Jazda życia! Tylko na Malcie!

WCZASY

Wbrew temu co sugeruje fota z czołówki, nie będzie to wcale wpis w 100% podróżniczy. (Chcę się po prostu pochwalić jak zajebiście nurkuję). Co prawda opiszę tu kilka moich przygód z pięknej Malty i Gozo, ale skupię się głównie na kwestii transportu dostępnego w obrębie wyżej wymienionych wysp. Muszę z ręką na sercu i pieluchą w majtach przyznać, że nigdzie w Europie nie spotkałam się z tak szalonymi kierowcami jak tam. Zacznę swój wywód od taksiarzy. W polskich realiach (poza Warszawą) jazda taksówką kojarzy się raczej ze zjeżdżaniem na plastikowym jabłuszku po wytartym tysiącem tyłków błocie pośniegowym, poprzebijanym kępami traw. Niby dążysz do celu, ale zabawa średnia i przez większość czasu masz ochotę wysiąść i stanąć obok. Kto nigdy w życiu nie wyprzedził snującego się jak smród po gaciach taksówkarza z okrzykiem: „Jeb..na złotówa!!!” niechaj pierwszy rzuci kamień!

Na Malcie i Gozo sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Ledwo zdążysz dotknąć pośladkami wysiedzianej tapicerki i już zostajesz wepchnięty w kanapę niczym Jurij Gagarin. Przeciążenie rozciąga ci skórę na twarzy, a pęd powietrza z otwartego okna wysusza gałki oczne. Jazda jest tym bardziej emocjonująca, że przez większość czasu kierowca prowadzi furę jedną ręką. Drugą ma zazwyczaj zajętą trzymaniem telefonu komórkowego. Pikanterii dodaje fakt, że telefon ten najczęściej nie służy kierowcy do rozmowy. Nie! Komórka to zabawka do naparzania w różnego rodzaju kretyńskie gierki pokroju diamentów czy innych debilnych candy crushów. Wyobraźcie sobie, że zapitalacie z prędkością światła poprzez gąszcz wąskich jak spodnie hipstera i krętych jak labirynt uliczek, z patrzącym na telefon jegomościem, trzymającym kierownicę jedną ręką. Kiedyś podczas przejażdżki tego typu, ktoś z naszej ekipy poprosił kierowcę żeby jechał trochę wolniej. Taksówkarz zamarł. Rozdziawił buzię i patrząc na kolegę wzrokiem zranionej łani wypowiedział te oto słowa: „But mister! I am a very good driver!”. Po czym zwolnił z trzeciej nadświetlnej do prędkości dźwięku.

Fajna była też przejażdżka z gościem wiozącym nas na prom, którym płynęliśmy na Gozo. Zapierdzielając 200 km/h po lekko górzystej drodze wypytywał nas jakie miejsca na Malcie odwiedziliśmy. Po wysłuchaniu naszej dość długiej i szczegółowej litanii, zadał nam tylko jedno pytanie. Brzmiało ono: „Have you been to Mdina?” Po uzyskaniu odpowiedzi przeczącej, odparł krótko: „If you have not been to the Mdina you have not seen anything.” Po czym przyspieszył do 300km/h i beznamiętnie wysadził nas przy terminalu promowym.

Za najciekawszą muszę jednak uznać przygodę związaną z wycieczką na znajdującą się nieopodal Gozo Błękitną Lagunę. Pod koniec pobytu wykupiliśmy sobie rejs zabytkowym żaglowcem mającym zawieźć nas na wyżej wymienioną rajską miejscówkę. Opcja była o tyle fajna, że w cenę wycieczki wchodził też transport z hotelu do portu, z którego żaglowiec odpływał. Lekko zaspani załadowaliśmy się do czekającej na nas eleganckiej, białej jak śnieg furgonetki. Za kierownicą siedział sympatyczny starszy pan z wąsem, cierpiący prawdopodobnie na lipodemię, czyli chorobę grubych nóg. Z ogromnym współczuciem dla pana kierowcy, pokładaliśmy w nim nadzieję na spokojną podróż i możliwość ucięcia sobie króciutkiej drzemki. Naprawdę nie wiecie jak wielkie było nasze zdziwienie, kiedy samochód ruszył. Ciężko będzie mi to opisać słowami, bo prędkość z jaką wpadliśmy w wąziutkie uliczki San Lawrenz była tak wielka, że momentami wydawało mi się, że zamiast w samochodzie siedzę w bębnie pralki w czasie wirowania.

Po dotarciu do portu i pozbieraniu zwłok mniej odpornych kolegów, udaliśmy się na statek. Tutaj sytuacja miała być już zupełnie inna. Co prawda pogoda tego dnia była lekko sztormowa, ale po przejażdżce z hotelu wszystko wydawało się już dziecinną igraszką. Po kilku minutach oczekiwania na pozostałych członków wycieczki, odbiliśmy od brzegu. Żaglowiec był piękny. Niesiony na lekko wzburzonych falach przechylał się raz na lewą, raz na prawą stronę. Muszę przyznać, że ta wietrzna pogodna nawet się nam podobała. Po kilkunastu minutach dobiliśmy do następnego portu, w którym mieliśmy zabrać kolejną grupę ludzi. Niewielki tłumek wsiadł na pokład i odbiliśmy od brzegu na silniku. Jakieś 300 metrów od przystani statek zwariował. Najpierw zaczęliśmy kręcić się w kółko, co przy krypie o takich gabarytach jest dosyć zabawnym przeżyciem. Później poczuliśmy mocne szarpnięcie i żaglowiec się zatrzymał. Załoga zaczęła biegać w te i we w te wykrzykując coś po maltańsku. Z tego co udało się nam zrozumieć, prawdopodobnie w jednej chwili zepsuło się prawie wszystko co tylko mogło. Po kilku minutach otoczyły nas małe motorówki i podczepiwszy do nas liny, próbowały wyciągać krypę w kierunku brzegu. Niestety w jednej z nich zatarł się silnik, a dwie pozostałe zrezygnowały. Sytuacja była tym bardziej beznadziejna, że prąd wynosił nas na otwarte morze. Na szczęście członkowie załogi naszego statku okazali się niezłymi kozakami. Żeby powstrzymać dryfowanie, jeden z marynarzy wyskoczył za burtę i przywiązał nas do znajdującej się niedaleko boi. Rozwiązanie to groziło zerwaniem się boi, w związku z czym drugi z marynarzy, postanowił zanurkować i za pomocą drugiej liny przywiązać nas do jakiegoś ustrojstwa znajdującego się na dnie. Dodam, że na oko znajdowaliśmy się na dobrych kilkunastu metrach głębokości, a gość miał do dyspozycji tylko maskę z rurką. Akcja nurkowania trwała dobrą godzinę, ale w końcu bohaterski marynarz zdołał umocować linę na dnie. Szacun! Po ustabilizowaniu statku, podjęły nas małe łódeczki, na pokładzie których dotarliśmy na  brzeg.

W związku z awarią żaglowca zaoferowano nam przejażdżkę motorówką. Podróż na Błękitną Lagunę miała być w ten sposób dużo szybsza. Pomyśleliśmy sobie: Achuj przygodo! I cali happy załadowaliśmy się na pokład zgrabnej łódki. Niestety burty motorówki okazały się tak wysokie, że nie sposób  było cokolwiek zobaczyć. Do tego po wejściu na pokład zostaliśmy „zamknięci” brezentowym dachem. Muszę przyznać, że wnętrze owej motorówki miało w sobie bardzo dużo z  wystroju żuka, którym w latach 90-tych poruszał się mój wujas. Dwie długie wąskie ławeczki, umieszczone w przestrzeni bez okien i ludzie usadzeni naprzeciwko siebie jak śledzie, skojarzyły mi się z pewną wypasioną wycieczką nad jezioro, którą w dawnych czasach odbyliśmy tym żukiem razem z dziadkami i kuzynami. Nawet nie wiecie jak wielkie było nasze przerażenie, kiedy okazało się, że za sterami motorówki zasiadł….któż by inny! Sympatyczny starszy pan z wąsem cierpiący na lipodemię!!! Jak możecie się domyślić kolejne kilkanaście minut naszego życia spędziliśmy w bębnie pralki podczas wirowania!!! Tym razem była to Frania-bez okienka.

Ski Mondo

Wrzucamy obiecany wcześniej reportaż z jesieni. Na pierwszy ogień (żeby zmotywować do działania i nas i Was) musiała pójść miejscówka nietuzinkowa . Namówione przez naszych nadpobudliwych znajomych (i najpewniej przez samego szatana) udałyśmy się do Ski Mondo w Gdańsku. Miejsce to jest czymś w rodzaju krytej trasy zjazdowej i oferuje możliwość doskonalenia techniki  narciarskiej i snowboardowej przez cały rok. Warto od razu nadmienić, że sanki i wszelkiego rodzaju badziewne dupoślizgi w typie infantylnych jabłuszek oraz ich żałosne pochodne odpadają. Chodzi tu o sto procent czystego wycisku, mającego maksymalnie poprawić naszą kondycję i technikę jazdy. No ale zaczynając od początku. Po dotarciu na miejsce przekonałyśmy się, że funkcja, która wydawać by się mogło potrzebuje nie wiadomo jak wielkiego zaplecza lokalowego, mieści się w niezbyt okazałym baraczku. Z zewnątrz miejscówka przypomina swym wyglądem hurtownie „zabawek dla dorosłych”,  ale w  gruncie rzeczy jest to jej atut. Po wejściu do środka przywitała nas atmosfera kameralnej kawiarni  i czegoś co przywodziło na myśl lata przesiadywania w szkolnej świetlicy. Posmrodek przepoconych skarpetek wżartych w wykładzinę dywanową harmonijnie konweniował  z przyjemnym aromatem kawy.  Nie uznajemy tego jednak za coś negatywnego. Wręcz przeciwnie. Wspomnienia z dzieciństwa zawsze są na plus! Ponadto trzeba przyznać, że  Ski Mondo oferuje fajną, luźną, rekreacyjną atmosferę, w lekko spowolnionym tempie. W dniu, w  którym tam trafiłyśmy nikomu specjalnie się nie spieszyło. Nie było dzikiego przepychającego się tłumu ani szaleństwa. Ze względu na ograniczoną przepustowość sztucznych stoków, mamy tu zapisy na godziny. Narty pomaga nam wybierać obsługa, ale swobodnie możemy podejść do stojaka i oglądać sprzęt. Narty i snowboard są w Ski Mondo jedynym elementem ekwipunku, którego nie możemy tu przynieść ze sobą.  W wypożyczalni mamy do wyboru narty firmy Atomic (dla dzieci i malutkich Babek) i Salomon’y dla całej reszty gawiedzi. Jest też stojaczek dla snowboardzistów, ale ludzi walczących na „parapetach” nie udało nam się spotkać. Może to wynikać z tego, że generalnie snowboardziści mają w dupie technikę, doskonalenie się i jakikolwiek nadprogramowy wysiłek fizyczny. Zaś do jazdy zasadniczo wystarczy im kupa gówna lekko przysypana śniegiem. Żeby nie było to tamto, bardzo lubimy snowboardzistów i same z lepszym lub gorszym skutkiem  na snowboardzie jeździmy, a w gorsze dni raczej próbujemy jeździć. No ale wracając do tak zwanego meritum. Jeżeli jesteście już wyposażonymi graczami, powinniście przyjść na miejsce z własnymi butami i kaskiem. Nie musi być to kask narciarski. Obleci też rowerowy i wszystkie wariacje kasków rowerowych i rolkarsko-deskorolkowo-longboardowych. Kijków nie potrzeba wcale.  Żeby nie wyjść na zjeba, nie należy ubierać się jak na prawdziwy stok. Wystarczą dresowe portki/legginsy i koszulka z krótkim rękawkiem. Na hali klima puszczona jest dosyć mocno, więc może przydać się też bluza albo polar. Szatnie są czyste i proste. Niestety nie udało się nam znaleźć szafek ani niczego w czym można by było przechować wartościowe przedmioty na czas treningu. Jest to pewnego rodzaju uciążliwość ale nie ma co się spinać. Ostatecznie nikt nas nie obrabował ani nawet chyba nie przymierzał naszej bielizny pozostawionej w szatni.20160930_165622

Ważnym aspektem całego przedsięwzięcia jest oczywiście stosunek ceny do jakości świadczonych usług. Tutaj Ski Mondo wypada dość drogo. Za pojedynczy trening składający się z trzech 10 minutowych setów przedzielonych 10 minutowymi przerwami przyjdzie nam zapłacić  69 złotych. Pojedynczy trening na snowboardzie kosztuje tu już aż 85 złotych, co też po części (albo nawet całkowicie) tłumaczy brak fanatyków jednej dechy  w tym miejscu. Jeżeli nie mamy ze sobą własnych butów i kasku cena delikatnie wzrasta. Są to jednak kwoty rzędu kilku złotych. Warto tutaj nadmienić, że choć cena lekko wbija w buty, to po przeliczeniu stawek jakie biorą za godzinę lekcji instruktorzy np. w Zakopanem wypada to odrobinę taniej. Oczywiście nie do końca można to porównywać, ze względu na ewidentne różnice w wysiłku jaki taki instruktor wkłada w naukę kapelucha rozbijającego sobie nos na kolejnym drzewie, jednak ciężko było mi znaleźć  jakiś inny sensowny punkt odniesienia. Przechodząc do meritum trzeba napisać o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Ski Mondno to po prostu dwie ruchome maty, przypominające trochę olbrzymie ustawione pod kątem bieżnie. Trudno powiedzieć z czego zrobiona jest nawierzchnia ale przypomina to trochę nasączoną wodą wykładzinę dywanową. Żeby bardziej przywodzić na myśl alpejskie stoki wykładzinka ta jest w kolorze białym. Za naszymi plecami i po bokach rozpościerają się fototapety  przedstawiające alpejskie szczyty, a przed nami bezlitośnie błyszczy lustro zmuszające nas do oglądania wszystkich błędów, które popełniamy. Kiedy już znajdziemy się na macie musimy przyjąć pozycję jak do jazdy pługiem. Dotyczy to nawet wytrawnych narciarzy. Wydawać by się mogło, że zabawa jest łatwa. Zwłaszcza dla kogoś, kto wiele czasu w życiu spędził na prawdziwym stoku, ale prawda jest zgoła inna. Musicie zapomnieć o wszystkim co wiecie o jeździe na nartach, bo kiedy miła Pani instruktor naciśnie guzik i mata ruszy, nic nie będzie już takie samo! Jeżdżę na nartach długo, można by nawet powiedzieć, że jeżdżę na nich całe życie i można nawet pokusić się o stwierdzenie, że na konwencjonalnych stokach radzę sobie naprawdę dobrze w niemal każdych warunkach. Co innego w Ski Mondo. Po trzech setach nogi zwyczajnie odmawiały mi posłuszeństwa. Oczywiście na tym etapie swojego życia jestem dosyć miękką fają, ale nawet biorąc na to poprawkę było grubo. Specyficzne tarcie jakie wytwarza mata, w połączeniu z niemożliwością kontrolowania prędkości z jaką się „poruszamy”, tworzy mieszankę trudną do opanowania. Przy czym problemem nie była tu dla mnie zbyt duża prędkość którą narzucała mi mata, ale właśnie jej upierdliwie jednostajne odrobinę zbyt wolne tempo, które zupełnie mi nie leżało. Po podkręceniu prędkości sytuacja się nieco polepszyła, ale zbyt mała szerokość jezdna i wyżej wspomniane tarcie w połączeniu z brakiem możliwości hamowania (jeżeli pogłębimy pozycję pługu, mata porywa nas do góry i uderzamy w ścianę za plecami) stanowiły barierę trudną do pokonania. Trudność stanowi również to, że konwencjonalne hamowanie bokiem, nawet jeżeli już dobrze wyczuje się stok nie jest tu fizycznie możliwe. Gdzieś w połowie drugiego seta zaczęłam powoli ustawiać narty równolegle i dostrzegać światełko w tunelu, ale i tak trzeba przyznać, że suma summarum poszło mi dość żałośnie. Pomimo że Pani instruktor zapewniała mnie, że było naprawdę spoko, czułam się trochę jak człowiek z amnezją, który nagle nauczył się od nowa wycierać nos i ktoś go za to pochwalił.20160930_173608

Wiem na pewno, że moja technika nie jest idealna. Wiem też, że w dużej mierze przez to nie udało mi się zostać boginią narciarskiej maty w Ski Mondo. Nie wiem jednak czy rzeczywiście trening na tego typu urządzeniu jest pomocny w doskonaleniu techniki narciarskiej, czy jest to tylko sprytna reklama w miarę nowej i dosyć intrygującej rozrywki. Żeby się o tym przekonać musiałabym najprawdopodobniej odwiedzać to miejsce regularnie przez dłuższy czas. Nie wykluczam, że po dwóch miesiącach intensywnego treningu na tym ustrojstwie poczułabym znaczącą różnicę po wejściu na prawdziwy stok. Nie mogę jednak jednoznacznie tego stwierdzić, ponieważ w moim odczuciu jazda po macie i jazda po prawdziwym śniegu to dwie trochę inne umiejętności. 20160930_180351

Jedno jest pewne. Wycisk jest naprawdę mocny i kondycyjnie może nas to nieźle utwardzić. W połączeniu z miłą atmosferą (pozdrawiamy Panie instruktorki), zabawa jest na pewno warta polecenia !

img002-kopia

A tak sobie śmigam na dwóch dechach w prawdziwych górach.