Kup Pan mebel!

Czasem trzeba kupić mebel. Nie zdarza się to zbyt często, ale jednak. Muszę tu nadmienić, że wybieranie mebli wiąże się z zawodem, w którym pracuję na co dzień. Jestem architektem, więc śledzenie meblarskich trendów i rozbieranie ich na czynniki pierwsze jest dla mnie codziennością. Znam wszystkie rodzaje zawiasów, materiałów z których meble mogą być wykonane. Wiem wszystko o najnowocześniejszym designie, laminatach, fornirach, uchwytach i kolorach RAL. Nie obce są mi meble z betonu, kartonu, żywicy, plastiku, blachy i każdego innego gówna jakie ludzkość wymyśliła. O każdej porze dnia i nocy wyrecytuje z pamięci standardowe wymiary każdego mebla, do każdej przestrzeni życiowej jaka nas otacza. Słowem jestem super specem od wszystkiego co można nazwać meblem. Nie ma na mnie bata. W kwestii mebli wożę się jak Pudzian i jego monstrualna klata po zatłoczonej plaży w Mielnie. Istnieją jednak pewne nisze w meblarskiej sztuce, które pozostawiają  mnie w totalnym zadziwieniu. Stoję z otwartą gębą, niczym dzieciak czekający na połknięcie płatków śniegu. W dobie prostych i całkiem ładnych estetycznie mebli z Ikei, cały czas możemy napotkać brunatno-fioletowe straszydła wywleczone rodem z podlondyńskich suteren z lat 70-tych. Kanapy w maziaje z przepysznie rżniętymi nogami toczonymi z malowanego na sraczkowaty kolor sękatego drewna. Finki i wersalki obite tkaniną ze wzorem przypominającym rzygowiny po kapuście z grochem. Sześciokątne stoły i stoliczki do kawy z blatem wyłożonym zielonkawymi kafelkami. Bordowe pufy  z pluszu na lwich łapkach i fotele…niby nowe, ale z brunatną tapicerką powodującą wrażenie, że są upierdolone wszystkim co się da i były świadkiem zgonu co najmniej czterech emerytów, tuzina kotów i dwóch owczarków niemieckich.  Wszystko to wpienia i przeraża, ale z drugiej strony przecież trzeba to zrozumieć. Różne są gusta i nie ma co się do tego przywalać. Można olać. Nie kupować. Nie oglądać. Pominąć milczeniem. Jednak nawet jeżeli dołożymy starań i olejemy całą tą wieśniacką estetykę, jedna rzecz w meblach tego typu pozostanie zadziwiająco spójna. Wszystkie….ale to wszystkie, jak jeden mąż (lub żona) nie mają nazw, lecz ludzkie imiona. Możecie być pewni, że jeżeli zobaczycie w sklepie meblarskim wyjątkowo paskudną kanapę, okaże się, że to „sofa Iwona”. Obleśny stolik do kawy na pokracznych krzywych nóżkach rodem z lat 90-tych, to „ława Emil”, a odstręczający tapczan z motywem w brązowo zielone kwiaty będzie się nazywał „Alan”. Nie chcę tu tworzyć spiskowych teorii ani psuć nikomu pieczołowicie przygotowanych kampanii reklamowych, jednak ta spójność w nadawaniu chujowym meblom ludzkich imion ma moim zdaniem znamiona wendetty. Zdradziła Cię żona: Jeb! Nazwiesz jej imieniem najpaskudniejszą kanapę w całej „kolekcji” swoich dziadowskich mebli. Nie lubisz sąsiada: Pach! Obleśne biurko na kaczych łapach nazywasz „Bernard”. Twoja córka prowadza się z pryszczatym ćpunem którego nienawidzisz: Bum! Różową toaletkę z przypieprzonymi do szuflad motylami z cekinów nazywasz „Brajan”. Można to mnożyć w nieskończoność a i tak jest w tej kwestii jeszcze spore pole do popisu. Przejdźcie się do najbliższego sklepu meblowego i zobaczcie „to” na własne oczy. Być może zobaczycie tam obleśny mebel nazwany Waszym imieniem i będziecie mieli zagwostkę na weekend. Tak czy owak miejcie się na baczności i jeśli wiecie, że Wasz znajomy projektuje meble, bądźcie dla niego szczególnie uprzejmi.

Igły w gaciach

Wszyscy dobrze wiecie, że nadszedł ten czas. Tak! To już naprawdę teraz. Musicie wziąć byka za rogi i  rozebrać choinkę. Pewnie wielu z Was już się jej pozbyło, ale jestem pewna, że spora grupa ciągle trzyma w domu lekko przekrzywionego, łysiejącego, oklapniętego drapaka. Jeżeli kupiliście żywą, to daję głowę, że połowa z Was już dawno zapomniała żeby ją podlewać. Nie interesuje się nią już nawet Wasz kot, o psie czy kanarku nie wspominając. Zafundujcie więc  sobie odrobinę przestrzeni i luksusu i rozbierzcie wreszcie to diabelstwo! Stara żydowska mądrość głosi, że jeżeli ktoś narzeka na brak przestrzeni życiowej w domu, powinien natychmiast przygarnąć kozę. Pomieszkać z rogatym śmierdzielstwem przez miesiąc, a następnie gadzinę odsprzedać. Gwarantuje to natychmiastową poprawę warunków bytowania, a tym samym humoru i samozadowolenia. Nie chcę tu oczywiście przyrównywać sympatycznego świątecznego symbolu do starego capa. Próbuję Wam tylko zwizualizować ulgę jaką poczujecie kiedy już załatwicie tą przykrą powinność. Pomyślcie też o tym jak nadludzko się poczujecie, kiedy w pracy przy automacie do kawy jakiś niezorganizowany frajer zacznie marudzić, że jeszcze swojej choinki nie rozebrał. Pomyślcie o radości jaka na krótką chwilę zagości w Waszym styranym robotą sercu. Jeżeli jesteście teraz w domu, to spójrzcie na swoją choinkę. Podziękujcie jej w myślach za wszystkie miłe chwile, które przy niej spędziliście i do dzieła! Najpierw zdejmijcie najładniejsze bombki, na których zależy Wam nam najbardziej. One zawsze mają swoje miejsce w pudełeczkach. Kiedy największe skarby są już zabezpieczone przychodzi kolej na łańcuchy. Będzie Was korciło, żeby to dziadostwo pozrywać, ale poczekajcie chwilę…przywróćcie sobie równowagę emocjonalną i metodycznie poodczepiajcie co trzeba. Z łańcuchami jest luzacko, bo na koniec można dać upust frustracji i energicznie zwinięte w kulę schować do siaty z biedry. Teraz pora na tak zwaną drobnicę, czyli całą masę plastikowego badziewia sprzedawanego w supermarketach. Tutaj fajne jest to, że nie trzeba wykazywać się inteligencją i niczego do niczego dopasowywać. Sprzedawane jest toto najczęściej w dużych przezroczystych opakowaniach, w których wszystko lata luzem. Nie zapomnijcie o smutnych i porzuconych misiach, które trzeba przechować godnie do następnych Świąt.

Mamy już co prawda brokat w oczach, nosie, uszach i z niewyjaśnionych przyczyn także w skarpecie, ale spoko-koniec coraz bliżej. Pora dać nura w głąb suchych igieł i rozplątać lampki. Muszę przyznać, że właśnie ta czynność jest dla mnie najbardziej traumatyczna. Jak wszyscy wiemy w dzisiejszych czasach zakup porządnych lampek jest odrobinę utrudniony. Wszyscy koniec końców lądujemy ze splątaną chińską tandetą, która przy byle stuknięciu przestaje świecić. Tak więc jest to najzwyczajniej w świecie mission impossible: weź to skutecznie odplącz, ale broń Boziu nie rozwal. Jak już uporacie się ze zwijaniem chińskich bimbolków i przestaniecie kurwić przyjdzie pora na etap przedostatni. Będzie to oczywiście pozbycie się suchego „truchła” drzewka. Etap ten pominę milczeniem. Każdy ma na to swój sposób, a poza tym wiadomo, że najlepiej pierdzielnąć kikutem z balkonu (uwaga nie róbcie tego sami i pamiętajcie-nie wiecie tego ode mnie). Na sam koniec  pozostaje Wam jeszcze wisienka na torcie, czyli oczyszczające duszę i umysł fruwanie na szczocie, szmacie i odkurzaczu.

Udało się Wam! Przez najbliższe dwa miesiące będziecie co prawda wyciągali sobie z tyłka choinkowe igły, ale jesteście wielcy! Zążyliście przed Wielkanocą!

Ski Mondo

Wrzucamy obiecany wcześniej reportaż z jesieni. Na pierwszy ogień (żeby zmotywować do działania i nas i Was) musiała pójść miejscówka nietuzinkowa . Namówione przez naszych nadpobudliwych znajomych (i najpewniej przez samego szatana) udałyśmy się do Ski Mondo w Gdańsku. Miejsce to jest czymś w rodzaju krytej trasy zjazdowej i oferuje możliwość doskonalenia techniki  narciarskiej i snowboardowej przez cały rok. Warto od razu nadmienić, że sanki i wszelkiego rodzaju badziewne dupoślizgi w typie infantylnych jabłuszek oraz ich żałosne pochodne odpadają. Chodzi tu o sto procent czystego wycisku, mającego maksymalnie poprawić naszą kondycję i technikę jazdy. No ale zaczynając od początku. Po dotarciu na miejsce przekonałyśmy się, że funkcja, która wydawać by się mogło potrzebuje nie wiadomo jak wielkiego zaplecza lokalowego, mieści się w niezbyt okazałym baraczku. Z zewnątrz miejscówka przypomina swym wyglądem hurtownie „zabawek dla dorosłych”,  ale w  gruncie rzeczy jest to jej atut. Po wejściu do środka przywitała nas atmosfera kameralnej kawiarni  i czegoś co przywodziło na myśl lata przesiadywania w szkolnej świetlicy. Posmrodek przepoconych skarpetek wżartych w wykładzinę dywanową harmonijnie konweniował  z przyjemnym aromatem kawy.  Nie uznajemy tego jednak za coś negatywnego. Wręcz przeciwnie. Wspomnienia z dzieciństwa zawsze są na plus! Ponadto trzeba przyznać, że  Ski Mondo oferuje fajną, luźną, rekreacyjną atmosferę, w lekko spowolnionym tempie. W dniu, w  którym tam trafiłyśmy nikomu specjalnie się nie spieszyło. Nie było dzikiego przepychającego się tłumu ani szaleństwa. Ze względu na ograniczoną przepustowość sztucznych stoków, mamy tu zapisy na godziny. Narty pomaga nam wybierać obsługa, ale swobodnie możemy podejść do stojaka i oglądać sprzęt. Narty i snowboard są w Ski Mondo jedynym elementem ekwipunku, którego nie możemy tu przynieść ze sobą.  W wypożyczalni mamy do wyboru narty firmy Atomic (dla dzieci i malutkich Babek) i Salomon’y dla całej reszty gawiedzi. Jest też stojaczek dla snowboardzistów, ale ludzi walczących na „parapetach” nie udało nam się spotkać. Może to wynikać z tego, że generalnie snowboardziści mają w dupie technikę, doskonalenie się i jakikolwiek nadprogramowy wysiłek fizyczny. Zaś do jazdy zasadniczo wystarczy im kupa gówna lekko przysypana śniegiem. Żeby nie było to tamto, bardzo lubimy snowboardzistów i same z lepszym lub gorszym skutkiem  na snowboardzie jeździmy, a w gorsze dni raczej próbujemy jeździć. No ale wracając do tak zwanego meritum. Jeżeli jesteście już wyposażonymi graczami, powinniście przyjść na miejsce z własnymi butami i kaskiem. Nie musi być to kask narciarski. Obleci też rowerowy i wszystkie wariacje kasków rowerowych i rolkarsko-deskorolkowo-longboardowych. Kijków nie potrzeba wcale.  Żeby nie wyjść na zjeba, nie należy ubierać się jak na prawdziwy stok. Wystarczą dresowe portki/legginsy i koszulka z krótkim rękawkiem. Na hali klima puszczona jest dosyć mocno, więc może przydać się też bluza albo polar. Szatnie są czyste i proste. Niestety nie udało się nam znaleźć szafek ani niczego w czym można by było przechować wartościowe przedmioty na czas treningu. Jest to pewnego rodzaju uciążliwość ale nie ma co się spinać. Ostatecznie nikt nas nie obrabował ani nawet chyba nie przymierzał naszej bielizny pozostawionej w szatni.20160930_165622

Ważnym aspektem całego przedsięwzięcia jest oczywiście stosunek ceny do jakości świadczonych usług. Tutaj Ski Mondo wypada dość drogo. Za pojedynczy trening składający się z trzech 10 minutowych setów przedzielonych 10 minutowymi przerwami przyjdzie nam zapłacić  69 złotych. Pojedynczy trening na snowboardzie kosztuje tu już aż 85 złotych, co też po części (albo nawet całkowicie) tłumaczy brak fanatyków jednej dechy  w tym miejscu. Jeżeli nie mamy ze sobą własnych butów i kasku cena delikatnie wzrasta. Są to jednak kwoty rzędu kilku złotych. Warto tutaj nadmienić, że choć cena lekko wbija w buty, to po przeliczeniu stawek jakie biorą za godzinę lekcji instruktorzy np. w Zakopanem wypada to odrobinę taniej. Oczywiście nie do końca można to porównywać, ze względu na ewidentne różnice w wysiłku jaki taki instruktor wkłada w naukę kapelucha rozbijającego sobie nos na kolejnym drzewie, jednak ciężko było mi znaleźć  jakiś inny sensowny punkt odniesienia. Przechodząc do meritum trzeba napisać o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Ski Mondno to po prostu dwie ruchome maty, przypominające trochę olbrzymie ustawione pod kątem bieżnie. Trudno powiedzieć z czego zrobiona jest nawierzchnia ale przypomina to trochę nasączoną wodą wykładzinę dywanową. Żeby bardziej przywodzić na myśl alpejskie stoki wykładzinka ta jest w kolorze białym. Za naszymi plecami i po bokach rozpościerają się fototapety  przedstawiające alpejskie szczyty, a przed nami bezlitośnie błyszczy lustro zmuszające nas do oglądania wszystkich błędów, które popełniamy. Kiedy już znajdziemy się na macie musimy przyjąć pozycję jak do jazdy pługiem. Dotyczy to nawet wytrawnych narciarzy. Wydawać by się mogło, że zabawa jest łatwa. Zwłaszcza dla kogoś, kto wiele czasu w życiu spędził na prawdziwym stoku, ale prawda jest zgoła inna. Musicie zapomnieć o wszystkim co wiecie o jeździe na nartach, bo kiedy miła Pani instruktor naciśnie guzik i mata ruszy, nic nie będzie już takie samo! Jeżdżę na nartach długo, można by nawet powiedzieć, że jeżdżę na nich całe życie i można nawet pokusić się o stwierdzenie, że na konwencjonalnych stokach radzę sobie naprawdę dobrze w niemal każdych warunkach. Co innego w Ski Mondo. Po trzech setach nogi zwyczajnie odmawiały mi posłuszeństwa. Oczywiście na tym etapie swojego życia jestem dosyć miękką fają, ale nawet biorąc na to poprawkę było grubo. Specyficzne tarcie jakie wytwarza mata, w połączeniu z niemożliwością kontrolowania prędkości z jaką się „poruszamy”, tworzy mieszankę trudną do opanowania. Przy czym problemem nie była tu dla mnie zbyt duża prędkość którą narzucała mi mata, ale właśnie jej upierdliwie jednostajne odrobinę zbyt wolne tempo, które zupełnie mi nie leżało. Po podkręceniu prędkości sytuacja się nieco polepszyła, ale zbyt mała szerokość jezdna i wyżej wspomniane tarcie w połączeniu z brakiem możliwości hamowania (jeżeli pogłębimy pozycję pługu, mata porywa nas do góry i uderzamy w ścianę za plecami) stanowiły barierę trudną do pokonania. Trudność stanowi również to, że konwencjonalne hamowanie bokiem, nawet jeżeli już dobrze wyczuje się stok nie jest tu fizycznie możliwe. Gdzieś w połowie drugiego seta zaczęłam powoli ustawiać narty równolegle i dostrzegać światełko w tunelu, ale i tak trzeba przyznać, że suma summarum poszło mi dość żałośnie. Pomimo że Pani instruktor zapewniała mnie, że było naprawdę spoko, czułam się trochę jak człowiek z amnezją, który nagle nauczył się od nowa wycierać nos i ktoś go za to pochwalił.20160930_173608

Wiem na pewno, że moja technika nie jest idealna. Wiem też, że w dużej mierze przez to nie udało mi się zostać boginią narciarskiej maty w Ski Mondo. Nie wiem jednak czy rzeczywiście trening na tego typu urządzeniu jest pomocny w doskonaleniu techniki narciarskiej, czy jest to tylko sprytna reklama w miarę nowej i dosyć intrygującej rozrywki. Żeby się o tym przekonać musiałabym najprawdopodobniej odwiedzać to miejsce regularnie przez dłuższy czas. Nie wykluczam, że po dwóch miesiącach intensywnego treningu na tym ustrojstwie poczułabym znaczącą różnicę po wejściu na prawdziwy stok. Nie mogę jednak jednoznacznie tego stwierdzić, ponieważ w moim odczuciu jazda po macie i jazda po prawdziwym śniegu to dwie trochę inne umiejętności. 20160930_180351

Jedno jest pewne. Wycisk jest naprawdę mocny i kondycyjnie może nas to nieźle utwardzić. W połączeniu z miłą atmosferą (pozdrawiamy Panie instruktorki), zabawa jest na pewno warta polecenia !

img002-kopia

A tak sobie śmigam na dwóch dechach w prawdziwych górach.

Śnieżny Spacer

20170106_134119

Okazja do ruchu na świeżym powietrzu nadarzyła się bardzo szybko. Całą noc padał śnieg. Jest go dzisiaj naprawdę dużo. Na tyle dużo, że rano przez kilka minut biegałam wokół domu szukając samochodu. Sąsiadka miała większy problem, bo biegała wokół domu w kapciach i szlafroczku szukając dziecka. Ostatecznie samochód się znalazł, dziecko też. Co prawda wbite na sztorc głową w zaspę śniegu i lekko podduszone, ale żywe, wyraźnie z siebie zadowolone i rumiane. Kiedy emocje po różnego rodzaju poszukiwaniach nieco opadły, udało mi się zauważyć, że mamy naprawdę piękny dzień. Idealnie błękitne niebo , biały puch skrzący się w promieniach zimowego słońca, płatki lekko padającego jeszcze śniegu niesione przez delikatny mroźny wietrzyk. Sceneria niczym  w ruskiej bajce. Nie można chyba wyobrazić sobie lepszego dnia na śnieżny spacer. W związku z tak sprzyjającymi okolicznościami przyrody udałyśmy się z Agnieszką na wędrówkę po jednym z pięknych Trójmiejskich lasów. Kiedy brnęłyśmy  przez śnieg, idąc po śladach lisów i ścieżce z bobków pozostawionych przez uciekające przed nimi zające, przypomniał mi się pewien piękny dzień z bardzo, bardzo odległej przeszłości.  Jest to moje pierwsze wspomnienie zimy. Nie podam Wam dokładnego roku, ale mogę napisać, że miało to miejsce w drugiej połowie lat 80-tych. Pamiętam, że tamtego dnia, podobnie jak dzisiaj niebo było idealnie niebieskie, a świeży gładki śnieg przykrywał wszystko dookoła. Tego wspaniałego dnia, mój Tata postanowił zabrać mnie na pierwszy w moim życiu zimowy spacer na sankach. Chociaż od tamtej pory upłynęło tak wiele czasu, dokładnie pamiętam pewne detale, które budują klimat i fantastyczność tego wspomnienia. Jednym z takich detali był mój niebieski, jednoczęściowy kombinezon,  w który Mama upychała mnie zanim wyszliśmy na dwór. Pamiętam, że szeleścił, miał biały zamek błyskawiczny i, że czułam się w nim nieporadnie, ale bardzo bezpiecznie. Kiedy przypominam sobie dzisiaj jego dokładny wygląd, stwierdzam, że był to ciuch prawdziwie hipsterski. Dokładnie pamiętam też swoje pierwsze sanki z oparciem. Wydawały mi się ogromne i naprawdę wspaniałe. Jazda w nich była wygodna i ekscytująca. Choć może się to wydawać dziwne, pamiętam też fragmenty trasy, którą przemierzyliśmy i co sobie wtedy myślałam. To właśnie tego dnia po raz pierwszy zobaczyłam piękno świata, który mnie otacza i poczułam prawdziwą nazwaną radość z życia. Oczywiście nie umiałam jeszcze przekazać tego mojemu Tacie, ale właśnie ten dzień, kiedy poszliśmy na mój pierwszy zimowy spacer, był dla mnie naprawdę wyjątkowy. W jakimś sensie zrozumiałam wtedy, że wszystko się dla mnie dopiero zaczyna. Po latach mogę poetycko powiedzieć, że w tamtej chwili moje życie przypominało właśnie ten błyszczący w słońcu, idealnie gładki, niczym nieskażony śnieg. Później przeżyłam jeszcze wiele takich śnieżnych spacerów, ale tylko kilka z nich zapadło mi tak głęboko w pamięć i miało dla mnie aż takie znaczenie. Dziś prawie trzydzieści lat później po raz kolejny wróciłam do wspomnienia, które jest ze mną od zawsze. Wróciłam do niego dzięki dzisiejszemu zimowemu spacerowi.

20170106_140518Prawie wszyscy mamy teraz chwilę wolnego czasu. Jeżeli dzisiaj Wam się nie udało, to jutro koniecznie wybierzcie się na Wasz zimowy spacer. Przywołajcie wspomnienia. Weźcie ze sobą przyjaciół i rodzinę. Ulepcie bałwana, zróbcie orła, porzucajcie się śnieżkami. Odkryjcie w sobie dziecko. Zacznijcie wszystko od nowa! Jak to mówią w „Hameryce”: Nowy rok-nowy Ty! Paradoksalnie czasami sentymentalne spojrzenie w przeszłość, pozwala zbudować lepszą i o wiele szczęśliwszą przyszłość. Najważniejsze jest to, żeby zrobić coś dla siebie i choć przez chwilę się zatrzymać, żeby po raz kolejny dostrzec i przypomnieć sobie piękno otaczającego nas świata.

20170106_134449

Zgnilizna jesienna czyli jak pokonać siebie

Obrazek

img_7451-male
Tyle było gadania i zapewniania, że teraz to już tylko mobilizacja, że ogólnie „dawaj dawaj” i, że zarazimy Was optymizmem i chęcią do działania na jesień. Ostatecznie jak zapewne zauważyliście wypadło to raczej słabo….albo nawet dogłębnie żenująco. Okazałyśmy się foliowymi worami w najbardziej klasycznym tego określenia wydaniu. Pomimo szczerych chęci (którymi to wiadomo co jest wybrukowane), jesień przygniotła nas swoim ciężkim, szarym i obleśnie mokrym cielskiem do ubłoconej gleby. Uwaliła się na nas i za nic nie chciała podnieść upapranego liśćmi dupska. W związku z tym, że wyszło jak wyszło, postanowiłyśmy że powiemy Wam jak było, bez zbędnego koloryzowania. Nie będziemy mydlić Wam oczu dziadowskimi tekstami o tym jak to nie chciałyśmy pokazywać się publicznie bez kaloryferów na brzuchach i idealnie wyrzeźbionych łydek. Prawda jest taka, że przez ostatnie miesiące nasza aktywność fizyczna utrzymywała się na poziomie umiarkowanym albo niskim. Przez jakiś czas nawet jakoś szło (i mamy z tego okresu śmieszny reportaż, którym podzielimy się z Wami w najbliższym czasie). Później jednak dość nagle ograniczyłyśmy się do ćwiczeń w stylu: „nie wołaj windy, zejdę schodami !” O wchodzeniu po schodach oczywiście mowy być nie mogło. Czas mijał, jesień hulała, tłuszcz i zgnuśnienie narastało, a tym samym zaczęły zbliżać się Święta. Nie wiem jak Wy, ale ja mam w tym czasie tak zwane poluzowanie zaworków. Polega to na tym, że pozwalam sobie na rozpustę, którą zazwyczaj staram się ograniczać. Musicie przyznać, że okoliczności dobitnie nie sprzyjają trzymaniu się w ryzach diet i systematycznych ćwiczeń. Rok się kończy, dni coraz krótsze, mnóstwo przygotowań i obowiązków na głowie i znajdź tu człowieku siłę na machanie nóżkami i zaspokajanie głodu zdrową sałatką. Wszystkie odruchy atawistyczne zakorzenione w naszych organizmach podpowiadają nam, że to co widzimy za oknem powinno zachęcać nas raczej do wyhodowania na ciele ochronnej warstwy tłuszczu.  Oczywiście prawdziwi specjaliści z branży fitness z miejsca nazwaliby mnie psującym ich robotę zgnuśniałym ślimorem z piekła rodem, ale zakładamy przecież, że ten blog nie jest profesjonalny. Trudnimy się tutaj amatorszczyzną, która ma być dla Was i dla nas zabawą i pewnego rodzaju luźną terapią (z elementami terapii szokowej), pomagającą Wam znaleźć dla siebie coś co zachęci Was do działania…i nie mówię tu tylko o działaniu związanym z uprawianiem sportu. Pozwolę sobie w tym miejscu sięgnąć kilka dobrych lat wstecz i opowiedzieć Wam jak wyglądała moja postawa w różnego rodzaju szkołach. Generalnie jak pewnie większość z Was, szczerze i z głębi serca nienawidziłam się uczyć. Godziny spędzone nad książkami były dla mnie tak bolesne, że często z niemocy i umęczenia brnęłam przez różnego rodzaju podręczniki leżąc na dywanie, lub po prostu w łóżku. Prawie zawsze musiałam zarywać sporą część nocy, bo niemal za każdym razem zaczynałam naukę do ważnych egzaminów i sprawdzianów odrobinę zbyt późno. Kiedy dowiadywałam się o planowanym terminie takiego egzaminu, ustalałam sobie datę, kiedy rozpocznę naukę. Do tego dnia stosowałam wyżej wymienioną metodę poluzowania zaworków. Robiłam wszystko żeby nie myśleć o nauce i się wyluzować. Wiedziałam, że na stres i wysiłek przyjdzie jeszcze czas. Kiedy ustalony przeze mnie termin rozpoczęcia nauki nadchodził zwierałam szyki i oczywiście wyjąc z rozpaczy w pełni poświęcałam się zakuwaniu. Metoda ta, pomimo, że budziła wiele kontrowersji u moich rodziców, prawie nigdy mnie nie zawodziła. Nie chcę tu drażnić Was gadką z cyklu jaka to byłam sprytna i zdolna. Chcę Wam tylko powiedzieć, że w życiu można i nawet trzeba czasem mieć wylane. Oczywiście, jeżeli ma się świadomość, że kiedyś ten czas luzowania się skończy.  Podobną metodę mam zamiar zastosować teraz. Po czasie Świąteczno-Sylwestrowej rozpusty czas zewrzeć szyki i wrócić do diety , na siłownię i generalnie zacząć chwytać życie pełnymi garściami! Do dzieła moi drodzy! Razem zdobędziemy Nowy Rok! Mam tylko nadzieję, że te ćwiczenia i nie tylko, będą nieco przyjemniejsze niż nauka…

Czy jesteś Foliowym Worem?

img_6871-2

Za oknem aura coraz bardziej jesienna. Liście spadają z drzew, pająki schną na pajęczynach, a jeże wciskają się pod tarasy. Generalnie wszystkim powoli przestaje się chcieć. Zaczynamy wpadać w coroczny marazm. Już za chwilę nasza codzienna wegetacja będzie zaczynała się i kończyła w zgniłych ciemnościach, przeszywanych od czasu do czasu przez zawodzące w kominie wichry. Jedynym słusznym miejscem bytowania będzie się nam wydawała wygrzana własnym ciałem, delikatnie podśmierdująca nora wygnieciona pod pierzyną. Z zazdrością i lekką niechęcią będziemy patrzeć na sąsiada maratończyka, który w kurteczce podszytej wiatrem i obciskających jajka fluorescencyjnych legginsach pruje codziennie rano przez padający poziomo deszcz ze śniegiem. (Myślimy w duchu…Boże co za debil, ale mimo wszystko odrobinę mu zazdrościmy). Co gorsza każdy kolejny sąsiad „maratończyk”, szwagier kolarz czy znajoma fit mama będzie dla nas jednostek zastygłych w swoim lenistwie następnym gwoździem do trumny zdziadzienia. Co robić kiedy jedyną formą działania nadprogramowego, nie mającego bezpośredniego wpływu na podtrzymanie naszej egzystencji jest wypity wieczorem browar albo flaszka wina? Otóż odpowiedź póki co jest jedna i raczej mało optymistyczna….nie mamy pojęcia! Biegać nie lubimy więc nie będziemy do tego przekonywać siebie ani nikogo innego. Nie to żeby hejtować biegaczy. Naszym zdaniem są zjawiskiem pożytecznym i ogólnie rzecz biorąc motywującym do działania. Nie musi to być działanie związane z bieganiem. Ważne, że potrafią nas wkurzyć na tyle, że w naszej zakutej czaszce zaczyna kiełkować myśl o tym, że można by coś w swoim życiu zmienić. Wiadomo, że od myśli do działania droga jest raczej długa i wyboista. Być może płynący w dobrym kierunku tok rozumowania zostanie brutalnie przerwany przez płacz dziecka (za ścianą), wyjątkowo ciekawą scenę w „Tap Madl” albo esemesa  ponaglającego do zapłaty rachunku.  Ważne jednak, że choć przez chwilę pomyśleliśmy o tym, że można inaczej. Choć przez ułamek sekundy zobaczyliśmy się w roli człowieka zmotywowanego, gotowego do  działania! My autorzy tego tekstu, nie należymy do osób przesadnie leniwych, jednak jeżeli chodzi o systematyczne dbanie o formę, lub dotrzymywanie noworocznych postanowień wypadamy raczej blado. Można nas w tej materii przyrównać do foliowego wora wrzuconego do ogniska. Szybko się zapalamy i robimy przy  tym dużo smrodu, ale równie szybko gaśniemy, a produktem naszego zapału jest ostatecznie tylko….smród. Najlepszym dowodem na naszą beznadziejność jest mój kącik „niespełnionych marzeń”. Tak nazwał to miejsce kumpel, który pewnego razu zobaczył co kryje się na moim strychu. Nie będę się na ten temat przesadnie rozpisywać, ale można by to miejsce przyrównać do całkiem nieźle wyposażonego sklepu sportowego, w którym każdy sodziarski gimbus znalazł by dla siebie jakąś zabawkę. Jak widać sytuacja jest dramatyczna. Tak więc po latach bolesnych zmagań z bardzo szeroko komentowanym w ostatnim czasie zjawiskiem prokrastynacji,  postanawiamy coś zmienić (po raz kolejny!). Przez najbliższe tygodnie będziemy starać się robić i opisywać rzeczy nowe, lub takie które robimy rzadko, a które mają związek z szerokorozumianym dbaniem o formę i odklejaniem dupska od kanapy. Chcemy się przekonać jakie atrakcje kryją się w realnym świecie! Poza ekranem smartfona. Nie lubimy rutyny, więc postaramy się, żeby działania te były jak najbardziej zróżnicowane. Może dzięki nam i Wy ruszycie tyłki w zgniłą jesień! Dawaj dawaj!