Śnieżny Spacer

20170106_134119

Okazja do ruchu na świeżym powietrzu nadarzyła się bardzo szybko. Całą noc padał śnieg. Jest go dzisiaj naprawdę dużo. Na tyle dużo, że rano przez kilka minut biegałam wokół domu szukając samochodu. Sąsiadka miała większy problem, bo biegała wokół domu w kapciach i szlafroczku szukając dziecka. Ostatecznie samochód się znalazł, dziecko też. Co prawda wbite na sztorc głową w zaspę śniegu i lekko podduszone, ale żywe, wyraźnie z siebie zadowolone i rumiane. Kiedy emocje po różnego rodzaju poszukiwaniach nieco opadły, udało mi się zauważyć, że mamy naprawdę piękny dzień. Idealnie błękitne niebo , biały puch skrzący się w promieniach zimowego słońca, płatki lekko padającego jeszcze śniegu niesione przez delikatny mroźny wietrzyk. Sceneria niczym  w ruskiej bajce. Nie można chyba wyobrazić sobie lepszego dnia na śnieżny spacer. W związku z tak sprzyjającymi okolicznościami przyrody udałyśmy się z Agnieszką na wędrówkę po jednym z pięknych Trójmiejskich lasów. Kiedy brnęłyśmy  przez śnieg, idąc po śladach lisów i ścieżce z bobków pozostawionych przez uciekające przed nimi zające, przypomniał mi się pewien piękny dzień z bardzo, bardzo odległej przeszłości.  Jest to moje pierwsze wspomnienie zimy. Nie podam Wam dokładnego roku, ale mogę napisać, że miało to miejsce w drugiej połowie lat 80-tych. Pamiętam, że tamtego dnia, podobnie jak dzisiaj niebo było idealnie niebieskie, a świeży gładki śnieg przykrywał wszystko dookoła. Tego wspaniałego dnia, mój Tata postanowił zabrać mnie na pierwszy w moim życiu zimowy spacer na sankach. Chociaż od tamtej pory upłynęło tak wiele czasu, dokładnie pamiętam pewne detale, które budują klimat i fantastyczność tego wspomnienia. Jednym z takich detali był mój niebieski, jednoczęściowy kombinezon,  w który Mama upychała mnie zanim wyszliśmy na dwór. Pamiętam, że szeleścił, miał biały zamek błyskawiczny i, że czułam się w nim nieporadnie, ale bardzo bezpiecznie. Kiedy przypominam sobie dzisiaj jego dokładny wygląd, stwierdzam, że był to ciuch prawdziwie hipsterski. Dokładnie pamiętam też swoje pierwsze sanki z oparciem. Wydawały mi się ogromne i naprawdę wspaniałe. Jazda w nich była wygodna i ekscytująca. Choć może się to wydawać dziwne, pamiętam też fragmenty trasy, którą przemierzyliśmy i co sobie wtedy myślałam. To właśnie tego dnia po raz pierwszy zobaczyłam piękno świata, który mnie otacza i poczułam prawdziwą nazwaną radość z życia. Oczywiście nie umiałam jeszcze przekazać tego mojemu Tacie, ale właśnie ten dzień, kiedy poszliśmy na mój pierwszy zimowy spacer, był dla mnie naprawdę wyjątkowy. W jakimś sensie zrozumiałam wtedy, że wszystko się dla mnie dopiero zaczyna. Po latach mogę poetycko powiedzieć, że w tamtej chwili moje życie przypominało właśnie ten błyszczący w słońcu, idealnie gładki, niczym nieskażony śnieg. Później przeżyłam jeszcze wiele takich śnieżnych spacerów, ale tylko kilka z nich zapadło mi tak głęboko w pamięć i miało dla mnie aż takie znaczenie. Dziś prawie trzydzieści lat później po raz kolejny wróciłam do wspomnienia, które jest ze mną od zawsze. Wróciłam do niego dzięki dzisiejszemu zimowemu spacerowi.

20170106_140518Prawie wszyscy mamy teraz chwilę wolnego czasu. Jeżeli dzisiaj Wam się nie udało, to jutro koniecznie wybierzcie się na Wasz zimowy spacer. Przywołajcie wspomnienia. Weźcie ze sobą przyjaciół i rodzinę. Ulepcie bałwana, zróbcie orła, porzucajcie się śnieżkami. Odkryjcie w sobie dziecko. Zacznijcie wszystko od nowa! Jak to mówią w „Hameryce”: Nowy rok-nowy Ty! Paradoksalnie czasami sentymentalne spojrzenie w przeszłość, pozwala zbudować lepszą i o wiele szczęśliwszą przyszłość. Najważniejsze jest to, żeby zrobić coś dla siebie i choć przez chwilę się zatrzymać, żeby po raz kolejny dostrzec i przypomnieć sobie piękno otaczającego nas świata.

20170106_134449

Zgnilizna jesienna czyli jak pokonać siebie

Obrazek

img_7451-male
Tyle było gadania i zapewniania, że teraz to już tylko mobilizacja, że ogólnie „dawaj dawaj” i, że zarazimy Was optymizmem i chęcią do działania na jesień. Ostatecznie jak zapewne zauważyliście wypadło to raczej słabo….albo nawet dogłębnie żenująco. Okazałyśmy się foliowymi worami w najbardziej klasycznym tego określenia wydaniu. Pomimo szczerych chęci (którymi to wiadomo co jest wybrukowane), jesień przygniotła nas swoim ciężkim, szarym i obleśnie mokrym cielskiem do ubłoconej gleby. Uwaliła się na nas i za nic nie chciała podnieść upapranego liśćmi dupska. W związku z tym, że wyszło jak wyszło, postanowiłyśmy że powiemy Wam jak było, bez zbędnego koloryzowania. Nie będziemy mydlić Wam oczu dziadowskimi tekstami o tym jak to nie chciałyśmy pokazywać się publicznie bez kaloryferów na brzuchach i idealnie wyrzeźbionych łydek. Prawda jest taka, że przez ostatnie miesiące nasza aktywność fizyczna utrzymywała się na poziomie umiarkowanym albo niskim. Przez jakiś czas nawet jakoś szło (i mamy z tego okresu śmieszny reportaż, którym podzielimy się z Wami w najbliższym czasie). Później jednak dość nagle ograniczyłyśmy się do ćwiczeń w stylu: „nie wołaj windy, zejdę schodami !” O wchodzeniu po schodach oczywiście mowy być nie mogło. Czas mijał, jesień hulała, tłuszcz i zgnuśnienie narastało, a tym samym zaczęły zbliżać się Święta. Nie wiem jak Wy, ale ja mam w tym czasie tak zwane poluzowanie zaworków. Polega to na tym, że pozwalam sobie na rozpustę, którą zazwyczaj staram się ograniczać. Musicie przyznać, że okoliczności dobitnie nie sprzyjają trzymaniu się w ryzach diet i systematycznych ćwiczeń. Rok się kończy, dni coraz krótsze, mnóstwo przygotowań i obowiązków na głowie i znajdź tu człowieku siłę na machanie nóżkami i zaspokajanie głodu zdrową sałatką. Wszystkie odruchy atawistyczne zakorzenione w naszych organizmach podpowiadają nam, że to co widzimy za oknem powinno zachęcać nas raczej do wyhodowania na ciele ochronnej warstwy tłuszczu.  Oczywiście prawdziwi specjaliści z branży fitness z miejsca nazwaliby mnie psującym ich robotę zgnuśniałym ślimorem z piekła rodem, ale zakładamy przecież, że ten blog nie jest profesjonalny. Trudnimy się tutaj amatorszczyzną, która ma być dla Was i dla nas zabawą i pewnego rodzaju luźną terapią (z elementami terapii szokowej), pomagającą Wam znaleźć dla siebie coś co zachęci Was do działania…i nie mówię tu tylko o działaniu związanym z uprawianiem sportu. Pozwolę sobie w tym miejscu sięgnąć kilka dobrych lat wstecz i opowiedzieć Wam jak wyglądała moja postawa w różnego rodzaju szkołach. Generalnie jak pewnie większość z Was, szczerze i z głębi serca nienawidziłam się uczyć. Godziny spędzone nad książkami były dla mnie tak bolesne, że często z niemocy i umęczenia brnęłam przez różnego rodzaju podręczniki leżąc na dywanie, lub po prostu w łóżku. Prawie zawsze musiałam zarywać sporą część nocy, bo niemal za każdym razem zaczynałam naukę do ważnych egzaminów i sprawdzianów odrobinę zbyt późno. Kiedy dowiadywałam się o planowanym terminie takiego egzaminu, ustalałam sobie datę, kiedy rozpocznę naukę. Do tego dnia stosowałam wyżej wymienioną metodę poluzowania zaworków. Robiłam wszystko żeby nie myśleć o nauce i się wyluzować. Wiedziałam, że na stres i wysiłek przyjdzie jeszcze czas. Kiedy ustalony przeze mnie termin rozpoczęcia nauki nadchodził zwierałam szyki i oczywiście wyjąc z rozpaczy w pełni poświęcałam się zakuwaniu. Metoda ta, pomimo, że budziła wiele kontrowersji u moich rodziców, prawie nigdy mnie nie zawodziła. Nie chcę tu drażnić Was gadką z cyklu jaka to byłam sprytna i zdolna. Chcę Wam tylko powiedzieć, że w życiu można i nawet trzeba czasem mieć wylane. Oczywiście, jeżeli ma się świadomość, że kiedyś ten czas luzowania się skończy.  Podobną metodę mam zamiar zastosować teraz. Po czasie Świąteczno-Sylwestrowej rozpusty czas zewrzeć szyki i wrócić do diety , na siłownię i generalnie zacząć chwytać życie pełnymi garściami! Do dzieła moi drodzy! Razem zdobędziemy Nowy Rok! Mam tylko nadzieję, że te ćwiczenia i nie tylko, będą nieco przyjemniejsze niż nauka…

Czy jesteś Foliowym Worem?

img_6871-2

Za oknem aura coraz bardziej jesienna. Liście spadają z drzew, pająki schną na pajęczynach, a jeże wciskają się pod tarasy. Generalnie wszystkim powoli przestaje się chcieć. Zaczynamy wpadać w coroczny marazm. Już za chwilę nasza codzienna wegetacja będzie zaczynała się i kończyła w zgniłych ciemnościach, przeszywanych od czasu do czasu przez zawodzące w kominie wichry. Jedynym słusznym miejscem bytowania będzie się nam wydawała wygrzana własnym ciałem, delikatnie podśmierdująca nora wygnieciona pod pierzyną. Z zazdrością i lekką niechęcią będziemy patrzeć na sąsiada maratończyka, który w kurteczce podszytej wiatrem i obciskających jajka fluorescencyjnych legginsach pruje codziennie rano przez padający poziomo deszcz ze śniegiem. (Myślimy w duchu…Boże co za debil, ale mimo wszystko odrobinę mu zazdrościmy). Co gorsza każdy kolejny sąsiad „maratończyk”, szwagier kolarz czy znajoma fit mama będzie dla nas jednostek zastygłych w swoim lenistwie następnym gwoździem do trumny zdziadzienia. Co robić kiedy jedyną formą działania nadprogramowego, nie mającego bezpośredniego wpływu na podtrzymanie naszej egzystencji jest wypity wieczorem browar albo flaszka wina? Otóż odpowiedź póki co jest jedna i raczej mało optymistyczna….nie mamy pojęcia! Biegać nie lubimy więc nie będziemy do tego przekonywać siebie ani nikogo innego. Nie to żeby hejtować biegaczy. Naszym zdaniem są zjawiskiem pożytecznym i ogólnie rzecz biorąc motywującym do działania. Nie musi to być działanie związane z bieganiem. Ważne, że potrafią nas wkurzyć na tyle, że w naszej zakutej czaszce zaczyna kiełkować myśl o tym, że można by coś w swoim życiu zmienić. Wiadomo, że od myśli do działania droga jest raczej długa i wyboista. Być może płynący w dobrym kierunku tok rozumowania zostanie brutalnie przerwany przez płacz dziecka (za ścianą), wyjątkowo ciekawą scenę w „Tap Madl” albo esemesa  ponaglającego do zapłaty rachunku.  Ważne jednak, że choć przez chwilę pomyśleliśmy o tym, że można inaczej. Choć przez ułamek sekundy zobaczyliśmy się w roli człowieka zmotywowanego, gotowego do  działania! My autorzy tego tekstu, nie należymy do osób przesadnie leniwych, jednak jeżeli chodzi o systematyczne dbanie o formę, lub dotrzymywanie noworocznych postanowień wypadamy raczej blado. Można nas w tej materii przyrównać do foliowego wora wrzuconego do ogniska. Szybko się zapalamy i robimy przy  tym dużo smrodu, ale równie szybko gaśniemy, a produktem naszego zapału jest ostatecznie tylko….smród. Najlepszym dowodem na naszą beznadziejność jest mój kącik „niespełnionych marzeń”. Tak nazwał to miejsce kumpel, który pewnego razu zobaczył co kryje się na moim strychu. Nie będę się na ten temat przesadnie rozpisywać, ale można by to miejsce przyrównać do całkiem nieźle wyposażonego sklepu sportowego, w którym każdy sodziarski gimbus znalazł by dla siebie jakąś zabawkę. Jak widać sytuacja jest dramatyczna. Tak więc po latach bolesnych zmagań z bardzo szeroko komentowanym w ostatnim czasie zjawiskiem prokrastynacji,  postanawiamy coś zmienić (po raz kolejny!). Przez najbliższe tygodnie będziemy starać się robić i opisywać rzeczy nowe, lub takie które robimy rzadko, a które mają związek z szerokorozumianym dbaniem o formę i odklejaniem dupska od kanapy. Chcemy się przekonać jakie atrakcje kryją się w realnym świecie! Poza ekranem smartfona. Nie lubimy rutyny, więc postaramy się, żeby działania te były jak najbardziej zróżnicowane. Może dzięki nam i Wy ruszycie tyłki w zgniłą jesień! Dawaj dawaj!