowie wciąż są w drodze. Po następnych trzech godzinach uświadamiasz sobie, że prawdopodobnie pojechali drogą przez Radom i spokojnie rozścielasz sobie karimatę i wyciągasz z kieszeni przygotowaną na czarną godzinę puszkę fasoli. (Jeżeli mieszkacie w Radoniu, wtedy zapewne okaże się, że panowie wybrali objazd przez Szczecin).

Nie muszę mówić jak wielkie szczęście towarzyszy człowiekowi, któremu nareszcie uda się wpuścić do mieszkania długo wyczekiwanych fachowców! Ekipa wchodzi do pomieszczenia. Z poważną miną ogląda wszystko dookoła. Błogość otula nasz umysł i ciało. Wiemy już, że jesteśmy w dobrych rękach… i wtedy pada odwieczne pytanie:

-Pani/Panie! A kto to Pani/Panu tak spierdolił?!

MMA i cała prawda o hejcie na „Dżoanę”

W zeszłą sobotę Joanna Jędrzejczyk straciła pas mistrzowski  UFC  (Ultimate Fighting Championship) w kategorii słomkowej i wszystkim odjebało! Kurz po walce nie zdążył jeszcze dobrze opaść, a już w Internecie posypały się obelżywe uwagi. Ja rozumiem, że takie sytuacje generalnie są frustrujące i każdy woli jak zawodniczka, której kibicuje, albo na którą postawił kasę w jakimś przygłupim zakładzie wygrywa. No ale czy naprawdę jej przegrana musiała wywołać u niektórych aż taki ból dupy? Rozumiem, że jej zachowanie przed walką mogło być delikatnie mówiąc irytujące i myślę, że gdybym znalazła się na jej miejscu, wolała bym przyjąć postawę obojętno-zlewczą, rewelacyjnie prezentowaną przez jej przeciwniczkę i pogromczynię Rose Namajunas.

Musimy jednak pamiętać, że zachowanie zawodników przed walką, jest pewnego rodzaju kreacją. To, że bokser czy wojownik MMA wykrzykuje na konferencji prasowej do swojego przeciwnika, że podczas walki wetknie mu pięść do tyłka i policzy żebra, nie oznacza wcale, że coś takiego wykona. Pamiętajmy, że widowiska tego typu karmią się nakręcaniem naszych emocji. Wyobraźmy sobie jakim zainteresowaniem mogła by się cieszyć gala któregokolwiek sportu walki, gdyby występujący na niej zawodnicy, na kilka miesięcy przed starciem zaczęli wymieniać się uprzejmościami i drobnymi podarunkami przekazywanymi za pośrednictwem żon i trenerów. Do tego wszystkiego, co kilka dni byli byśmy bombardowani filmikami z kolejnych konferencji prasowych, na których Pudzian wyrecytował dla Materli wierszyk, a Szpilka wręczył Zimnochowi zrobionego na drutach łabądka. Myślę, że kasa zarobiona na PPV mogła by wtedy oscylować w granicach kwoty potrzebnej do zakupu rozjebanego Cinquecento.  Musimy zrozumieć, że nakręcanie niechęci pomiędzy ludźmi mającymi za jakiś czas oklepać sobie mordy jest absolutnie koniecznym zabiegiem medialnym, nawet jeżeli wydaję się to nam niegodziwe. Tym bardziej w kraju, w którym jednym z ulubionych sportów narodowych jest tak zwany wrestling Amerykański, czyli cyrk który z prawdziwą walką ma mniej więcej tyle wspólnego co sokowirówka z Owczarkiem Alzackim (czyli raczej niewiele). Możemy być zatem pewni, że z lekka wkurwiające zachowanie naszej Mistrzyni przed walką, miało wiele wspólnego z kontraktem, który zawarła ze swoim chlebodawcą.

Idąc tokiem rozumowania pana Kawulskiego z KSW, który kilka dni temu wypowiedział się na temat hejtu wylanego na Dżoanę, należy zadać sobie pytanie, dlaczego nie wspieramy jej jako zawodniczki reprezentującej nasz kraj? Dla porównania Irladczyk Conor McGregor, może latać po scenie w majtach i mokasynach w panterkę i wykrzykiwać jakieś bełkotliwe obraźliwe bzdury, a i tak ma za sobą mur rudawych kibiców w zielonych koszulkach z koniczynką, którzy z wypiekami na twarzy i miłością w sercach przyjmują zarówno jego zwycięstwa jak i porażki. Nie zraża ich nawet jego fryzura „na niedorozwiniętego mormona” ani garnitur z wyszytymi zamiast prążków miniaturowymi bluzgami. Kochają go i wspierają choćby skały srały. Dlaczego więc my jako naród nie potrafimy wspierać naszych mistrzów w zwycięstwie i porażce? Dlaczego wnoszona do oktagonu za Joanną Jędrzejczyk flaga, nie pomaga nam powstrzymać się od wylewania na nią nocnika? Zamiast cieszyć się z fantastycznych sportowych emocji, które możemy przeżywać dzięki ludziom takim jak ona, wytykamy im tysiące błędów i obrzucamy ekskrementami. Fakty są takie, że każdy cwaniaczek, który w ostatnich dniach napisał coś obleśnego o naszej Mistrzyni , nie wytrzymał by z nią w tym zachlastanym juchą oktagonie nawet 10 sekund.

Mam wielką przyjemność przyjaźnić się z kilkoma fantastycznymi osobami, które od wielu lat, mniej lub bardziej profesjonalnie trenują sporty walki. Wiem dzięki temu jak potrafi wyglądać człowiek, nawet po amatorskiej walce czy sparingu. Hektolitry wylanego potu, dziesiątki urazów, kontuzji i wiele momentów zwątpienia a nawet lęku stoi za każdym, kto poświęcił się takiej pasji. Pomyślmy więc sobie jak wiele musieli przezwyciężyć  ci, którzy potrafili przejść na profesjonalizm i dotrzeć na sam szczyt choć na chwilę. Zastanówmy się jak wiele ambicji, odwagi, siły i samozaparcia miała ta drobna dziewczyna z Olsztyna, której udało się zawojować świat. Pomimo porażki wierzę, że wróci silniejsza i udowodni wszystkim jak bardzo się mylili.

Czy to jest sztuka? Czy g…?

Zdjęcie pochodzi z: http://joemonster.org/art/24658 (30.10.2017)

Dziś powiem Wam kilka słów o moich odczuciach związanych z pewnym odłamem sztuki współczesnej, który na potrzeby tego wpisu nazwałam roboczo „O.O.O.” , czyli Obleśne Obrazoburcze Ohydztwo. Nazwa wydaję się być słuszna tym bardziej, że w sumie jedyne co można powiedzieć na widok eksponatów łapiących się w zakres „sztuki” „O.O.O.” to : „Ooo kurwa!” Żeby po krótce zobrazować Wam o co tu właściwie chodzi, przedstawię kilka flagowych klasyków gatunku. Przygotujcie sobie Rapaholin, setkę wódki oraz brudną miskę i jedziemy!

Na pierwszy ogień pójdzie zatrważająco obrzydliwe „dzieło” Brytyjskiego artysty Damiena Hirsta pod niezwykle enigmatycznym tytułem „Zjedzmy dziś na dworze”.  Ta dziwaczna instalacja to szklany kubik, do którego Hirst wstawił plastikowy stół i krzesła. Obok znalazł się także grill z kawałkami surowego mięcha. Na talerzach ułożone zostały resztki jedzenia. „Dzieła” dopełniały otwarte butelki z różnego rodzaju napojami wyskokowymi. Cała ta urocza instalacja miała posłużyć jako wypasiona uczta dla kilku tysięcy muszych larw (a później już zupełnie dojrzałych, mogących legalnie pić alkohol much) zamkniętych w kubiku. Za pomocą tego odstręczającego bałaganu, autor chciał pokazać cykl życia od narodzin aż do śmierci. Niestety śmierć w tym wypadku nie była naturalna, ponieważ nad stołem przebiegły artysta umieścił lampę owadobójczą. Jestem prawie pewna, że jakiś pasjonat „sztuki” zostawił w muzeum kamerkę celem nagrania pełnego cyklu muszej egzystencji i teraz z wypiekami na policzkach ogląda to syfiaste przedsiewziecie na ekranie 60 calowego telewizora. Mam szczerą nadzieję, że obok tego genialnego „dzieła” znalazło się też miejsce na elegancki stojak z woreczkami na wymiociny.

Zdjęcie pochodzi z: http://joemonster.org/art/24658 (30.10.2017)

Niezwykle dziwacznym „dziełem” zaliczającym się do klasyki gatunku O.O.O. jest też „Dywan z Hitlera”, którego autorem jest Izraelski artysta Boaz Arad. Pozwolę sobie abstrahować od oczywistego związku pomiędzy narodowością autora i tematyką pracy. Myślę, że większość ludzi na świecie, niezależnie od tego skąd pochodzą, poczuło by pewnego rodzaju satysfakcję wiedząc, że najsłynniejszy Austriacki akwarelista skończył, no cóż…jako czyjś dywan, albo wycieraczka do upieprzonych kaloszy. Nie zmienia to jednak faktu, że to gumowe ścierwo nieuchronnie zalicza się do grupy dzieł, stworzonych delikatnie mówiąc na siłę. Ani to ładne, ani przekaz nie jest zbyt głęboki. Podobnie jak w przypadku obleśnej uczty dla much, mamy tu do czynienia z czymś co ma nas zmusić do wypowiedzenia jedynych adekwatnych w tym wypadku słów, które przytoczyłam wyżej. Skoro artysta chciał poruszać się w ramach sztuki użytkowej, to myślę, że o wiele bardziej utylitarnym pomyslem było by zaprojektowanie linii pisuarów z nadrukowaną na nich (w miejscu muchy) otwartą paszczą Adolfika.

A rug in the form of a „skinned” Adolf Hitler is put on display at Israeli artist Boaz Arad’s exhibition „VoozVooz” at the Centre for Contemporary Art in Tel Aviv February 20, 2007. REUTERS/Gil Cohen Magen (ISRAEL)

Zdjęcie pochodzi z http://art.blox.pl/2007/02/Dywan-z-Hitlera.html (30.10.2017)

W żenujący klimacik wpisują się też niestety nasze rodzime „dzieła”. Genitalia na krzyżu, piramida zwierząt, które autorka własnoręcznie wytypowała do uśpienia i wypchania, czy też obóz koncentracyjny z klocków LEGO, to z całą pewnoscią wielka gówniana rysa na Polskiej sztuce współczesnej. Prawda jest taka, że nie są to rzeczy ani szokujące ani zmuszające do jakiejkolwiek refleksji czy zadumy. Moim skromnym zdaniem są one po prostu okrutne i skrajnie głupie. Celowo nie wymienię tu autorów, tych idiotycznych instalacji żeby nie robić zdziwaczałym ludziom niepotrzebnej reklamy. W podobny odłam O.O.O. wpisuje się także Amerykanin Andreas Serrano i jego obrazoburcze fotografie przedstawiające krucyfiks zatopiony w różnych substancjach, w tym między innymi w jego własnym moczu. Choć autor twierdzi, że przesłaniem zdjęć miało być zwrócenie uwagi na przesadne komercjalizowanie symboli religijnych we współczesnej kulturze, to oczywistym wydaje się fakt, że pieprzy jak potłuczony. Ostatnie dwie lub trzy dekady, to wylęgarnia osobników pozbawionych weny lub talentu (lub jednego i drugiego), którzy zamiast ruszyć mózgiem i zrobić coś ważnego i godnego uwagi, próbują z uporem maniaka wyjechać na bezczeszczeniu Chrześcijańskich symboli religijnych, albo czepiać się tematów uznanych przez opinię publiczną za delikatne. Swoją drogą zastanawiający jest fakt, dlaczego przyczepili się akurat do tej religii? Pytanie jest oczywiscie retoryczne. Nie trzeba na nie odpowiadać.

Zdjęcie pochodzi z: http://antyweb.pl/na-sztuce-sie-nie-znam-to-sie-wypowiem/ (30.10.2017)

Jadąc dalej wspomnieć trzeba o różnego rodzaju instalacjach artystycznych w stylu skundlonej, obfajdanej kołdry ciepniętej na zardzewiałe szpitalne łóżko, pękniętej opony położonej na manekinie bez głowy, za to z wbitym w tyłek śrubokrętem, albo lalki zawieszonej za nogę na łuszczącej się z farby ramie okiennej. Przyznam się, że powyższe trzy przykłady pozwoliłam sobie zmyślić, ale jestem prawie pewna, że jakaś szanująca się galeria sztuki współczesnej, ma teraz w swoich zbiorach „dzieło” bardzo zbliżone do tego co tu opisałam. Autentycznym eksponatem w podobnym klimacie jest za to krzesło z powbijanymi w siedzisko gwoździami. Rozumiem, że autor (lub autorka), ma pewne problemy z hemoroidami, jednak nie wiem czy jest to przekaz wystarczajacy, żeby wystawiać się w szanowanych galeriach sztuki. Na podobnym poziomie znajduje się także „Członkotron”, czyli nic innego jak fotel ozdobiony powyginanymi na wszystkie strony kutasikami. Urocze!

Zdjęcie pochodzi z: http://antyweb.pl/na-sztuce-sie-nie-znam-to-sie-wypowiem/ (30.10.2017)

Dożyliśmy czasów, w których prawdopodobnie najwyższym wyrazem artystycznego geniuszu było by zatrzymanie się na środku idealnie białej sali wystawienniczej, ściągnięcie gaci, delikatne przykucnięcie i postawienie klocka na błyszczącej posadzce z żywicy epoksydowej. Dopełnieniem dzieła mogło by być odspiewanie Marsylianki i zatknięcie w kupie maleńkiej chorągiewki z napisem „PRZEMOC”! Idąc tym tokiem rozumowania, nie ma co sie zastanawiać tylko w te pędy należy otwierać warsztat lepienia rzeźbek z gołębiego guana. Myślę, że gdybym zaczęła taką działalność, za kilka tygodni dostałabym telefon z Nowego Jorku z propozycją wernisażu. Może i rzeźbki z ptasiego gówna dość łatwo się rozpadają i śmierdzą opuszczonym poddaszem, ale przecież do jasnej cholery ile w tym sztuki! A ile delikatności!!! Nigdy nie zapomnę sytuacji sprzed kilku lat, kiedy dotarła do mnie sensacyjna wiadomość o tym, że studentka jednej z naszych rodzimych Akademii Sztuk Pięknych, postanowiła jako pracę dyplomową ukulać rzeźbę z własnych glutów! Jak wszyscy wiemy, wkład własny autora jest czynnikiem znacząco podnoszącym jakosć dzieła, jednak w tym przypadku śmiem twierdzić, że owa niewiasta zrozumiała to odrobinę zbyt dosłownie.

Na koniec chcę Wam powiedzieć, że istnieją jeszcze na tym świecie artyści, którzy robią rzeczy naprawdę wartościowe i godne uwagi, a ich sztuka ma fajny przekaz i co ważne jest miła dla oka. Wklejam Wam linki do ich stron. Żeby było siekawiej wybrałam artystów lokalnych! Enjoy:

MALARSTWO:

  1. Andrzej Umiastowski: http://umiastowski.pl/
  2. Krzysztof Syruć: http://cargocollective.com/syruc
  3. Łukasz Fruczek: http://fruczek.wixsite.com/lukasz-fruczek/miniaturesa
  4. Mikołaj Harmoza: http://mikolaj.harmoza.pl/index.php/top/o-mnie

RZEŹBA:

  1. Maria Teresa Kuczyńska: http://mihurybi.website.pl/majka/kuczyn3.html
  2. Tomasz Radziewicz: https://www.artstation.com/tomekradziewicz

Profanujesz Symbole Narodowe?

Martwi mnie to, że tak wielu ludzi w Polsce nie szanuje symboli narodowych. Dożyliśmy bardzo dziwnych czasów. Znaleźliśmy się w realiach, w których granica pomiędzy tym co wypada, a tym czego nie wypada robić z dziedzictwem, które otrzymaliśmy od naszych przodków, została dość mocno zatarta. Zadziwiający i zatrważający jest dla mnie fakt, „ozdabiania” niemal każdego kawałka byle jakiej szmaty, symbolami niosącymi za sobą bohaterstwo i martyrologię Narodu Polskiego. Osłupiająca jest też bezmyślność i infantylny optymizm ludzi ze spranymi jak stare gacie mózgami, lecących za tym trendem jak muchy do spoconej pachy. Choć kilka osób w Internecie (i nie tylko) podnosiło już tę kwestię, to jednak moim zdaniem temat powinien być nagłośniony nieco bardziej. Zanim przejdę do meritum mam apel, aby nie rozpętywać gównoburzy bez doczytania tego wpisu do końca! Dziękuję.

Jeżeli to czytasz, to prawdopodobnie jesteś patriotą. Ja też jestem patriotką. Kocham ten kraj i do szpiku kości szanuje jego historię. Napawa mnie prawdziwa duma, gdy widzę defilujące Wojsko Polskie i łza kręci mi się w oku kiedy śpiewam Mazurka Dąbrowskiego albo oglądam wywiady z ostatnimi żyjącymi Powstańcami Warszawskimi. Zawsze gdy na nich patrzę, myślę sobie że to nie ludzie, lecz obdarzone nadludzką odwagą anioły, zesłanie na ziemię w szatańskich czasach, żeby nas bronić i dać kolejnym pokoleniom przykład jak należy żyć w chwili, gdy jedyną opcją jest śmierć. Mam w swojej rodzinie troje Warszawskich Powstańców i jeszcze kilku członków AK, którzy walczyli w innych rejonach Polski. Dane mi było rozmawiać w cztery oczy z ludźmi którzy przeżyli piekło wojny i ból porażki związanej z niemal 50-letnią okupacją Związku Radzieckiego w naszym kraju. Między innymi dlatego tak bardzo drastyczne wydaje mi się to, co jest dziś robione z symbolami, które nierozerwalnie złączone są z największymi cnotami i wartościami jakie posiada Polska. Dlaczego nawet tak ważna i wspaniała idea jaką jest patriotyzm, musi być dziś sprowadzana do poziomu syfiastego popkulturowego szamba?

Czy naprawdę wydziaranie sobie tuż nad dupą Godła Rzeczypospolitej Polskiej, jest oznaką przywiązania do wartości narodowych? Czy późniejsze prezentowanie tegoż godła w zestawieniu z koronkowymi majtami, białymi kozakami i silikonowymi balonami można traktować jako normalny przejaw patriotyzmu? Czy kupowanie slipów z nadrukowanym tuż koło jajec symbolem Polski Walczącej na serio jest w porządku? A może fajnym pomysłem jest tatuowanie sobie tego symbolu na łydzie, mając na drugiej nodze portret komunisty Che Guevary? Czy zamęczona przez nazistów w KL Auschwitz Anna Smoleńska – 23 letnia autorka znaku słynnej „Kotwicy”, była by zadowolona z takiego obrotu spraw? A może spodobało by jej się domalowywanie zaprojektowanemu przez nią symbolowi sutków i przekształcanie litery „W”  w zwyczajne ordynarne cycki? Czy może wreszcie stringi z Herbem Polski umiejscowionym nad rowkiem to naprawdę pozytywny przełom w branży bieliźniarskiej? Odpowiedzi na te pytania wydają się dosyć oczywiste, ale niestety nie dla wszystkich. Jak widać gacie i zrobione w głupich miejscach tatuaże o tematyce patriotycznej są w dzisiejszych czasach na fali wznoszącej.

Kolejną kwestią są różnego rodzaju koszulki i bluzy przyozdobione najważniejszymi symbolami narodowymi. Uważam, że manifestowanie swojego patriotyzmu w taki sposób niemal każdego dnia, jest trochę jak modlitwa na pokaz. Najwyraźniej jednak chęć codziennego pokazywania swojej dumy narodowej jest dziś dla wielu osób bardzo ważna. Choć mam do tego nieco inne podejście,nie będę tego hejtować. W ostatecznym rozrachunku takie odruchy są raczej przejawem bardziej pozytywnym niż negatywnym. Sama w czasie różnego rodzaju międzynarodowych imprez sportowych zakładam koszulkę z orłem na piersi. Uważam ją jednak za pewnego rodzaju ubiór odświętny. Nosząc ją, staram się nie wylewać nie siebie browara, nie wdawać się w niepotrzebne szarpaniny, ani nie zasnąć w krzakach. Kluczem do sprawy jest tutaj właśnie to, jak się będziemy w takim stroju zachowywali. Osobiście uważam, że nie jest to ubranie odpowiednie do usuwania gnojowicy, chlania na umór, wdawania się w mordobicie na festynie ani defekacji w miejscu publicznym. Generalnie jako osoby dumne ze swojej przynależności narodowej powinniśmy nosząc odzież patriotyczną zachowywać się jak mali bohaterowie. Pomagać staruszkom na przejściu dla pieszych. Ściągać kota sąsiadki z drzewa. Być uprzejmym dla ludzi na ulicy i w tramwaju. Bronić słabszych przed atakami dręczących ich palantów. Generalnie pomagać bliźnim w różnego rodzaju drobnych codziennych sprawach i być dla nich miłym i uprzejmym. Niby to nic takiego, ale jeżeli z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie zachowywać się sympatycznie i pomocnie, (na przykład dlatego, że ludzie nas wkurwiają) postarajmy się przynajmniej nie postępować wrednie, żałośnie i obleśnie. Postawmy za to na wyważoną neutralność.

Na koniec muszę wspomnieć o dość mocno rozpowszechnionym ostatnio zwyczaju bazgrania sprayami i różnego rodzaju gównianymi markerami po Fladze państwowej. Czy przekaz w stylu „Radom z Wami”, „Sosnowiec Wita”, „Pszczyna Pamiętamy”, „Dziękujemy Adam” albo „Sto lat Panie Zdzisławie” naprawdę jest godzien tego, by „przyozdabiać” nim Flagę Polski? Czy nie można bzdur tego typu gryzmolić na zwykłym kawałku białego płótna albo kartonu? Po co mieszać flagę w tego typu pierdoły? O ile mi wiadomo są nawet w naszym kraju jakieś paragrafy za mazanie po fladze. Mimo to ludzie ciągle to robią! Dość!
Kończąc chce Wam po prostu powiedzieć, żebyśmy wszyscy starali się nieco bardziej dbać o symbole narodowe i nie używać ich nadaremno. Szanujmy przekaz emocjonalny jaki się z nimi wiąże i pamięć o ludziach, którzy niejednokrotnie tracili życie w walce o nasz kraj i naszą przyszłość. Pamiętajmy, że Flaga Narodowa i Godło Rzeczypospolitej Polskiej to nasze wspólne dobro narodowe i, że wolność którą symbolizują, może nie być nam dana na zawsze. Tym bardziej starajmy się jako Polacy szanować nasze najważniejsze symbole, aby tym samym dawać przykład i wzbudzać szacunek u innych.
Podaję Wam jeszcze linki do filmików, które uzupełnią mój wpis:

O symbolu Polski Walczącej i o tym jak go „używać”:

O tym jak Amerykanie traktują swoją flagę państwową:

Na koniec materiały źródłowe, z których pochodzą zdjęcia użyte w kolażu:

1.http://www.newsweek.pl/polska/polka-walczaca-na-czarnym-protescie-sprawa-zajmie-sie-prokuratura-,artykuly,398285,1.html

2. http://odbudowarp.pl/moda-na-patriotyzm-obrzydliwe-naduzywanie-symboli-narodowych/

3. http://tttaaatttooosss.blogspot.com/2013/08/tatuaz-orze-patriotyczny-tatuaz-dla.html
4. https://kwejk.pl/przegladaj/2944955/0/najlepsze-dziela-januszy-tatuazu.html
5. koszulki-patriotyczne.cupsell.pl/produkt/215407-stringi-z-herbem.html
6. http://demotywatory.pl/4676155/Koles-ma-o-jedna-noge-za-duzo

Śledź, wino i pianino. Czyli gdzie się podziały tamte prywatki?

Sądzę, że spora część z Was chce czasem rozerwać się „na mieście”. W ostatnich latach powstało wiele nowych, modnych i niezwykle lansiarskich przybytków. Absolutnie fantastyczne są naszym zdaniem dzienne kawiarnie, restauracyjki, lanchownie i inne designersko wyposażone miejsca o zadziwiająco prostych, ale jakże mózgo-wkrętnych nazwach. Oprócz chlebów i marmolad, cynamonów i śledzi, kromek i widelców, pojawiają się także nieco bardziej psychodeliczne nazwy, jak krew i wino czy też picze i pianino. Ta druga nazwa idealnie nadawała by się dla nocnego klubu w stylu Moulin Rouge, ale niestety została przez nas zmyślona. Jeżeli ktoś otwiera knajpę z eleganckim striptizem i szuka dobrej nazwy, to oczywiście zapraszamy do zapoznania się z zakładką „współpraca”. Podkreślamy, że striptiz musi być elegancki, bo tak zajebistej nazwy nie sprzedamy byle jakiej spelunie z wijącymi się na obłapionej rurze, bułgarskimi dziwusami w poprutych rajstopach. (Lubimy Bułgarię – przyp. red.) Wracając do wątku dziennych gustownych knajpeczek, warto napisać kilka słów o klienteli. We wszystkich tych miejscach przesiadują hipsterzy, ubrani równie smacznie jak jedzenie w nich serwowane. Towarzyszą im najczęściej nieziemsko zgrabne i tak samo elegancie długowłose niewiasty. Pomimo, że sałatka w większości tych lokali jest serwowana w słoiku zajumanym z piwnicy czyjejś 90-letniej sąsiadki, to jednak w byle jakim stroju tu nie wejdziesz. Na całe życie zapamiętamy sytuację, kiedy pojawiłyśmy się w jednym z takich miejsc w porozwlekanych na tyłkach i kolanach dresach ujebanych pyłem z budowy. Wstyd jaki wtedy przeżyłyśmy był znacznie większy niż ten, który czuje szóstoklasistka, gdy na WF-ie wypadnie jej ze stanika kwacz waty. Niby nikt nic nie mówił! Niby wszystko spoko, ale przyciągnęłyśmy wtedy na pewno znacznie więcej spojrzeń niż pieśniarka Lady Gaga w swojej sławetnej kreacji z padliny. Generalnie w lokalach tego typu, nawet tych o profilu wieczorno-nocnym, wszyscy siedzą sobie grzecznie z nienagannym makijażem i niewzruszoną brodą do samego rana, pamiętając przy tym żeby cały czas prezentować się idealnie. I tak sobie równo siedzą ci śliczni ludzie, w tych ładnych wnętrzach i nie dzieje się kompletnie nic! Nie zrozumcie nas źle – fakt, że pojawiły się w naszym kraju tak eleganckie i wysmakowane miejsca i, że chodzą do nich tak fajnie wylansowani ludzie jest ogólnie spoko! Problem polega na tym, że poza tym niewiele się już dzieje. Ogólnie w knajpach wieje nudą. Trudno znaleźć już gdziekolwiek ducha prawdziwej radosnej, niczym nie skrępowanej zabawy. Próżno dziś szukać szalonego klimatu dawnego sopockiego Sphinxa czy SPATiF-u. Niby obydwa lokale istnieją, ale nie ma już w nich tego ducha i energii co kiedyś. Nikt nie udaje się już w objęcia Morfeusza na przykurzonych kanapach dekadenckich przybytków. Nie istnieją już też właściwie miejsca, w których można poszaleć do muzyki nieco innej niż szajs puszczany w dużych klubach nocnych wyrwany żywcem z Wasaw Shore. Jest jakby idealnie, ale jak tu w takiej aurze się do cholery wyluzować? Zadania nie ułatwia też dosyć kontrowersyjna moda na dokumentowanie imprez przez nadwornych knajpianych fotografów. Siedzisz sobie spokojnie przy barze. Popijasz piwko, winko lub łiskacza, aż tu nagle: Bach! Fleszem po gałach! Zanim pozbierasz zęby z podłogi, wyjmiesz z tyłka rozbite szkło i wdrapiesz się z powrotem na stołek, jegomość znika w tłumie i nie jesteś już w stanie go namierzyć. Z resztą pewnie i tak było by to niemożliwe, bo dajemy głowę, że gościu nosi brodę drwala, rogowe okulary i czapkę z daszkiem w wisienki. Co rzecz jasna czyni go absolutnie nieodróżnialnym od reszty klienteli większości modnych lokali.

Pragniemy więc zadać pytanie: Gdzie się podziały czasy, w których każde indywiduum było na wagę złota i stanowiło cenny klocek do układanki twórczego i niepowtarzalnego szaleństwa jakim była trójmiejska „scena imprezowa”?. Gdzie tamte tańce, spontaniczność, wolność i różnorodność? Gdzie koloryt dawnych lokali? Na pewno wielu z Was pamięta jeszcze czasy, kiedy zwyczajnym obowiązkiem barmanów w wielu miejscach, było oprócz polewania drinków i dyskusji z klientami, spychanie z baru tyłków i nóg odzianych w kabaretki. Działanie to nie miało jednak bynajmniej charakteru napomnienia czy też stygmatyzacji. Chodziło tu tylko i wyłącznie o uzyskanie odrobiny miejsca na przygotowanie kolejnych napojów i przyjęcie zamówień. Bezcenne były też „występy” lokalnych artystów i performerów. Nieoceniony jest tutaj wkład słynnego Leona Dziemaszkiewicza, który nie zważając na charakter spotkania jakie akurat odbywało się w danym lokalu, zwykł dołączać do dyskusji ubrany w stringi z cekinami, kabaretki i boa z piór. Pewnego razu udało mu się zupełnie nieświadomie dołączyć, do toczącego się w sopockim SPATiF-ie, niezwykle ważnego biznesowego spotkania, które prawdopodobnie między innymi za jego sprawą wypadło nad wyraz pomyślnie. Gdzie czasy kiedy na miasto można było pójść w ciemno, bez żadnego umawiania, a i tak było wiadomo, że zawsze spotka się jakąś znajomą twarz? Gdzie atmosfera przesiąknięta historiami, bajaniem, wspominaniem i żywą twórczą dyskusją przy kielichu? Bez względu na to czy była to lampka wina w środku tygodnia, czy wymykające się spod kontroli szaleństwo do rana, to było to zawsze coś więcej niż tylko zwykłe pójście do pubu. Był to kontakt z człowiekiem, dobrą muzyka i fantastyczną dekadencką atmosferą bez silenia się na sztuczność i robienia zaplanowanego w każdym detalu, fikcyjnego wrażenia. Po takich wieczorach nawet potężny kac nie bolał tak bardzo, bo człowiek wiedział za co płaci.

Dziś nam tego brakuje i mamy nadzieję, że gdzieś są, albo powstaną miejsca, gdzie duch takiej zabawy jeszcze się tli. A jeśli choć kilka osób myśli podobnie jak my, to nie jesteśmy straceni! Jest nadzieja!

Jak nie dać się zmanipulować, czyli krótka historia o nienawiści

Nie wiem jak Wy, ale ja jestem coraz mocniej zadziwiona tym, co od jakiegoś czasu odpierdala się w naszym pięknym kraju. Muszę się Wam szczerze przyznać, że moje podejście do sytuacji, z którą przyszło nam się dzisiaj zmierzyć, zmieniało się kilkakrotnie na przestrzeni ostatnich lat. Przechodziłam etapy wściekłości, załamania, bezsilności i zobojętnienia, a później cykl ten powtarzał się od nowa.. i od nowa. W końcu po kilku latach walki z wiatrakami i samą sobą, postanowiłam odciąć się zupełnie od rzeczy, na które przecież i tak nie mam żadnego wpływu. Odcięcie to pozwoliło mi na złapanie niezbędnego dystansu i zrozumienie rzeczy, które wcześniej były dla mnie niejako ukryte. Liczę się z tym, że to co za chwilę napiszę może spotkać się falą krytyki i bluzgów. Mimo to postanowiłam przekazać Wam to, co od jakiegoś czasu leży mi na wątrobie. Temat podziałów, niedopatrzeń, manipulacji i niesprawiedliwości jakie mają miejsce w naszym kraju, jak również ich genezy, jest tak głęboki, że żeby chociaż musnąć jego powierzchnię, trzeba by prawdopodobnie napisać trzytomową powieść ze stustronicowym wstępem i epilogiem. Rzecz jasna na blogu nie jest możliwe, w związku z czym pragnę skupić się na pokłosiu tego, do czego całe to szambo pełne zaniechań, przedobrzeń, korupcji, oszustwa i skurwysyństwa doprowadziło nas-zwykłych obywateli tego kraju.
Dzieło naszej nieudolnej i przegnitej do szpiku kości „klasy politycznej” tworzone było w pocie czoła przez niemal trzydzieści lat. Nic więc dziwnego, że ów ohydny, nabrzmiały ropą czyrak, wewnątrz którego wszyscy żyjemy jest dla nich tak ważny i tak troskliwie pielęgnowany. Usilne starania osobników, często dysfunkcjonalnych, nie posiadających żadnych kompetencji, do tego aby zajmować jakiekolwiek ważne stanowiska państwowe, doprowadziły do eskalacji niczym sensownym nie umotywowanej nienawiści. Żadna z obecnie znajdujących się w naszym parlamencie (jak też i poza nim) formacji politycznych nie ma nam do zaoferowania niczego sensownego. Aby przykryć ten żałosny fakt, nauczyli się zbijać swój kapitał polityczny na nieustannym wsadzaniu kija w mrowisko i podburzaniu nas przeciwko sobie nawzajem. Jak mogliśmy pozwolić im aż tak bardzo się podzielić? Dlaczego od lat bezkrytycznie słuchamy tego, co wmawiają nam gadające głowy z jednej czy drugiej stacji telewizyjnej? Jak to możliwe, że jesteśmy jako naród aż tak podatni na podszepty i manipulacje tych żałosnych, spróchniałych, zakompleksionych dziadów? Dlaczego niemal w każdej rodzinie, toczą się spory na gruncie politycznym i światopoglądowym? Każdy z Was na pewno dobrze zna sytuację z takiej czy innej rodzinnej imprezki, na której na jednym końcu stołu należy sadzać ochlastaną na jeża neurotyczną ciotkę feministkę, a na drugim podśmiardującego naftaliną wuja narodowca z przyżółconym wąsem. Pomiędzy tym wszystkim musi się jeszcze znaleźć miejsce dla babci z koła różańcowego Radia Maryja i panseksualnego kuzyna w obciskających jajka musztardowych rurkach. Każdy patrzy na każdego z twarzą pełną napięcia i przeszukuje zakamarki mózgu celem znalezienia tematów jak najbardziej neutralnych. O pogodzie nie pogadasz, bo przecież u nas ciągle leje i jeszcze ktoś nieopatrznie wyciągnie temat parasolek, co odpali wuja narodowca! O jedzeniu też tak nie za bardzo, bo wyjdzie na to, że babcia sama gotowała, co przecież podkurwi ciotkę feministkę! W sumie kuzynka wzięła ślub i można by o tym…ale o miłości też tak średnio, bo przecież panseksualny kuzyn…i babcia! Jeżeli macie naprawdę dużego pecha, to na to wszystko wkroczy jeszcze Wasza mieszkająca za granicą siostra z nowym chłopakiem o dźwięcznie brzmiącym imieniu Khalid Mustafa i rozpieprzy i tak już nieźle dogorywającą atmosferę w pizdu!
Patrząc na to wszystko należy zadać sobie pytanie jak mogliśmy dać sobie TO zrobić? Dlaczego obcy głupi ludzie byli w stanie skłócić nie tylko sąsiadów czy przyjaciół, ale też całe rodziny? Przyznajcie się sami przed sobą ilu przyjaciół i bliskich straciliście tylko dlatego, że dowiedzieliście się, że głosowali na tego czy innego pajaca? Ilu z Was zostało wyrzuconych z czyichś fejsbukowych znajomych za poglądy polityczne? A ilu z Was samemu usuwało znajomych z tego samego powodu? Spójrzcie w głąb siebie i pomyślcie czy to wszystko naprawdę jest tego warte? Odpowiedzcie sobie na jedno proste pytanie: Czy gdyby byle żul spod budki z piwem, od lat regularnie zaczepiał Was na ulicy i przekonywał, że Wasza matka jest zdrajczynią i wrogiem narodu, tylko dlatego ,że dała 5 złotych jakiemuś drugiemu zaszczanemu żulowi, to znienawidzilibyście matkę? Czy może zasadzilibyście majaczącemu pijaczynie kopa w obfajdane dupsko i poszlibyście w swoją stronę? Tak samo jest właśnie z nami i tym co w tej chwili nam zrobiono. Wszyscy zostaliśmy zmanipulowani przez bandę zdziwaczałych, rządnych władzy żuli. Nasi politycy troszczą się o nas mniej więcej tak samo jak ten natrętny żul! Jedyną drogą żeby zakopać dzielący nas pełen nienawiści i uprzedzeń wąwóz, jest pokazanie tym wszystkim, którzy tak usilnie starają się nas dzielić, że mamy ich głęboko w dupie! Przestańmy nienawidzić się nawzajem. Każdy ma przecież prawo do własnego zdania. Nawet na najbardziej kontrowersyjne tematy. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy się z tym zdaniem obnosić, jak głupek wioskowy z wysypką i przy okazji nienawidzić ludzi, którzy naszych poglądów nie podzielają. Owszem, możemy dyskutować i starać się przekonywać innych do swoich racji, ale nie możemy pozwolić aby nas na siebie szczuto! Pokażmy wreszcie politykom wszystkich formacji, że jesteśmy razem! Tylko w ten sposób będziemy w stanie cokolwiek zmienić w tym kraju i uchronić siebie i swoich bliskich od tragedii, która niestety nieuchronnie się zbliża! Od lat jedziemy autobusem kierowanym przez bandę szaleńców bez uprawnień i tylko razem możemy ten autobus wyprowadzić na prostą!

Nie zostałam szafiarką!

Gdzie się podziały dobrze skrojone garnitury? Znawczynią mody nie jestem, ale razi mnie to, co niemal każdego dnia widzą moje oczęta. Wsiadam sobie ostatnio do windy z grupą trzech jegomości. Garniaki, teczki sratatata! Z nudów trochę się przyglądam. Panowie młodzi. Przedział gdzieś od 25 do 40 lat. Patrzę na ubranka i nie mogę wyostrzyć obrazu. Co prawda przez ciągłe gapienie się w różnego rodzaju monitory, sokolego wzroku nie mam. No ale do jasnej cholery! Mrużę gały, fokusuje… i nic! Dopiero po chwili dociera do mnie, że garnitury panów uszyte są z materiału z dość solidnym połyskiem! Toż to nie sylwester! Nawet nie studniówka! Pora też nie ta! Przecież to dzień blady! Poniedziałek! 9.00 rano w dodatku! No ale nic to….jadę sobie dalej. Połysk już zaakceptowałam, kiedy zauważam nogawki. A właściwie ich styk z butem. Jak jeden mąż wszystkie pory-sztuk trzy, za długaśne przynajmniej o kilka centymetrów! Wlecze się toto po glebie, więc błocko poprzyklejane z tyłu jak gówniana koronka. Do tego wszystkie szarawary za szerokie! Silnie poddane prawu grawitacji spadają z tyłka, że ho ho! Dwóch z trzech panów postanowiło je w związku z tym faktem opuścić poniżej pokaźnych gabarytów brzuszka, natomiast trzeci wpadł na pomysł aby solidnie ściągnąć je paskiem-aż pod pachami. Niby spoko. Przynajmniej w nerki ciepło. No ale jednak noszenie spodni pod pachami a’la Flap, łatwiej wybaczyć podstarzałemu wujkowi z chorym zwieraczem, niż facetowi w sile wieku. Do tego te marynarki. Dlaczego zawsze muszą być za szerokie w ramionach i za długie? Wygląda to trochę tak, jakby jegomość z braku laku owinął się pospiesznie plandeką na gnojowice. Warto też wspomnieć o butach. U wszystkich trzech panów występowało obuwie w stylu biurowy Rumcajs, z niezwykle długim, zwężanym, kwadratowym czubkiem, zawiniętym lekko do góry. O ile mnie pamięć nie myli, obuwie tego typu wyszło z mody gdzieś pomiędzy pojawieniem się komputera IBM 486, a szałem na zapinane z boku na guziki, podrabiane dresy adidasa. Nie czarujmy się. Buty tego typu są nie tylko paskudne, ale też niedobrze się starzeją, uwypuklając wszelkiego rodzaju haluksy i niedobory w urodzie stóp właściciela. Wspominałam już, że są paskudne? He he! No właśnie.

Jest też druga strona tego garniturowego medalu. W czasie przerwy w robocie wpadam sobie czasem do Starbucksa. Mam tam zazwyczaj do czynienia z rewią korpo mody, połączonej z lekko już moim zdaniem nadużywaną stylówką „na drwala”. Niby wszystko spoko. Hiper-turbo-wyrąbiście modnie! No ale jednak coś nie styka. Panowie w stylóweczce tego typu, wciśnięci są zazwyczaj w spodnie, jak to określam wyłącznie „do stania”. Wąskie jak słomka rurki, prawdopodobnie uniemożliwiają im przyjęcie jakiejkolwiek innej pozycji niż całkowicie wertykalna. Do tego portki te, są zazwyczaj zdecydowanie zbyt krótkie. Odsłaniając chude kostki właściciela obnażają, oczywiście celowy, brak skarpet. Rozumiem nawet trochę ten trend, ale latanie z gołymi łapami, czy zima, czy lato, wydaje mi się jednak odrobinkę głupie. Jak rozkraczy Ci się w śniegu Twój hipsterski wartburg z 1984 roku, to zobaczysz jaką moc ma para porządnych, wełnianych skarpet! Do tego te wąziuchne marynareczki z chusteczkami w kieszonce. Wiem!  Wiem! Ta chusteczka nazywa się poszetka i jest podobno piekielnie modna. W ostatnim czasie, szmatka ta ewoluowała z małej, niepozornej ozdóbki w kolorze podszewki, do gabarytów średniej wielkości ścierki-zazwyczaj w zajebiście krzykliwym kolorze, wywalonej z kieszeni marynary, niczym jęzor Panasewicza. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie doczekamy się mody, na flagi narodowe upychane w kieszeniach marynarek, które będą dumnie powiewały w kieszeniach polityków wszystkich frakcji, ugrupowań i odłamów. (W sumie chciałabym to zobaczyć).

Kończąć mój dzisiejszy wywód, chciałam Wam moi drodzy Panowie powiedzieć mniej wiecej tyle, że żeby dobrze wyglądać w garniturze trzeba trochę się postarać….ale zdecydowanie nie trzeba się starać za bardzo! Peace!

P.S. Fotki, których użyłam w dzisiejszym wpisie, Aga zrobiła w Paryżu i panowie na nich uwiecznieni wyglądają moim zdaniem całkiem fajnie! Choć niektórzy są ewidentnie zupełnie bez skarpet….

Szatan szos

Trochę jeżdżę samochodem. Śmiem twierdzić, że nie najgorzej. Od czasu do czasu zdarza mi się przejechać Europę wzdłuż lub wszerz. Nie obce są mi germańskie kilkupasmowe Autobahny, wypełnione po brzegi kosmicznymi furami. Nawet tam gdzie nie ma żadnych ograniczeń prędkości i można jechać „ile fabryka dała”, czuję się spokojnie i jak najbardziej na miejscu. Nie mam spiny na alpejskich wąskich drogach wyrytych w skale nad przepaścią, ani na zadupiastych bezdrożach południa Europy. Problem pojawia się kiedy przejeżdżam obok tabliczki z napisem: „Granica Państwa, Rzeczpospolita Polska”. Przyzwyczajona do w miarę płynnego i generalnie przewidywalnego  tempa jazdy, śmigam sobie trochę prawym, a trochę lewym pasem, kogoś tam co jakiś czas wyprzedzając. Muza sączy się z głośników, a ja popijam zimnego red bulla. Wstążka asfaltu przyjemnie znika pod maską. Wyprzedzam kolejnego TIR-a, leniwie spoglądam w lusterko i widzę wijącą się za mną autostradę. Po sekundzie drugi raz leniwie spoglądam w lusterko… a tu nagle …KURWA ZAWAŁ!!!!! Okazuje się, że na tylnym siedzeniu mojej fury siedzi jakiś Sebix w drucianych okularach!!! Po pierwsze, nie przypominam sobie żebym brała autostopowicza, a po drugie, dlaczego do jasnej cholery ten autostopowicz dzierży w łapach kierownicę?! Mija jeszcze jakiś ułamek sekundy zanim zdążę zakminić, że Sebix siedzi w rakiecie przyklejonej do mojego tyłka i napiera jak domestos w sraczu-z siłą wodospadu! Rozumiem, że muszę ratować się ucieczką na prawy pas!  Sytuacja najwyraźniej jest wyjątkowa! Wyprzedzam więc kolejnych 15 TIR-ów i w tempie błyskawicy, ocierając się o śmierć, ląduje na prawym. Spoglądam w lewo…a tam: Z prędkością 260km/h mija mnie rozgrzana do czerwoności , zrywająca się do lotu Škoda Fabia! Zdążę jeszcze tylko dostrzec trzepoczące na wietrze, przyklejone do tylnej szyby przeciwsłoneczne makatki z różowymi księżniczkami oraz pół zachlastanej błockiem piłeczki tenisowej nadzianej na hak holowniczy i obiekt znika z pola widzenia. Jestem pewna, że gdyby policzyć średnią prędkość z jaką poruszają się samochody w Polsce, z podziałem na marki, wyszło by, że najwięksi zapierdalacze to samochody marki Škoda. Naprawdę nie kumam dlaczego BOR gniecie się w tych mułowatych dziadowozach ze skrzypiącymi beżowymi skórami i wieśniackim drewnem na desce rozdzielczej. Wydaje mi się, że gdyby zainwestowali we flotę złożoną z Octavii, byli by najskuteczniejszą służbą świata! Tak czy owak….moja podróż trwa dalej. Wjeżdżam na autostradę A1. Próbuję wyprzedzać i nagle zostaje zdmuchnięta prosto pod koła kampera na holenderskich rejestracjach. Spoglądam w lewo i widzę jak mija mnie biały, lekko przerdzewiały van, pełen słusznej postury gentlemanów . Patrzę na blachy i widzę GKA! Wiem, że jestem już w domu.

Jesienna nostalgia, czyli jak spojrzeć w ciemność z podniesioną głową

Jest taki czas w roku, kiedy pozornie wszystko się kończy. Lato mija, a dni stają się coraz krótsze. Żuki i pająki wciskają swe chitynowe odwłoki do naszych domów i mieszkań. Jeże siedzą osowiałe w krzakach, czekając posępnie na liście opadające z drzew. Choć nikt nie zwraca na to uwagi, mogę Was zapewnić, że w ich bystrych, czarnych oczkach czai się jakaś nie ogarnięta jeżym umysłem nostalgia. Mój otyły kot „latyfundysta”  z coraz mniej skrywanym zniechęceniem dogląda swoich włości. Kiedy wypuszczam go na dwór, patrzy na mnie tymi wielkimi żółtymi oczami i nerwowo strzyże wibrysami. Jestem prawie pewna, że nie widział nigdy Shreka, ani tym bardziej Kota w Butach, ale na swój własny koci sposób wie jak przekazać mi fakt, że wcale nie jest pozbawiony uczuć wyższych. Wręcz przeciwnie, przez ułamek sekundy wydaje mi się, że to ja, zagoniona w swoim codziennym pędzie, jestem tych uczuć pozbawiona. Nawet komarzyce, które jeszcze kilka dni temu pogryzły mnie niemal do kości, latają teraz jakby do tyłu, obijając się przy tym o ściany. Ich wątłe ciałka przeświecone światłem lampki wyglądają niemal magicznie.. A przecież jeszcze chwilę temu wyzywałam je za pomocą zwrotów „macierzyńskich”! Do tego jeszcze te cholerne ptaki! Od zawsze jednym z najbardziej przygnębiających znaków zbliżającej się jesieni, był dla mnie widok ptaszorów odlatujących do ciepłych krajów na zimę. Jakby tego było mało, po wyjątkowo nie udanym na Pomorzu lecie, pogoda na początku września wpisuje się zdecydowanie w nurt depresyjno-wisielczo-apokaliptyczny. Cieszę się, że subkultura EMO wśród nastolatków powoli zanika, bo przy tej aurze oprócz kipów i nawianych przez wiatr przedwcześnie opadłych liści, trzeba by było zamiatać sprzed domu także ciała nieletnich fanów zespołu Tokio Hotel. Ilość opadów w tym roku, była tak duża, że czułam się jak pracownik poradni wenerycznej dla roślin. Prawie wszyscy mieszkańcy mojego ogrodu zapadli na jakąś odmianę grzybicy! Obojętnie jakie objawy miała dana roślina pokazana przeze mnie na zdjęciu, pracownik sklepu ogrodniczego z pewnością snajpera odpowiadał mi jednym słowem: GRZYBICA! Po czym beznamiętnie wręczał mi opakowanie Topsinu. Jestem pewna, że producent owego specyfiku po tym sezonie wybuduje sobie chatę z lądowiskiem dla helikoptera na Bahamach i zacznie wreszcie odcinać kupony od tej zagrzybiałej roboty. Kto wie, może koleś jest cwańszy niż się nam wszystkim wydaje i sam przez całą zimę palił w piecu niedojedzonymi zupkami chińskimi, kaloszami i pieluchomajtkami teściowej, co spowodowało tegoroczne anomalia pogodowe. Kolejnym beneficjentem tegorocznych letnich warunków pogodowych może się też prawdopodobnie nazwać wyżej wymieniony jeż. Robaków było tyle, że upasł się do rozmiarów sporej wielkości garnka. Kilka razy kiedy przechadzałam się w nocy po ogrodzie, pomyliłam go z piłką do koszykówki, która co jakiś czas wpada do nas synowi sąsiadów. Nie wiem jaki wskaźnik BMI określa u jeży otyłość olbrzymią , ale fakt, że przez dziurę pod płotem, którą w zeszłym roku rozepchał sobie tyłkiem jego krewniak, przełożyć może tylko czubek nosa i dwie przednie łapy, powinien być dla niego lekko alarmujący. Cieszyć się też pewnie mogą grzybiarze…i nie mam tu na myśli panów, szukających miłości u odrobinę sfatygowanych tlenionych Bułgarek, lub innymi słowy, jegomości korzystających z piękna „Polski w pigułce”. (Kto nie wie o co cho, niech wpisze owo hasło w wyszukiwarke ;)). Chodzi mi oczywiście o kamizelkowych ninja, władających kozikiem niczym nunczako. Niestety nie znam się wcale ani na grzybach, ani na ich zbieraniu. W związku z tym smutnym faktem pozwolę sobie napisać tylko tyle, że wstawanie w weekendy o 5.00 rano, tylko po to żeby godzinami, często w strugach deszczu , wdeptując w pozostawione przez letników papierzaki, szukać w leśnych krzaczorach czegoś, co poza walorami smakowymi nie posiada absolutnie żadnych wartości odżywczych, jest dla mnie szalonym bohaterstwem! Wiem doskonale, że zaraz niektórzy cwaniacy zwrócą mi uwagę, że przecież wódka też żadnych wartości odżywczych nie posiada, a mimo to ludzie ją piją. Oczywiście! Piją! Ale czy wódka chowa się w krzakach? Czy aby ją zdobyć należy zakładać uwłaczającą ludzkiej godności beżową kamizelę z kieszeniami i kaloszki? Czy kupowanie wódki, trzeba okraszać tysiącem zdjęć na facebooku, dokumentującym naszą zajebistą zaradność? Czy może wreszcie, aby napić się wódki należy w jedyny wolny dzień zrywać się z nagrzanego leża bladym świtem? NIE! Żeby napić się wódki, należy zazwyczaj przejść około 200 metrów do najbliższej żabki, biedrony czy też fresha, następnie ciepnąć na ladę banknot z Bolesławem Chrobrym i odkręcić kapsel! Ot i cała filozofia! Jak zwykle proszę Was żebyście nie zrozumieli mnie źle. Absolutnie nie mam nic do grzybiarzy. Nabijanie się z nich ma charakter czysto rozrywkowy. Blog ma w nazwie zachętę do działania, więc jeśli przez moje inwektywy czujecie się zmotywowani do grzybobrania, to wspaniale! Mój cel zostanie w pełni osiągnięty!

Dochodząc do tego stwierdzenia, pragnę także dojść do konkluzji, którą chciałabym zawszeć w moim dzisiejszym wpisie. Jakkolwiek brzydkie nie było by lato i jak bardzo nie przytłaczała by Was nadchodząca jesień pamiętajcie, że: „coś się kończy…i coś zaczyna”. Jestem pewna, że wielu z Was będzie miało z tych wakacji wspaniałe wspomnienia i dla wielu było to na pewno lato, które zapamiętają do końca życia. Koniec wakacji, a tym samym lata, będzie też na pewno  dla niektórych z Was początkiem roku szkolnego, roku akademickiego, czy też nowym otwarciem w pracy. Pojawiają się nowe możliwości, które warto dostrzec i docenić  Przed nami końcówka roku i to co z nią zrobimy zależy tylko od nas. Znowu przecież macie mnóstwo czasu na to, żeby w następne wakacje pokazać się na plaży z wymarzonym kaloryferem na brzuchu! A może w międzyczasie nauczycie się też czegoś nowego, zagadacie wreszcie tą dziewczynę z IIA, która ciągle mija was na korytarzu, wygracie w totka, zaplanujecie wymarzoną podróż, odwiedzicie dawno nie widzianego przyjaciela, albo zostaniecie gwiazdami YouTube’a!? To co zrobicie w te nadchodzące szare miesiące zależy tylko od Was! Dlatego proszę Was! Nie zalegajcie na kanapie!

Kosmici, Spamerzy i Chochoł. Czyli jak segregować szkło i nie dostać zapalenia ślinianek.

Jakieś pół roku temu obiecywałyśmy Wam , że już za chwiluśkę, już za momencik pojawi się na blogaśku świeżutki wpis o tym czy lepiej katować się na siłowni, czy też zainwestować  ciężko zarobioną krwawicę w kilka prostych sprzętów, które umożliwią Wam trening w zaciszu domowym.  Jak się można było tego po nas spodziewać temat umarł, a na blogasie zamiast nowych tekstów pojawiło się tylko kilku z lekka zidiociałych spamerów usiłujących wklejać nam pod tekstami linki do stronek z gołymi babami i portali dla fetyszystów. Zdarzały się też natarczywe nagabywanki w stylu: „Macie świetny „content” ale i tak zostaniecie unicestwione jak pluskwy! KONIEC świata jaki znamy jest bliski! Do ziemi zbliża się ukrywana przez NASA, gigantyczna asteroida w kształcie penisa orangutana! Kliknijcie w nasz link, a dowiecie się jak przetrwać uderzenie i nie zesrać się w gacie! Przy okazji weźmiecie udział w losowaniu sokowirówki potrafiącej wyciskać sok z liści i uzyskacie odpust zupełny.” Gdyby nie moderacja komentarzy, to już pewnie dawno dostałybyśmy kilka pozwów albo bana za propagowanie nieodpowiednich treści. No ale wracając do tematu. Przyszła wiosna. Stopniały śniegi … a nas bardziej od siłowania się z żelastwem i latania po bieżni niczym chomik po kołowrotku, zaczęła interesować  możliwość  zresetowania mózgu przy berbeluszce (flaszka-przyp. red.) na łonie natury. Tak upływały tygodnie, a worek na odpady szklane był każdego miesiąca cięższy. W końcu jednak przyszło opamiętanie, a wraz z tymże opamiętaniem pismo od Czystego Miasta Gdańsk informujące o tym, że nie są w stanie dostarczać nam worków na szkło większych niż 120 litrów. Jak by nie było taka ilość szkła produkowanego co miesiąc może wydawać się co najmniej gorsząca! Nawet dla innych dorosłych! Nawet jeżeli nie jest się wcale otyłym pięciolatkiem nie znającym życia poza usmarkiwaniem od rana do nocy różowego tabletu swojej zlewczej matki fit-hipsterki-freelancerki, która pijąc kolejną bezkofeinową latte, przegryza ciastko z jarmużem i ciecierzycą i duma nad projektem szyldu reklamowego do food trucka przyjaciela Wietnamczyka albinosa wychowanego przez parę lam. Starając się zatem nie budzić powszechnego zgorszenia i odrazy, od kilku dni ćwiczymy trunki w puszkach. Muszę jednak przyznać, że idzie nam to dość opornie. Nie będę ukrywać, że ma to pewien związek  z gościem, który z uporem maniaka stara się wkleić pod naszymi wpisami link do swojej stronki traktującej o schorzeniach wywołanych przez picie napojów z puszki. Okrasza to wszystko sugestywnymi  rycinami i przekonuje, iż schorzenia te mają tajemniczy związek z reptilianami, Trójkątem Bermudzkim, Atlantydą i końcem świata. Nie będę ukrywać, iż jest to dla mnie odrobinę zbyt wiele. Jestem osobą urodzoną kilka dobrych lat przed rokiem 1990 i w swym „stetryczeniu” zatrzymałam się na łączeniu brzydkich chorób jamy ustnej z żuciem gumy balonowej. Mogłabym wymienić jeszcze kilka innych sytuacji przez, które można nabawić się chorób jamy ustnej…ale jak pisałam wyżej-nie chce bana. A tym bardziej bana za „banana”, więc postaram się opamiętać. Wracając do absurdu, z którym jestem jako tako oswojona przytoczę tu Państwu treść pewnego plakatu. Plakat ten wisiał dumnie przez kilkadziesiąt dobrych lat w mojej kochanej  szkole podstawowej. Jego treść  choć z pozoru groteskowa, przy głębszym zastanowieniu budziła w niepełnoletnim człowieku dość głęboki lęk. Nadgryziony zębem czasu, pożółkły, lekko obdarty w narożniku plakat, zdobiący zachlastaną ścianę gabinetu sadystycznej higienistki, miał w sobie coś z antycznej tajemnej wiedzy. Niby każdy drwi sobie z takich rzeczy! Bo przecież wiadomo, że kiedyś ludzie fajdali do doła, modlili się do żuka gnojarka, prali szmaty w rzece, drutowali się na zimę, drżeli ze strachu przed chochołem, rytualnie obcinali sobie kołtuny, myśleli, że koty wygryzają w nocy grdykę i generalnie byli debilami…ale do jasnej cholery!!! Co jeśli to wszystko prawda?! Co jeśli na tym plakacie zawarta jest jakaś dawno zapomniana prawda i lekceważenie jej okaże się tragiczne w skutkach?! Nikt nie mówił o tym głośno, ale tajemnicą poliszynela był fakt, że przez kilka dni po badaniach w gabinecie higienistki sprzedaż gumy Turbo w szkolnym sklepiku spadała przynajmniej o 50%. No ale do rzeczy. Czas wyjawić Wam treść stworzonego w epoce późnego Gierka plakatu. A był to plakat iście minimalistyczny. Na środku formatu A2 widniały trzy budzące w głowach zamęt zdania:

JEDNA GUMA DO ŻUCIA=ZAPALENIE DZIĄSEŁ

DWIE GUMY DO ŻUCIA=OSTRE ZAPALENIE ŚLINIANEK

TRZY GUMY DO ŻUCIA=ŚMIERĆ

 

Życzę Państwu miłego dnia!